|
Wielu nas pytało: ale po co?! Po co jechać do państwa gdzie przez ostatnie 23 lata trwała wojna. Pewnie wielu z was to rozbawi, inni pomyślą ze jesteśmy chorzy albo "stuknięci" ale dla nas odpowiedź jest prosta. My tak naprawdę nie potrafimy odnaleźć się w świecie arogancji, do którego należymy. W świecie zaawansowanej techniki ale niskiej jakości życia, zbytniego samolubstwa, zbytniej pogoni za zyskiem i bezsensowną władzą.
Ruszając, byliśmy przekonani, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby dotrzeć do Afganistanu, jednak "życzliwość" polskich władz na obczyźnie szybko zweryfikowała nasze plany.
Nawet się nie obejrzeliśmy jak późnym popołudniem byliśmy na granicy węgiersko -rumuńskiej. Słowację i Węgry znamy bardzo dobrze z naszych wielokrotnych wyjazdów, wiec potraktowaliśmy te kraje jako tranzytowe.
Formalności graniczne odbyły się na najwyższym poziomie i po 20 minutach Rumunia stała przed nami otworem. Skierowaliśmy się w stronę szczytu Pietrosul 1791 m n.p.m. Minęliśmy po drodze Cluj Napoca i Bistritę, w której zaskoczyło nas bogactwo cygańskich domów. Są to dosłownie pałace, a konstruktorzy dachów są mistrzami w swojej dziedzinie. W Vatra Dornei odbiliśmy na górską drogę u podnóży Pietrosula z zamiarem dotarcia nad jezioro Izorul Montelui. Było już ciemno, wielu dziur nie widzieliśmy i po 2 uderzeniach w dość głęboką wyrwę postanowiliśmy przenocować w samochodzie.
Rano pogoda pogorszyła się wiec zrezygnowaliśmy z wejścia na Pietrosula. Kąpiel w jeziorze również nie wchodziła w grę dlatego udaliśmy się w dalszą drogę z zamiarem przejechania trasy "Transfogarasz". Nawierzchnia jest bardzo dobra, a widoki są nieprzeciętne. Był czerwiec, a na przełęczy w pobliżu Balea Cascada (2300 m n.p.m.) spore ilości śniegu i snowboardziści J. Czerwiec, na dole 28 st. C, na górze ledwo 10 st. C. Tunel pod przełęczą był zamknięty dlatego nie udało nam się przejechać całości, ale ilość serpentyn na przejechanym odcinku i tak można liczyć w dziesiątki. Przewyższenia również były spore. Nocowaliśmy u stop Fogaraszy nad strumykiem. W niewielkiej odległości od nas Moldovanu 2544 m n.p.m. i Negoiu 2535m n.p.m. dwa najwyższe szczyty tego pasma. Obudziło nas stado owiec usilnie obgryzające namiot.
