1 -
2 -
Informacje praktyczne
Galeria

 

 
  
Kazachstan
.:|2004
 
Pakistan i Kaszmir
.:|2005
 

 
Jolanta Czupik, Dominik Stokłosa
Cinquecento do Pakistanu i Kaszmiru
Autopodroznicy.COM .:|2005
- 2 -

fot. Autopodróżnicy.com

Z Quetty udaliśmy się do Sukkur. Miasto położone nad brzegami mętnego Indusu. Ciekawość naszą wzbudziły rozstawione co 1 może 2 km okopane posterunki policyjne wraz z policjantami uzbrojonymi w długą broń. Po namyśle postanawiamy przenocować na przydrożnej plantacji daktyli. Wybraliśmy dobre miejsce, rozmawialiśmy, słuchaliśmy radia. Nagle usłyszałem strzał. Jola stwierdziła spokojnie, że to tylko złudzenie i żebyśmy poczekali na dalszy rozwój sytuacji. Nie upłynęła minuta, a rozległ się drugi strzał. Tym razem świst kuli mocno nas wystraszył. Wysiedliśmy z samochodu z uniesionymi rękoma, krzycząc że jesteśmy turystami. Dwóch rozkrzyczanych policjantów, którzy strzelali, kazało nam zostać w samochodzie. Z latarkami uważnie szukali czegoś wokół samochodu. Pytaliśmy jaki jest powód tej akcji, ale nie byli w stanie wyjaśnić. Po 10 minutach przyjechał naczelnik policji z Sukkur. Zapytał kim jesteśmy i czego szukamy na tej plantacji. Odpowiedzieliśmy, że chcieliśmy tylko odpocząć. Po sprawdzeniu naszych paszportów, naczelnik stwierdził, iż lepszym rozwiązaniem dla nas byłoby zostać w hotelu. Zapewniał nas, że okolica jest bezpieczna i możemy być spokojni. Ciekawe stwierdzenie; przed chwilą do nas strzelano, ale jest bezpiecznie!J. Noc spędziliśmy w samochodzie na parkingu dla ciężarówek. Ruszyliśmy w stronę Derawar Fort, największego i najsłynniejszego fortu Pakistanu. Trafić tam nie było łatwo, gdyż oznaczenia praktycznie nie istnieją, ale po kilku próbach udało się. To ogromny fort, do którego można wejść za pozwoleniem rządowym. W Bahawalpur postanawiamy spędzić noc w motelu. Trafiamy do Silver Motel. Przytulne miejsce z bardzo miłą obsługą. Za 1200 rupii dostajemy bardzo duży pokój z ładną łazienką, lodówką wypełnioną napojami i TV. Klimatyzacja zapewniała nam przyjemny chłód. Wypoczęliśmy tam za wszystkie czasy. Następnego dnia żal było opuszczać to miejsce, ale wszystko co dobre szybko się kończy. Postanowiliśmy zwiedzić dokładnie Multan. Cały czas towarzyszyły nam 2 sympatyczne dziewczynki, które oprowadziły nas po zakamarkach bazaru w Multan. Dojechaliśmy do Lahore nazywanego w Pakistanie stolicą jedzenia. Nawet jedna z ulic nazywa się "food street" Tu też jest jedyny McDonald w Pakistanie. W garnkach przydrożnych kuchni bywały setki much. W Pakistanie nie ma chyba czegoś takiego jak SANEPID. Jedzenie jednak smakuje świetnie. W Gujrat w drodze do Islamabadu mieliśmy przyjemność zjeść obiad w restauracji Papa Sams. Jej właścicielem był chłopak, który po 13 latach pobytu w Anglii wrócił by prowadzić swój biznes. Był właścicielem stacji benzynowej i restauracji. Porządek utrzymany był na najwyższym poziomie. W prezencie podarował nam 2 zestawy z Menu i zaprosił ponownie. Skierowaliśmy się w stronę Islamabadu. W Taxila zatrzymała nas na radar policja. Jechaliśmy o 46 km/h za szybko. Minimalny mandat za takie wykroczenie to 720 rupi. Skończyło się na pouczeniach.

