1 -
2 -
3 -
Informacje praktyczne
Galeria

 

 
  
Kazachstan
.:|2004
 
Pakistan i Kaszmir
.:|2005
 

 
Jolanta Czupik, Dominik Stokłosa
Cinquecento do Kazachstanu
przez Ukrainę i Rosję

Autopodroznicy.COM .:|2004
- 2 -

fot. Autopodróżnicy.com

  Odprawa po stronie rosyjskiej minęła bezproblemowo, kilka standardowych pytań, około godzina czasu i jedziemy. Granicy Kazachstanu nie widać. Po drodze kolejny prom - 30 rubli - i jest: Kazachstan. 5 km od strony rosyjskiej. Po stronie kazaskiej iście rodzinna atmosfera. Sprawdzanie czy jest wiza, wypełnienie deklaracji celnej w języku polskim, angielskim lub rosyjskim, oczywiście czasowego wjazdu pojazdu itd. Atmosfera jest na tyle rozluźniona, że pogranicznicy proponują wódeczkę, papierosy. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie upał 40st. I jednak te 4 godziny na pełnym słońcu. Ale wreszcie następuje miłe pożegnanie - możemy jechać.

Zaraz za granicą tankujemy paliwo - 93 oktany za około 1,79zł/litr. Aż miło przy takiej cenie paliwa się jeździ. Droga jest asfaltowa, w sumie nie najgorsza, co jakiś czas dziury, kolejny. Mijamy pierwsze wielbłądy wolno hasające po stepie. Momentami krajobraz prawdziwej pustyni, rozległe wydmy itd. Prędkość podróżna dochodzi do 100km/h. W Atyrau usiłujemy bezskutecznie kupić mapę Kazachstanu. Pytamy, jak dojechać nad Morze Kaspijskie, nikt nie wie, a odległość to ok. 40km ?!. Pytany taksówkarz mówi, że dojazd jest zakazany i wszystkie drogi są zamknięte. Troszkę zdenerwowani i rozczarowani z niemałymi problemami opuszczamy miasto.

W miejscowości Makat spotykamy polskich kierowców TIR-ów. Stwierdzili, że w pierwszej chwili myśleli, że Kazachowie ukradli Polakom samochód, ale gdy usłyszeli polską mowę wiedzieli już, że jesteśmy Polakami. Radość była wielka. Tomek odradził nam jechać do Aktau - jedynego miasta gdzie jest dostęp do morza. To 800 km drogi, powiedział, która się kończy w tym mieście i nie można jechać dalej. Chłopaki poratowali nas bardzo dobrym Atlasem Drogowym - DZIĘKUJEMY!!! Dzięki niemu spokojnie już jeździliśmy po Kazachstanie i nie tylko. Do Aktiubińska mieliśmy 586 km. Tomek stwierdził że droga jest w złym stanie. Ich kolega ten odcinek jechał Kamazem 11 dni. My, nie chcąc zawracać, podjęliśmy się przejechać tę drogę. Po wymianie numerów telefonów, życzeniach szczęścia ruszyliśmy. 20 km asfaltu, a potem, no właśnie... a potem tylko step i to, co z drogi zostało. Z początku oszukiwaliśmy się, że tak beznadziejny stan będzie trwał może jakieś 100 km. Ale okazało się, że taka droga jest na całym odcinku. Jedzie się głównie stepem, kurz wchodzi w każdą szczelinę w samochodzie. Trzeba ograniczać przewietrzanie samochodu do minimum, ciężko jechać z otwartymi oknami. Jazda z prędkością 30, może 40 km/h, gdy równiejszy odcinek w przypływie odwagi nawet 100 km/h. Kilka, jak nie kilkanaście razy uderzamy skrzynią biegów i miską olejową o podłoże. A to o jakiś kamień, a to o koleinę. Jeżeli jest już asfalt to koleina sięga bocznej szyby. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. A ja narzekam na stan polskich dróg J.