Późnym popołudniem spakowaliśmy się i pojechaliśmy na granicę z Bułgarią. Opłata za ekologię i drogi 16$, stempel w paszporty i mogliśmy jechać. Granicę przekroczyliśmy w Vama Veche. Bułgarię zamierzaliśmy przejechać wzdłuż wybrzeża. Wiedząc, iż w wydzielonych strefach typu Słoneczny Brzeg czy Złote Piaski będzie mnóstwo turystów na nocleg wybraliśmy Tjulmenowo, małą miejscowość gdzie nie ma turystów ... jeszcze. Namiot rozbiliśmy na wysokim klifie. Na drugi dzień z powodu braku jakiejkolwiek plaży pojechaliśmy w okolice Rusałki. A tam malownicza zatoka, o której turystyka zapomniała, można się wykąpać, odpocząć. Popołudniem z ciekawości wjeżdżamy na Złote Piaski, Swiaty Vlas. To co się tam działo przechodzi wszelkie pojęcie. Wszędzie hotele, przeważnie wielogwiazdkowe, baseny, posprzątane plaże i tysiące plażowiczów wylegujących się leniwie. Trzeciego dnia pobytu w Bułgarii, kiedy byliśmy już zmęczeni wszechobecną komercją pojechaliśmy na granicę z Turcją do Malko Tarnovo. Granica trochę zapomniana, niewielu turystów. Droga nie była za dobra, a w dodatku padał ulewny deszcz. Widać było, iż ktoś ćwiczył strzelanie na przydrożnych znakach. To wszystko i otaczający las wzbudzało pewien niepokój. Same formalności były przyjemnością. 30$ za dwie wizy miesięczne, papiery celne na samochód i w drogę. Poznaliśmy także dwóch Francuzów, którzy na motocyklach jechali z Londynu do Hong Kongu. Ciekawe czy udało im się dotrzeć do celu? Szczególnie, iż jeden z nich jechał z uszkodzonym odcinkiem szyjnym kręgosłupa po wypadku w Rumunii. Po stronie tureckiej malownicza droga, dużo szersza i równiejsza sprawiła, iż w Kirkareli byliśmy po niedługim czasie. Skierowaliśmy się w stronę Zatoki Marmara. Tam turystyka w pełni tego słowa znaczeniu. Od Tekirdag do Istambułu, nie da się wsadzić dosłownie palca między hotele i apartamentowce. Na kempingach zatrzęsienie ludzi, a za cenę 15$ warunki bardzo skąpe. Po namyśle odbiliśmy w stronę Morza Czarnego mijając strefy i poligony wojskowe. W miejscowości Yenikoy w otoczeniu śmieci rozbiliśmy namiot. Kolejnego dnia, wyruszyliśmy do Istambułu, miasta o którym nie jeden słyszał wiele. Ruch w mieście był potężny. Nawigację trzeba oprzeć o dzielnice, których my nie znaliśmy. Jeżeli ktoś nie wie w jakiej dzielnicy jest HAGIA SOFIA i cała jej słynna okolica nie ma większych szans tam dojechać. My z pomocą pewnego Pana, udaliśmy się do "Sofii" i Błękitnego Meczetu bez problemów. Dookoła pełno było turystów, zaczepiających sprzedawców skór i dywanów. Udaliśmy się na rozreklamowany Złoty Bazar ale chyba z jego dawnego charakteru została tylko nazwa. Wewnątrz aż czarno od przybyszy z zachodu, a stragany zamieniły się z biegiem lat w nowoczesne, klimatyzowane butiki.
Wyruszyliśmy na podbój Troi. Tyle o niej czytaliśmy. Mity, filmy przedstawiają to miejsce w sposób niesamowity. Przejechanie Bursy zajęło nam 3 godziny z powodu gigantycznego korka wywołanego robotami drogowymi. Do Troi dotarliśmy wieczorem. Spaliśmy na jakimś ściernisku, jednak wygodnie. Rano szybko zebraliśmy się i z nadzieją, że zobaczymy coś ciekawego pojechaliśmy do Troi. Wstęp 24YKR za 2 osoby + samochód, przy kursie 1zł = 0.4YKR, co daje nam blisko 50zł.
Powiemy tak: bardzo droga to rozrywka i szczerze odradzamy odwiedzać Troję. Szkoda waszych pieniędzy. Troja to skromne ruiny na środku pola, słynnej plaży w ogóle nie widać -pewnie morze się cofnęło. Porozrzucane kamyki i pozostałości amfiteatru - jednym słowem nie warto. Lepiej iść na porządny obiad.