Pojechaliśmy do Peszawaru, gdzie byliśmy umówieni z naszym przyjacielem Sayedem. Rozpoczęliśmy poszukiwania hotelu, sprawdziliśmy chyba z 10 miejsc. Standard znacznie odbiegał od europejskiego ale ceny za to były niskie. Często w pokojach było brudno, brak jakiegokolwiek wyposażenia. Wybraliśmy hotel Hedayat. Dostajemy pokój VIP za 1200 rupi (około 12 Ł) wyposażony w TV, lodówkę, klimatyzację. Wszyscy pracownicy byli bardzo pomocni. Jedzenie i napoje donosili do pokoju. Zapytaliśmy o ich miesięczne wynagrodzenie. Boy hotelowy zarabia około 1200 rupi to jest około 20$ pracując 18 godzin na dobę. Zaskoczył nas jeszcze bardziej gdy powiedział: "To dobre pieniądze". Trzeba pamiętać, że pokój VIP kosztuje dokładnie tyle, ile wynagrodzenie miesięczne boya hotelowego. Następnego dnia udaliśmy się do doliny Swat. Droga pięła się wysoko w górach, problemy sprawiały roboty drogowe i kurz wnikający we wszystkie zakamarki w samochodzie. Widoki były imponujące, a wyczyny pakistańskich kierowców jeżyły włosy na głowie. 20-stu wiszących mężczyzn na każdym z busów, a ich kierowcy nie przejmując się zbytnio, pokonują zakręty prawie na 2 kołach. Prawdziwa kaskaderka i to za darmo! Późno w nocy wróciliśmy do Peszawaru gdzie następnego dnia mieliśmy zobaczyć się z Sayedem. O umówionej porze spotkaliśmy się przed hotelem. Pokazał nam 2 oblicza tego miasta. Nowoczesne, można rzec europejskie, z błyszczącymi witrynami sklepów, fast foodami, wykwintnymi restauracjami i butikami z zagraniczną odzieżą. Drugie oblicze to stare miasto, z wąskimi uliczkami wypełnionymi straganami i unoszącym się zapachem przypraw. Dominik miał okazję skorzystać z basenu w towarzystwie wyłącznie mężczyzn, gdyż kąpiel mieszana nie wchodzi w grę. W zależności od dnia basen otwarty jest dla kobiet lub mężczyzn. Zjedliśmy smaczną rybę nad rzeką Kabul. Nie omieszkaliśmy skorzystać ze spływu łodzią.