Następnego dnia dojeżdżamy do małego miasteczka Kagandasz na środku stepu. Dolewamy paliwa 80 oktanowego. Samochód słabnie, silnik dzwoni, czuć, że nie jedzie mu się najlepiej. Po ok. 7 godzinach docieramy do Aktiubińska, największego miasta zachodniego Kazachstanu. Stolica tego regionu jest zadbana, widać, iż dba się o czystość. Dolewamy dobrego paliwa. Wyjazdem z miasta jesteśmy zachwyceni. Po 2 pasy w każdym kierunku, ale do czasu. 40 km od miasta marzenie o asfalcie się kończy. Stan drogi stopniowo się pogarsza. Wjeżdżamy w step zastanawiając się, czy w ogóle jechać dalej. Spotykamy kierowców wiozących polskie Kamazy do Afganistanu. Co ciekawe Kamaz jest w Polsce tańszy niż w Rosji i opłaca się go przewieźć przez pół świata jeszcze z końcowym dużym zyskiem. Panowie mówią nam, iż nocą przez step lepiej nie jechać, szczególnie, że jest po deszczu. Czeka nas 360 km po stepie do Aralska. Podobno od tego miasta zaczyna się asfalt. Jest noc, godzina 0.33, 200 km od Aktiubińska. Do następnego miasta ok. 150 km. I stało się - wjechaliśmy w błoto, którego nie było widać. Samochód utopiony 4 kołami po przysłowiowe „ośki”. Jola zachowuje spokój, Dominik może zdając sobie bardziej sprawę z sytuacji trochę się niepokoi. Przez 1,5 h próbujemy wypchnąć samochód. Kąpiemy się po kolana w błocie, podkładam kamienie pod koła. Jola zauważyła światła samochodu. Biegnie na złamanie karku, gubiąc w błocie buty. Niestety, kierowca przestraszył się drobnej, ubłoconej kobiety i nie zatrzymał się. Zrezygnowani postanawiamy poczekać do rana. Jest zimno, marzniemy, a samochód coraz bardziej grzęźnie. Po godzinie pada okrzyk: „światła! Ciężarówka!. Biegniemy oboje. Trzymając się za ręce tarasujemy przejazd. Kierowca staje, pyta, co jest grane. Opisujemy po rosyjsku sytuację. Mężczyzna postanawia nam pomóc. Jednocześnie uspokaja nas, twierdząc, iż takie sytuacje w Kazachstanie to normalne, a on tak już wypycha samochody od 30 lat. Po 2 godzinach walki z błotem i samochodem udaje się nam go wypchnąć na suchy teren. Iwan, bo tak miał na imię cieszy się razem z nami. Podziękowaniom nie ma końca. Radzi żebyśmy raczej poszli spać, a jazdę zostawić na dzień. Tak robimy. Ruch w tamtej okolicy to 1 ciężarówka na 2 dni.

Budzi nas deszcz. Szybko przyrządzone śniadanie i w drogę. I tu zaczynają się kolejne problemy. Po dwóch 180st. obrotach samochodu na stepie przy prędkości 40 km/h, stwierdzamy, iż jazda po nim jest niemożliwa. Wjeżdżamy na drogę. Przypomina rozjeżdżone błoto. Samochód jedzie bokiem. Przednie koła cały czas w lekkim poślizgu. Ściąga nas w rów głęboki na jakieś 5 m. Spoceni walczymy z nawierzchnią. Po 3 godzinach jazdy, a raczej ciężkiej pracy fizycznej i umysłowej, pojawia się coś, co przypomina asfalt. Są to wielkie łupane kamienie zalane smołą. Jak się okaże, tak tutaj wygląda większość dróg. Nawierzchnia bardzo nierówna, ale po tym co przejechaliśmy, to dla nas „stół”. Zwracamy na siebie uwagę. Samochód wygląda jakby uczestniczył w rajdzie Safari. Spod warstwy błota nie widać jaki ma kolor. Prędkość rośnie do ok. 130 km/h. Kamień rozbija prawy reflektor. Kolejnego dnia mijamy Bajkonur. Stamtąd startują rosyjskie rakiety. Podobno po starcie zawsze jest słaba pogoda i burze piaskowe. Zrobiliśmy zdjęcia z oddali. Nie można bliżej podjechać ze względu na strefę wojskową. Po drodze zauważamy obładowanego motocyklistę na brytyjskich tablicach. Zatrzymujemy się. Krótka rozmowa Joli po angielsku. Chłopak na motorze Honda Africa Twin 750 to Malcolm, który już 4 miesiące jest w podróży, a jedzie z Londynu do Mongolii. Proponujemy wspólne obozowisko. Mal zgadza się z radością. Widać, że potrzebuje kontaktu z kimś, z kim może porozmawiać w swoim języku. Nie mówi ani słowa po rosyjsku. Okazało się, że Mal jechał dokładnie tą samą drogą co my. Również miał duże problemy z przejazdem. Jakby nie było jego motocykl ważył z bagażem ok 300kg. Było zresztą widać, iż motocykl też czuje trudy wyprawy. W Turkestan myjemy samochód, który odzyskuje jako taki wygląd. Z dobrymi humorami mijamy Szymkent, w którym jemy obiad.