Zaplanowaliśmy dalszą trasę. Iran - ściana zachodnia z Zatoką Perską, a potem może Pakistan, stamtąd do Afganistanu. Tam już zobaczymy co dalej. Obliczyliśmy dystans, a że nie były to jakieś przerażające odległości (14 000 km) postanowiliśmy objechać i zwiedzić Pakistan. Szczęśliwi, z gotowym planem drogi skierowaliśmy się do Pergamonu (Bergama). Droga z Bahramkale do Ayvacika wiedzie przez góry ale jest równa i jedzie się dość szybko. W Bergamie spaliśmy w samochodzie, jak się rano okazało na wysypisku gruzu ale za to pod drzewem - jedynym w okolicy. Wszystko dlatego, iż pod bramą Asklepionu zameldowaliśmy się o 1.50 w nocy. Niedziela minęła na szukaniu kantoru aby móc wymienić pieniądze na paliwo. Znaleźliśmy PTT, czyli pocztę turecką. Niekiedy oferuje również wymianę walut. Przeważnie pobierają od 2-5 % prowizji. Nam udało się to załatwić bez prowizji.
W drodze do Efezu minęliśmy miasteczko Selcuk trochę uśpione ale za to lubiane przez bociany. W centrum miasta stoją starożytne kolumny, a na każdej z nich jest gniazdo, na nich rodzinki boćków. W Efezie zobaczyliśmy antyczne miasto, a także wyścigi na ź mili i chyba one nas bardziej zainteresowały. Kolejnym celem było Pamukkale. Postanowiliśmy, iż będzie to nasze ostatnie oficjalne miejsce jakie chcemy zobaczyć. W Pamukkale byliśmy o 10 rano i dobrze, bo turystów było niewielu. Z naturalnych tarasów kąpielowych niewiele zostało. Turcy sprytnie oszukują budując nowe, betonowe już tarasy. Woda też już nie bije naturalnie ze źródeł tylko jest pompowana rurami. Ale przynajmniej była ciepła bo też z term. Można się wykąpać jeśli znajdziemy miejsce w egzotycznym ogrodzie. Serwuje się tam drinki i przekąski. Jest to po prostu basen otoczony bujną roślinnością. W południe pojechaliśmy do Ankary załatwiać wizy do Iranu i Pakistanu. Nie chcąc spać w mieście znaleźliśmy dobre miejsce na namiot w pobliżu stolicy. W Ciubukbel wymieniliśmy pieniądze na potrzebne wizy. Ciekawostką jest to, że pracownicy w bankach i urzędach mogą palić w trakcie obsługi klienta. Przy czym ci ostatni mają to surowo zabronione. W Ankarze udajemy się najpierw do Ambasady Pakistanu. Wiza na 1 miesiąc kosztuje 69YKR. Wymagany jest również list polecający z Ambasady polskiej. W Ambasadzie irańskiej podobnie, z tą jedynie różnicą, że 37 Euro kosztuje wiza na 7 dni tranzytu. Na turystyczną Polacy muszą czekać 2 tygodnie. Poszliśmy więc po list do Ambasady Polskiej. Mogliśmy wjechać na jej teren samochodem. Zostaliśmy przyjęci z pełnym profesjonalizmem i życzliwością. Pan Konsul to bardzo pomocny i miły człowiek, który potrzebny dokument miał dla nas po 5 minutach. Bardzo dużo wie o Turcji, zresztą też lubi podróżować. Czas spędzony w Ambasadzie był naprawdę miłym doświadczeniem. Wzięliśmy 2 listy do Ambasady Iranu i Pakistanu. W razie jakichkolwiek problemów Pan Konsul zapraszał nas ponownie. Problemów z wizami na szczęście nie było. Na pytanie odnośnie samochodu obaj konsulowie z tych krajów stwierdzili, iż nie widzą potrzeby posiadania przez nas szczególnych dokumentów. Z tym przekonaniem opuszczaliśmy Ankarę, z wizami w paszportach i w dobrym humorze. Wiele mijanych przez nas jezior otoczonych było specjalną strefą ochronną. Woda krystaliczna, a kąpać się nie wolno. I tak czasem wbrew zakazom korzystaliśmy z dobrodziejstwa słodkiej wody. Ostatni nocleg przed Iranem wypadł nam u podnóży Argi Bagi 5165m n.p.m. Turcja w tym miejscu ma inne oblicze; wsie borykające się z biedą, ludzie robiący opał z nawozu. O korzyściach z turystyki nikt tu nie słyszał.
