|
23 lipca o godzinie 7.30 wjechaliśmy na granicę Kazasko-Rosyjską. Przejechaliśmy po Kazachstanie 7232km, a do domu mieliśmy jeszcze 4500km.
Kazachowie dokładnie sprawdzili samochód. Wspomagali się dwoma Cocerspanielami, będącymi na "porządnym głodzie".
Strona rosyjska bardzo pomocna, ale załatwienie wszystkich papierów i opłat trwa prawie 3 godziny. Obowiązkowe ubezpieczenie na samochód 520 rubli, czasowy wjazd samochodu 60 rubli. Za ksero dokumentów pobierana jest opłata ustawowa 20 rubli od strony. Czyli w przeliczeniu prawie 3 zł J. Coś niesamowitego, najdroższe ksero świata!.
Za cel obieramy Jekaterinburg - stolicę wschodniego Uralu. Rano dlatego, ponieważ to wielkie miasto, a u nas awaria chłodzenia silnika. Poruszamy się po nim, to na luzie, to gasimy silnik na każdym skrzyżowaniu. Dzielnie sobie radzimy. Milicja również pomocna, pozwala stać na zakazie zatrzymywania.
Przed nami Ural. Prawie 300 km wysokich gór, długich podjazdów. Dla nas troszeczkę stresu z powodu auta. Jedziemy tak, aby silnik miał odpowiednią temperaturę, wyprzedzamy, gdzie się da, a ruch niedzielny, jak na złość potwornie duży. Momentami temperatura silnika dochodzi do 115 st.. Na każdym zjeździe staramy się ją zbić. Najgorsze są roboty drogowe. Trzeba gasić silnik i ponownie zapalać. Tak często rozrusznika nigdy nie używałem. Przed jednym z dłuższych wzniesień, wyprzedzaliśmy na ciągłej, jak wielu innych kierowców. Jak się potem okazało, skończyło się to na 2 godzinnym targowaniu łapówki u milicjantów. Zapłaciliśmy 200 rubli.
Przez Ural jedzie się bardzo dobrze, chociaż stan nawierzchni nie jest wyśmienity. Rekompensatą są przepiękne widoki i mijane wsie o charakterystycznej zabudowie. Domki z drewnianych bali z ręcznie rzeźbionymi i malowanymi przedziwnymi motywami. Są to chatki jak z bajki i widać, że ludzie dbają o swoje domostwa.
Przed nami Samara, jedno z większych miast rejonu. Z powodu zamknięcia mostu wjeżdżamy do centrum - jak się okazuje niepotrzebnie. To że jest znak zakazu nic nie znaczy. Zapytani milicjanci wysyłają nas na most, który podobno jest zamknięty, ale i tak wszyscy tam jadą. Most jest wielki, bo rzeka Samara również jest ogromna. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że na most wpuszczani są tylko miejscowi. Inni płacą łapówkę w wysokości 200 rubli. My się uparliśmy. Postanowiliśmy, że nie zapłacimy nic. Pan milicjant skierował nas na bok i kazał zawrócić. Odpowiedzieliśmy, że nie pojedziemy 400 km objazdem, jak i tak wszyscy jadą przez most. Utarczki trwały chyba godzinę. Milicjant stwierdził, że jedziemy pod zakaz wjazdu. My na to, że jak wszyscy mogą, to my też. Po chwili na naszych oczach ten sam "przepisowy" milicjant wziął łapówkę. Jego przełożony, widząc to, kazał nas przepuścić. I tak wjechaliśmy na most. 7 km korka, poruszaliśmy się w żółwim tempie, czasem rozpędem na zgaszonym silniku (brak chłodzenia). Stosowaliśmy też maksymalne ogrzewanie, żeby oddać ciepło z układu chłodzenia. Skutkowało. A nam pot spływał litrami, bo na zewnątrz ponad 30 stopni, my na 3 biegu ogrzewania. Ale opłacało się.