Postanawiamy udać się nad jezioro Balchasz, ale dopiero dnia następnego z powodu zbliżającej się nocy. Namiot rozkładamy nad potokiem przed Taraz. Widok jest niesamowity, uczucie również. Tutaj prawie 40st., a w oddali na południu 5-cio tysięczniki z ośnieżonymi szczytami. Wstajemy wcześnie, straszne gorąco, a przed nami droga przez pustynię ok. 200 km, Temperatura dochodzi do 50 st. Celsjusza. Wentylowanie samochodu nic nie daje. Wybucha pianka do golenia J. Przynajmniej droga jest całkiem dobra. Samochód troszkę słabnie od gorąca. Wczesnym wieczorem trafiamy nad Balchasz. Największe jezioro Kazachstanu. Jesteśmy rozczarowani. Linia brzegowa jest skalista, a zejście do wody zarośnięte przeróżną roślinnością. Nie zastanawiając się długo, postanawiamy jechać do Ałma Aty. To jakieś 270 km. Droga po której jedziemy jest super. Budowali ją Niemcy i widać, że jest to najlepsza droga w Kazachstanie na odcinku z Ałma Aty do Pietropawłowska blisko granicy z Rosją. Po drodze przepala się bezpiecznik prawego światła, jedziemy o jednym. Usterki nie da się wyeliminować ze względu na komary i inne krwiopijne owady. Do Ałma Aty 70 km. Rano wjeżdżamy do miasta. Bardzo zatłoczone, mnóstwo trąbiących samochodów. Charakteryzuje się niską zabudową. Udajemy się do Medeo, miejsca odpoczynku ludzi z Ałma Aty i okolic. Mijamy najbogatszą dzielnicę miasta. Dominują bardzo drogie samochody i rozległe posiadłości. Medeo to centrum sportowo-wypoczynkowe położone 1600 m n.p.m.. Na miejscu czekają baseny, stadion, lodowisko, wyciągi krzesełkowe, liczne górskie trasy. Widoki są niesamowite. Czekamy na Mal’a, z którym umówiliśmy się telefonicznie. Razem udajemy się nad Kapciagajskoje jezioro 60 km od miasta. Woda jest krystalicznie czysta. Tylko jak zwykle na brzegu mnóstwo śmieci pozostawionych przez Kazachów. Godzina sprzątania i już jest miło.