Na granicy po stronie tureckiej podszedł do nas mężczyzna i zapytał o paszporty. Nas jednak zastanowiło kim jest? - bo przecież nie oficerem służby granicznej, no bo i jak? W krótkich spodenkach i koszulce polo?! Na pytanie jaką pełni funkcję udał, że pytania nie słyszał. Łaził za Dominikiem jak "dobry wujek" z Ameryki tłumacząc rzeczy oczywiste; że najpierw odprawa paszportowa, później dopiero cło. Po załatwieniu wszelkich formalności "dobry wujek" zażądał zapłaty - mało tego przyprowadził kolegę, który przekonywał żeby u niego wymienić walutę, bo banki w Iranie robią duże problemy. Jak się później okazało kolega "dobrego wujka" chciał nas oszukać tylko pięciokrotnie.
W pasie niczyim zakładamy długie spodnie. Jola dodatkowo bluzkę z długim rękawem -koniecznie zapiętą pod szyję i chustkę na głowę - nazywaną od tej pory "szlafmycą".
Pierwsze pytanie na granicy irańskiej w sekcji paszportowej dotyczyło naszego pokrewieństwa. Żona? Siostra? Urzędnik nie mógł zrozumieć co znaczy, że pracujemy razem. Stwierdził: nie żona, nie siostra, no to kto?. W Iranie albo jest się siostrą albo żoną. Nie ma innej opcji. Nie można być koleżanką czy współtowarzyszką podróży. Przecież to jakieś niedopuszczalne. Kobieta wolna? Co to znaczy?!
Prawdziwe tłumaczenia zaczęły się w sekcji Custom, czyli cła. Padło pytanie o Carnetto de Passage. My, że nie mamy - wyjaśnień nie było końca, więc jak to przeważnie ma miejsce w takich sytuacjach poprosiliśmy o rozmowę z szefem.
Carnetto de Passage to dokument dający gwarancję, że pojazd którym się podróżuje nie zostanie sprzedany na terytorium Iranu. W dniu, kiedy właściciel będzie opuszczał ten kraj, samochód wyjedzie wraz z nim.
Szef cła widział 2 rozwiązania: pierwsze to wykupić ubezpieczenie na samochód (pomimo, iż Zielona Karta obowiązuje w Islamskiej Republice Iranu - co im udowodniliśmy) za 100$ gdzie firma ubezpieczeniowa daje GRATIS potrzebny dokument odnośnie cła. Drugie rozwiązanie to gwarancja Polskiej Ambasady na to, że samochód którym podróżujemy nie zostanie sprzedany w Iranie. Polska Ambasada w Teheranie długo przygotowywała pismo, nerwy puszczały już obu stronom, a że były to ostatnie minuty pracy urzędników postanowiliśmy wykupić w/w ubezpieczenie, a tym samym uzyskać wymagany dokument.
Na granicy po stronie irańskiej spędziliśmy 5,5 godziny głównie oczekując na kolejne decyzje urzędników i pieczątki. Plik dokumentów jaki otrzymaliśmy miał 20 stron, a na każdej po kilka stempli. Najśmieszniejsze jest to, że wyznaczono nam dokładną trasę tranzytu przez Iran do Pakistanu, której i tak nie przestrzegaliśmy. Z kompletem dokumentów biedniejsi o 100$ ruszyliśmy w głąb Iranu.
Z racji tego, iż nasze wizy opiewały na okres 7 dni, a Iran to wielkie państwo z wysokimi górami prawie na całej powierzchni, ruszyliśmy w drogę.
Nad ranem około godziny 4.00, kilka godzin po tym jak się położyliśmy spać obudził nas klakson traktora. Kierowca nie omieszkał przywitać się z nami.