23 km za Jelcem zostajemy unieruchomieni. Urywa się centralna łapa silnika. Dalsza jazda jest niemożliwa. Na pobliskim poście milicji szukamy pomocy. Milicjanci stwierdzają, że natychmiast musimy przepchnąć samochód pod posterunek, gdyż 20 minut po zmroku już go nie będzie. Jak się okazało jesteśmy w najniebezpieczniejszym rejonie Rosji. Straszna bieda, dużo bandytów, rekietnierzy. Widać to po uzbrojonych po zęby milicjantach (kałasznikow obowiązkowy). Spychamy samochód może z 400m, toczy się lekko, bo mamy z górki. Mija godzina, stoimy w miejscu. Milicjanci się zmieniają. Przyjeżdżają "Panowie", którzy bardziej przypominają opisywanych bandytów niż stróżów prawa. Jola prosi o pomoc. W odpowiedzi widzi znak podrzynanego gardła i wypowiedź: "Polaczki kaput!". Pojawia się pierwszy stres. Jedyna nadzieja w polskich kierowcach TIR-ów. I w tej chwili jakby spod ziemi wyrosły 2 TIR-y, a w nich Krzysiek (Renault Magnum) i Krzysiek (Mercedes Atego).
Chwila rozmowy, szybka decyzja: "holujemy was na chroniony parking w Jelcu, tam coś rano wymyślicie." Po 40 minutach jesteśmy na parkingu. Samochód jest unieruchomiony, ale przynajmniej jest bezpiecznie.
Chwila rozmowy z Chłopakami, podziękowania i idziemy spać. Dla mnie osobiście spało się nad wyraz dobrze, ale to chyba było zmęczenie. Dodam tylko, że lina, na której ciągnęliśmy samochód, jak to Jola zauważyła, była cieńsza niż jej nitki dentystyczne. Ale wytrzymała!!!
Godzina 6:00 wita nas upał i wszechobecny kurz na parkingu. W drodze do toalety (?) zagadujemy z Mirkiem, polskim kierowcą. Okazał się bardzo miłym i pomocnym człowiekiem. Szybko dopija kawę i już rozpoznaje sytuację. Ma 1000 pomysłów na minutę. Budzi swoich 2 Kolegów Marka i Jurka. Chłopcy troszkę zaspani, ale szybko biorą się do roboty. Atmosfera jest podbudowywująca i radosna. Zabieramy się za naprawę samochodu.
Po godzinie samochód jest sprawny, tzn. można nim jechać. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Jest dobrze. Mirek stwierdził, że Jola gdyby była mężczyzną, mogłaby spokojnie jeździć TIR-em. Nazwali nas Partyzantami. Dlatego, bo jeszcze nie spotkali w swojej karierze tak młodych i odważnych ludzi, którzy by Cinquecento wybrali się do Kazachstanu, przejechali go całego i jeszcze dało im to tyle radości. Mirek powiedział mądre słowa: "Podróż czuje się w tedy, gdy coś się dzieje. Gdyby się nic nie stało, w ogóle nie poczulibyśmy, że jedziemy. Gdy trzeba pokombinować, szukać rozwiązania, aż chce się żyć."
Panowie niestety jechali na Litwę, więc po chwili pożegnania, wymianie nr telefonów i sesji zdjęciowej rozjechaliśmy się. PANOWIE DZIĘKUJEMY!!! TO BYŁA PRZYJEMNOŚĆ WAS POZNAĆ!!!
Po Rosji w drodze powrotnej przejechaliśmy 3206 km.
Na granicy rosyjsko-ukraińskiej, obie strony bardzo życzliwie nas potraktowały. Rosjanie zapytali tylko, czy czegoś nie wywozimy i czy podobało nam się w Rosji. Zapraszali nas gorąco ponownie.