To miał być dzień zasłużonego odpoczynku. Jak się okazało było całkiem odwrotnie. Wybraliśmy się na zakupy, po produkty na śniadanie. Mal został, pilnując przybytku. W założeniu miało to trwać 30 minut. Zatrzymała nas milicja. Myślimy sobie: rutynowa kontrola jakich przeżyliśmy wiele. Ale dwóch panów, jeden z drogówki, drugi z emigracyjnej milicji żądają dokumentów jakich my nie posiadamy. Mianowicie: ubezpieczenia na samochód (obowiązkowe - teraz wiemy) i rejestracji w firmie, która nas zaprosiła i widnieje na wizie (zarejestrować trzeba się do 5 dni od wjechania do Kazachstanu). Zabrano nam dokumenty od samochodu i paszporty. Nic nie pomagały tłumaczenia. Samochód chciano odstawić na parking milicyjny. Nasze przekonywania, iż wynika to z braku poinformowania na granicy o potrzebie ubezpieczenia i rejestracji nie skutkowały. Sytuacja stawała się groźna. Siedliśmy pod ścianą, To był chyba jedyny moment gdy w oczach Joli widziałem prawdziwy strach, ze mną było podobnie. Siedząc na podłodze patrzyliśmy na aparaturę do pobierania krwi. Much było na niej więcej niż na mięsie sprzedawanym na bazarze. Zagrożono nam więzieniem i bardzo wysokim mandatem. Byliśmy uparci, czekaliśmy wytrwale chyba 2 godziny. Zdążyłem nawet dzwonić do Polskiej Ambasady, ale bezskutecznie. Milicjant z emigracyjnej postanowił, iż pojedzie z nami do Ałma Aty, do centrali milicji. Ucieszyliśmy się, bo przynajmniej odzyskaliśmy dokumenty samochodu i moje prawo jazdy. Podczas drogi milicjant tłumaczył się, że takie są jego obowiązki, żebyśmy się nie denerwowali. Przez tę przejażdżkę spalił nam się wentylator chłodnicy. Wkręcił się w niego jakiś drut. Zmuszeni byliśmy potem jeździć po kraju, gdzie temperatura powietrza w cieniu sięga 50 st., z silnikiem chłodzonym tylko powietrzem. W centrali kolejne tłumaczenie. 7 godzin w pomieszczeniu 2m x 2m, bez okien, bez picia, bez toalety, o jedzeniu nie wspominając. Stwierdzono po naszych wyjaśnieniach, że to nie my ponosimy odpowiedzialność za zaistniałą sytuację, ale firma „Luck Travel”, która nas zaprosiła. Wezwano przedstawiciela firmy. Obciążono ich mandatem, którym z kolei firma chciała obciążyć nas, niby że rejestracja kosztuje 3500 tingów od osoby. Jak się okazało mandat opiewał na 7000 tingów, czyli dokładnie tyle ile nasza rejestracja. Oburzeni odmówiliśmy zapłaty. Ich żądania „szczerze wyśmialiśmy”, ponieważ w Polsce kosztowało nas to ponad 1000 zł, a teraz jeszcze mieliśmy kłopoty z powodu niekompetencji. Po powrocie przyszedł czas na opowiadanie całego nieprzyjemnego zajścia. Kolacja, a po niej kolejny problem. Burza piaskowa z piaskiem wnikającym wszędzie. Całą noc dusiliśmy się w namiocie, oddychając przez zwilżone ręczniki. Rano miałem pokaleczone gałki oczne, wszędzie był piach. Musiałem 4 dni chodzić ze spuchniętymi oczami. Był to pierwszy dzień odpoczynku po 16 dniach wyprawy. Woda w jeziorze krystaliczna i gorąca, plaża z miękkim piaskiem, aksamitne dno. Ale, że my długo nie wytrzymamy w jednym miejscu, na trzeci dzień ruszyliśmy dalej. Cel - Jezioro Ałakoł blisko chińskiej granicy. Wypoczywa tam większość ludzi z pd. Kazachstanu. Ze względu na załamanie pogody na kolejny cel wybraliśmy stolicę Astanę.

Przed Astaną sprawdziłem opony. Przednie miały już dość. W Astanie kupiliśmy nowe za około 90 zł sztuka. Produkcja rosyjska, ale jechało się na nich bardzo dobrze. Ich poprzedniczki wytrzymały 10 tys. km. Winę za to ponosi jazda po stepie, szorstkość asfaltów, wysoka temperatura i potem coraz wyższa prędkość. Piasek i szuter działał jak papier ścierny. Astana to jedna wielka budowa. Przybywa wieżowców, wielkich sklepów. Miasto bardzo się rozwija, pomaga mu w tym na pewno status stolicy. Po drodze do Barawoj mijaliśmy lawety z samochodami, jedna za drugą. Dominuje Audi, Mercedes i Subaru. Te marki przywożone są z Niemiec lub Litwy. Toyoty przywozi się z Arabii Saudyjskiej. Odnieśliśmy ponad to wrażenie, że w Kazachstanie rządzą na razie 2 marki samochodów: Toyota właśnie i Audi. Późnym popołudniem dotarliśmy do Barawoj. Oczywiście opłata za wjazd do Narodowego Parku. Barawoj to bardzo malownicze pasmo górskie z trzema dużymi jeziorami, z których 2 zagospodarowane są turystycznie. Drogi jak od „linijki”, bardzo czysto (surowe kary za zaśmiecanie). Dużo turystów, wśród których przeważają Rosjanie. Ale widzieliśmy też 2 rodziny niemieckie. Polaków brak. Postanowiliśmy zostać tutaj dłużej i zregenerować siły przed powrotem do Polski.

Po 3 dniach, gdy skóra domagała się już odpoczynku, postanowiliśmy pomalutku wracać w stronę Polski.


 
1 2 3 4 5 następna strona do góry