W Sanandaj gdy staliśmy na czerwonym świetle - podbiegł do nas młody chłopak i zaczął powtarzać kilkakrotnie do Dominika: I love You, Mr., I love You.
Mężczyźni w Iranie nie patrzą na kobiety ponieważ wszystkie są takie same - zakryte. Od stóp do głów włącznie. Mężczyźni swoje zainteresowania skierowali więc w stronę innych mężczyzn. I to widać na każdym kroku. W każdym zakątku tego państwa. To mężczyźni są "ozdobami" kobiet, to oni ubierają najmodniejsze ciuchy - obcisłe bluzeczki, nowoczesne spodnie, to oni w końcu żelują włosy. Kobietom przypada stać bacznie przy nich i wcale im to nie ujmuje, że wyglądają jak Batman, zakryte szczelnie przez długie czarne płótna sięgające kolan, a czasem kostek.
W Iranie wszystkie kobiety nawet Europejki mają nakaz zakrywania głowy i ciała.
W Bandar E Bushehr zatrzymała nas policja religijna - wychodziliśmy z restauracji, ubrani w długie spodnie. Jola w polar z długim rękawem. Zamek nie był jednak dosunięty do końca pod szyję - i to właśnie był powód kilkuminutowej przepychanki z policją. Dominika podkoszulek okazał się nieodpowiedni - jego rękawy były zbyt krótkie. Temperatura 55 st. C. Podróżowanie po Iranie nie jest wcale proste, a już na pewno bardzo ciepłe. Jednak to my byliśmy w "ich" państwie i to my chcieliśmy podróżować po tym kraju w związku z czym musieliśmy uszanować ich reguły i zasady. To jest sprawa bezdyskusyjna. Jednak inną sprawą jest, że bywa to często bardzo trudne, bo latem temperatury nie spadają poniżej 45 stopni C.
Esfahan to podobno najładniejsze miasto Iranu. My zwiedziliśmy główny meczet i największy bazar. Bazar dużo bardziej tradycyjny niż ten w Istambule, chociaż mało kto o nim wie. W drodze nad Zatokę Perską w okolicach Shurjestan odnajdujemy prawdziwe pustynne miasto z fortem. Robi to piorunujące wrażenie. Godzinny spacer, rozmowy na "migi" z ludnością, zdjęcia, filmowanie. To wszystko dlatego, iż turystów tam nie znajdziemy. Nawierzchnia drogi przez góry jest jak "stół" dlatego zatrzymując się na nocleg, nie odczuliśmy wcale, iż jesteśmy po 15 godzinach jazdy. Była 2.00 w nocy, a skały parzyły. Było ciężko oddychać gdyż oddawały ciepło, które skumulowały za dnia. Rano czuliśmy się jeszcze bardziej zmęczeni niż poprzedniego dnia. U Dominika wystąpiły pierwsze symptomy przemęczenia objawiające się krwotokami z nosa. Przed nami był kolejny wielogodzinny etap jazdy.
Droga z Bandar E Bushehr do Bandar Abbas to podziwianie plaż Zatoki Perskiej. Są one rozlegle i piaszczyste ale oczywiście nikt się nie kąpał bo i po co?! Temperatura wody przekracza chyba 35 stopni i dorównuje temperaturze powietrza. W połowie drogi między miastami na odcinku 15 km ciągnie się wielka rafineria. W jednej ze wsi zaobserwowaliśmy krwawą walkę osłów. Spaliśmy, a raczej umieraliśmy z gorąca w oddaleniu od drogi ale chyba w pobliżu palarni haszyszu J. Zmuleni i hiperspoceni nie mogliśmy zasnąć aż do 4.00 rano. Za nami było 900 km przejechanych w czasie 17 godzin.