Ukraińscy pogranicznicy z uśmiechem na ustach załatwili za nas wszelkie formalności. Nawet nie musieliśmy wysiadać z samochodu (niespotykane!).
Nad rzeką Diesną spędziliśmy 2 dni, ale nagłe załamanie pogody sprawiło, że ruszyliśmy w drogę. Stan drogi po deszczu wyglądał nieciekawie. Wjechałem w głęboką kałużę. Uderzenie, głośny huk, samochód staje. To znak, że nasza łapa od silnika ponownie ma dość. Zaczyna znowu padać. Rozkładamy narzędzia, podnosimy samochód. Silnik wychylił się w tył, zablokował, nie można było go podnieść. Przejeżdżająca rodzina Ukraińców w białym Fiacie Ducato pyta: czy trzeba nam pomóc. Potwierdzamy, że tak. Z bagażówki wysiada 2 postawnych Panów: Serioża i Boria. Biorą się do roboty. Staram się im wytłumaczyć o co chodzi. Pokazują, że rozumieją i naprawią to. Pada stwierdzenie, że w aucie jest silnik 2 cylindrowy. Troszkę mnie to przeraża, bo dokładnie widać 4 kable do świec i same świece. Pan, który to mówi, w dodatku jest mechanikiem!?
Naprawa posuwa się naprzód w momencie, gdy proponuję odkręcić łapę naprawić usterkę i ponownie ją przykręcić. Startuję delikatnie silnik, sądząc, że zablokowały się półośki gdy zgasiłem go na biegu. Pomaga. Silnik daje się swobodnie podnieść. Przykręcamy łapę. Skończone, można jechać.
Rodzina gorąco zaprasza nas w gościnę do ich domu. Nie widzą innej możliwości. My stwierdzamy, ze i tak już dużo zabraliśmy im czasu. Nic to nie pomaga. Jedziemy na obiad. Jak się okazało bardzo obfity i uroczysty. Panowie rozlewają do szklaneczek ich miejscowy trunek. Samogon nazywa się Diesna, jak pobliska rzeka i ma ponad 60% mocy.
Rano pchamy samochód. Jak się okazało padł rozrusznik. Jeszcze przyjdzie nam pchać naszą "terenówkę" z 7 razy i przez całą granicę. Zasada jest jedna: stawać zawsze z górki. Ze względu na złą pogodę nie zatrzymujemy się po drodze. Jedynie w celu zatankowania paliwa.
Na granicę w Korczowej wjeżdżamy wieczorem, koło 19:00. Kolejka liczy 500 samochodów. Podchodzi do nas dwóch wyrośniętych panów. Proponują przejazd bez kolejki za 200 zł. Odmawiamy. Niemcy w większości przejeżdżają za łapówkę. Wygląda to tak, że zaraz przy szlabanie stoją stójkowi, trzymający miejsca. Gdy ktoś się zdecyduję zapłacić wpuszczają go zamiast siebie. Czekamy godzinę, dwie, cztery. Kolejka nie zmniejsza się. Do 4:00 przejechaliśmy może 200 metrów, a do terminala może 1 km. Zmorzył nas sen. O 6:30 pobudka. Sytuacja wygląda tak samo, stoimy tam, gdzie staliśmy. Kolejka jaka była, taka jest.
Szybka decyzja, jedziemy do Medyki oddalonej o 70 km. Niecała godzina i przejście graniczne, które świeci pustkami.
Po Ukrainie w drodze powrotnej przejechaliśmy 981 km.
Jeszcze tylko pchnąć samochód i w stronę domu. Drogi jakby idealne. Tylko co z tego, jak na naszych twarzach smutek i chęć powrotu w nasze ulubione azjatyckie strony. W naszej części Europy nie ma już tylu niekonwencjonalnych miejsc, nie skażonych zgiełkiem cywilizacji.
Przez 36 dni podróży pokonaliśmy dystans 15 678km. Wytrzymaliśmy my, wytrzymał samochód!!!
|