Przed Kerman po 9900 km padł obrotomierz. Jak się potem okaże był to symptom innej usterki. W samym Kerman spotkała nas rzecz niesamowita. Po obiedzie w restauracji, 2 kobiety, które ją prowadziły odmówiły przyjęcia zapłaty. My zmieszani tą sytuacją zapłaciliśmy i gorąco podziękowaliśmy za przesympatyczną obsługę.
Udaliśmy się do granicy w Pischin, ale po 20 km od Rigan droga pogorszyła się diametralnie. Jest to teren szeroko zakrojonego przemytu, więc nie remontuje się dróg. Zmieniliśmy plany i pojechaliśmy na granicę w Mirjaveh.
Strefę przemytu w Iranie można poznać po wielkich terminalach do kontroli samochodów. Znajdują się na głównych drogach w okolicach Bandar Abbas i Kerman. Kontrole są naprawdę szczegółowe włącznie z rozbieraniem autobusów i samochodów na części. Po 15 godzinach jazdy, w namiocie bez tropiku zasnęliśmy na plantacji daktyli. Byliśmy w drodze od 8.00 - 23.00. Był to nasz 5 dzień w Iranie. Kolejnego dnia ok. 150 km przed granicą spotkaliśmy 4 przewoźników paliwa. To życzliwi ludzie chociaż w głównej mierze zajmują się przemytem. Wożą paliwo do Pakistanu i Afganistanu. Wskazali nam miejsca, które w Afganistanie omijać należy bezwzględnie, a w których można spokojnie podróżować. Po wspólnym posiłku każdy pojechał w swoją stronę. Pognaliśmy do Mirjaveh, granicy z Pakistanem.
W Iranie przejechaliśmy 4488 km. Drogi mają wyśmienite. Przy 55st. C w cieniu, nie ma śladu kolein. Często przez najwyższe pasma górskie biegną 4 pasy. Ale Iran był za nami.
Przed nami wielka niespodzianka: Pakistan!
Po stronie Irańskiej żadnych zbędnych formalności. Zabrano nam plik dokumentów dotyczący samochodu i pozwolono jechać. Na pasie niczyim między bramą irańską a pakistańską musieliśmy opędzać się od handlarzy walutą, natrętnych niczym złośliwe muchy. Wiedząc, iż kurs u nich jest mizerny nie wymieniliśmy pieniędzy. Pakistańską sekcję paszportową załatwiliśmy w 10 minut. Na cle pojawił się jednak problem - Carnetto de Passage. Powiedzieliśmy, iż władze Pakistanu w Ankarze nie poinformowały nas o takim dokumencie i tym samym nie jesteśmy w jego posiadaniu. W celu wyjaśnienia sprawy pojechaliśmy do szefostwa nieopodal granicy. Tam dyskusja rozgorzała na dobre. Dwoje Polaków dotarło do Pakistanu bez Carneto, ale jak? Stwierdzono, że dokument ten będziemy mogli kupić w Quettcie, oddalonej o 640km. Do tego czasu podróż musimy kontynuować pod eskortą uzbrojonego żołnierza. Panowie zobaczywszy załadowane Cinquecento zweryfikowali szybko swój plan. "Żołnierz pojedzie autobusem z waszymi dokumentami i spotkacie się w Quettcie" - rzekł komendant. Zabrano nam paszport i dowód rejestracyjny, wypisano nam gwarancję na odcinek drogi do Quetty i pozwolono jechać. Była noc. Pogranicznicy przestrzegli nas przed niebezpieczeństwem dalszej jazdy. Przez pierwsze 100 km to droga pozasypywana piaskiem z pustyni. Momentami tarliśmy podwoziem o piach. Dobrze, że był wystarczająco sypki. Potem rozpoczął się tzw. Pakistański Highway. 200 km bardzo dobrej drogi z odblaskami na środku i po bokach (cateyes). Pobierana jest za nią opłata 5 rupii. To był pierwszy i ostatni raz kiedy zapłaciliśmy za przejazd. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i po tych 200 km z drogi zrobiła się asfaltowa ścieżka. Na wszelki wypadek zatankowaliśmy paliwo u przydrożnych przemytników. (Paliwo z Iranu w cenie 30 rupi za litr, a normalnie na stacjach 49 rupii). Ciężarówki zwane przez nas "kurzykami" to dzieła sztuki. Są tak ciężkie od ozdób i łańcuszków, że ledwo jadą, a załadowane to już pełzają. Dlatego "Kurzyki", iż kierowcy prawie nie usuwają się z drogi, bojąc się, że ich cacka się zakurzą. Przeważnie maszyny te lśnią jak nowe. Początkowo wprawiało nas to w złość. Zwykłe zawalidrogi i tyle. Ale z czasem okazało się, że kierowcy tych "choinek" to niesamowicie pomocni ludzie. W miarę pokonywanych kilometrów serdecznie pozdrawialiśmy się na drodze. A zdażało się i tak, że spotykaliśmy na północy tych, których widzieliśmy na południu kilkanaście dni wcześniej. Trzeba pamiętać o tym, że taki "kurzyk" z Quetty do Gilgit (odległość ok. 3000km) jedzie ok. 12 dni.
Raz po raz mija nas autobus pędzący z zawrotną prędkością, w dodatku z 10 ludzi na dachu.
Popołudniem dotarliśmy do Quetty. Wszędzie tysiące ludzi, stragany, wszechobecny brud i miliony much. Ale przynajmniej smród był do zniesienia.
Znaleźliśmy Centralę Cła na obszar Balochistanu, gdzie byliśmy umówieni na następny dzień. Noc spędziliśmy w przydrożnym motelu. W Quettcie występuje specyficzny mikroklimat. Upał jest niesamowity około 47 stopni. Co ciekawe noce są stosunkowo chłodne, to sprawia ze można się wyspać. W poniedziałek udaliśmy się na umówione spotkanie do Custom Head Office Quetta. Była godzina 10.00.
Godzinę spóźnienia "żołnierzyk" - bo tak go nazwaliśmy - usprawiedliwił faktem, iż miał umówioną wizytę u fryzjera - no cóż musiał się zaprezentować z jak najlepszej strony, tak przynajmniej wtedy to sobie tłumaczyliśmy. Po godzinie wyjaśnień szef car section poprosił byśmy zapłacili "żołnierzykowi" za eskortę 4000 rupi. Po szybkim przeliczeniu wyszło nam, że jest to około 240 zł. Padło pytanie, ale za co właściwie mamy płacić?! Za eskortę tłumaczył "big boss" sekcji samochodów osobowych. My na to: jaką eskortę? Sami tutaj przecież przyjechaliśmy, żadnej eskorty nie mieliśmy. 2 noce w Quettcie sami przecież spędziliśmy. Urzędnik wtrącił w tym czasie: "żołnierz przywiózł wasze dokumenty!" Pewnie bylibyśmy skłonni do negocjacji gdyby nie podniesiony ton urzędnika i ignorancja z jego strony. Poprosiłam o rozmowę z polską Ambasadą. Był zdziwiony, ale udostępnił telefon. Zaznaczyłam, że pokryję koszty rozmowy. Po około 6 minutach rozmowy z konsulem w Karachi podszedł do mnie "big boss" wyrwał słuchawkę, tym samym przerywając rozmowę. Zapytałam: co robisz? Odpowiedział: że rząd pakistański nie będzie płacił za polskie pogaduszki. Wtedy właśnie "burza" rozpoczęła się na dobre. Zarządaliśmy rozmowy z managerem tej instytucji.
Samad - bo tak miał na imię - zaprosił nas do swojego gabinetu. W pierwszym momencie wydał się człowiekiem surowym i bardzo stanowczym. Po nakreśleniu problemu widział 3 wyjścia:
Pierwsze to zatrzymanie samochodu na parkingu biura celnego, a tym samym kontynuowanie naszej podroży publicznymi środkami transportu. Drugie to gwarancja polskiej Ambasady, że nie sprzedamy samochodu , a ostatnia opcja była taka, że to my zapłacimy równowartość cła (kwota zwrócona zostanie nam przy wyjeździe z Pakistanu). Padło pytanie: ile?
Samad początkowo był nieustępliwy, nie przemawiały do niego żadne tłumaczenia i argumenty. W odpowiedzi na nasze żarty wyciągnął, zaznaczywszy uprzednio odpowiedni paragraf, kodeks przepisów celnych - my wtedy w śmiech. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw doszliśmy do wniosku, że spróbujemy porozmawiać z konsulem. Samad zaproponował, że może on przedstawi konsulowi sytuację. W oczekiwaniu na fax z Ambasady opuściliśmy gabinet Samada. W końcu to był nasz problem, nie chcieliśmy dezorganizować mu dnia pracy. Siedzieliśmy na ławce przed gabinetem gdzie zaopiekowano się nami proponując herbatę, wodę czy inne napoje. Trzeba przyznać, że dobrych manier i gościnności im nie brakuje. Dominik ciągle zaglądał do pokoju gdzie znajdował się faks. Po kilku minutach wyłączono prąd, dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie wtedy, kiedy byliśmy o krok od rozwiązania naszego problemu. Nie twierdzimy jednak, że było to celowe. Po 2 godzinach sfrustrowani postanowiliśmy wziąć los we własne ręce. Przecież to nie jedyny faks w tym mieście - doszliśmy do wniosku. Wychodzimy! Ochrona zareagowała natychmiast. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że ten brak prądu to chyba jednak nie zbieg okoliczności. Wybiegliśmy z budynku, w pośpiechu wsiedliśmy do samochodu udając się w stronę bramy wyjazdowej, którą ochrona pośpiesznie zamykała. Jeden z żołnierzy przeładował nawet broń. I znów na dywaniku u Samada. Zdenerwowani rzuciliśmy mu nasze paszporty, mówiąc, że faks nigdy nie przyjdzie bo i jak, skoro nie ma prądu, a czekać możemy nawet do jutra. "Masz nasze paszporty- my jedziemy szukać faxu, działającego faxu". Nawet nie zaprotestował - poprosił byśmy uważali na siebie. Po 20 minutach wracamy z faksem w ręku. Samad przeczytał uważnie tekst i niestety, doszukał się błędu. Napisane było, iż to my dajemy gwarancję, że nie sprzedamy samochodu i ponosimy całkowitą odpowiedzialność za poruszanie się nim, a to Ambasada miała taką właśnie dać gwarancję. W tym momencie nastąpiła konsternacja. Samad po namyśle zarządał wyliczenia kwoty cła od swoich pracowników. Po około 30 minutach padła suma 4700$. Wywołało to śmiech. Od tego momentu formalny ton rozmowy schowaliśmy do kieszeni. Samad obiecał, że znajdzie rozwiązanie. Zaczęła się przyjacielska rozmowa. Opowiedzieliśmy o sobie, pokazaliśmy naszą stronę internetową ( www.autopodroznicy.com ) . To, że dużo podróżujemy sprawiło, że Samad spojrzał na nas inaczej. Teraz już wiemy, że w Pakistanie do szkoły idą dzieci, których rodzice chcą by się kształciły. W zależności od woli rodziców dziecko może być analfabetą, bez względu na status materialny rodziny. Rozmawialiśmy o roli kobiety w tamtej kulturze. Padło pytanie gdzie są kobiety, ponieważ w ogóle nie widać ich na ulicach. Samad odpowiedział, że gotują obiady swoim mężom, a jak chcecie zobaczyć kobiety to musicie udać się na targ. Samad to człowiek posiadający ogromną wiedzę i charyzmę, a przez to władzę absolutną. Jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Z jego gwarancją mogliśmy swobodnie podróżować po Pakistanie. Dziękujemy Ci za to Samad!
|