Trzy dni z Sayedem to był czas świetnej zabawy i odpoczynku od trudów podroży. Po czterech dniach można powiedzieć luksusów pojechaliśmy uzyskać afgańskie wizy w Islamabadzie. Stolica nie przypomina żadnego innego miasta w Pakistanie. Nie znaleźliśmy tam ani biedy, ani brudu. To miasto wizytowe dla ważnych tego świata. Patrząc na nie ma się wrażenie, ze w Pakistanie żyje się na wysokim poziomie - ale to tylko złudzenie. Większość Ambasad znajduje się w wyznaczonej enklawie, gdzie można wjechać za 30 rupi autobusem z wyznaczonego parkingu. Udaliśmy się do Ambasady Afganistanu. Z uzyskaniem wizy nie było problemu. Potrzebny był tylko list polecający z Ambasady polskiej. Odnaleźliśmy więc Ambasadę RP (wielki gmach otoczony rozległymi ogrodami) w celu uzyskania wspomnianego listu. Przywitał nas w języku ojczystym strażnik. Ogromnie się ucieszył, powiedział, że miło porozmawiać z rodakami, których jest tam tak niewielu, ale to była ostatnia miła rzecz jaka nas spotkała na terenie Ambasady. Rozmowa z władzami RP w Pakistanie (do dziś Panów znamy z nazwiska, niestety nie z funkcji jakie sprawowali) początkowo przebiegała grzecznie. Standardowe pytania, skąd? , dokąd?, czym? itp. Na pytanie czym podróżujemy? - odpowiedzieliśmy: Fiatem Cinquecento. Jeden z Panów zachował powagę, ale drugi miał taki "ubaw po pachy", że Jola skomentowała to jednym pytaniem: Bawi to Pana?!, Takie to śmieszne?! Próbował tłumaczyć swoje wręcz bezczelne zachowanie ale po co?! skoro i tak już powiedział za dużo o jedno zdanie. Nasz pomysł wyjazdu w góry Karakorum skrytykował: "tam to już najmniejszych szans nie macie, tam wszystkie silniki stają" - jak widać choćby na zdjęciach czy materiale filmowym nasz silnik nie stanął. Pozdrowienia dla TEORETYKÓW!!!. Kolejną sporną sprawą stał się list polecający, o który poprosiliśmy. I tu już zaczęło się na dobre. Tłumaczono nam o wciąż niebezpiecznej sytuacji w Afganistanie, o ryzyku, jakiego nie jesteśmy świadomi. Jak się okazało Panowie mieli już nakreślony wizerunek o nas. Ich doradca do spraw sytuacji w Afganistanie przesłała mu mail, który był adresowany do niej (prywatny mail, jak widać dla niektórych nie ma granic prywatności), w którym pytamy ogólnie o Afganistan - odpowiedź była następująca. Cytuję: "Na pierwszych 100 km rozpadnie się Wasz samochód, bo drogi tu raczej na samochody z napędem na 4 koła. To nawet nie chodzi o to, że to duże wyzwanie przyjechać teraz do Afganistanu, ale skrajna głupota... A do Afganistanu jeszcze wrócicie, po 100000 innych krajów, które odwiedzicie wcześniej. Bo przecież nikt nie chce, żeby był on OSTATNIM krajem na Waszej liście (a przyjazd w tym momencie to zapowiada)." Zapytałam Panów jaka jest różnica czy wizę otrzymuję w Islamabadzie czy Warszawie? I tu przestroga dla Wszystkich: Ludzie róbcie wizy do Afganistanu w Polsce. 90 Euro, 2 zdjęcia i paszport - tyle potrzeba by uzyskać wizę. Nawet osobiście nie trzeba się fatygować do Warszawy. Odsyłają paszport z wizą na wskazany adres. W Ankarze na wizę czeka się 3 godziny - bez żadnego listu. Panowie nie mieli już argumentów ale swoje "NIE" podtrzymali. Powtarzali w kółko jakie to niebezpieczne i wciąż dzikie państwo. Poprosiliśmy by o bezpieczeństwie więcej nam nie mówili, bo w Pakistanie już dwa razy do nas strzelano i nie robimy z tego "halo". To nasze życie i to my będziemy o nim decydować. Zapytali gdzie do nas strzelano? - odpowiedzieliśmy: Sukkur - a oni - gdzie to jest?. Jak to możliwe, że ludzie, którzy przez 6 lat sprawują funkcje konsularne nie wiedzą, że Sukkur to jedno z większych miast, leżące na skrzyżowaniu 2 głównych szlaków komunikacyjnych? Wstyd, że tacy ludzie reprezentują RP w państwie gdzie podróżnik jest podmiotem traktowanym z należnym mu szacunkiem. Takie są nasze wspomnienia z wizyty w ambasadzie RP w Pakistanie.

W Peszawarze spotkaliśmy się z człowiekiem, który chyba najlepiej zna realia Afganistanu - bo po pierwsze jest Afgańczykiem, a po drugie jest Doradcą Ministra jednego z departamentów w rządzie afgańskim. Było mu naprawdę przykro, że powiela się głupi stereotyp o jego państwie. Podkreślał, że to wciąż propaganda polityczna. Kabul jak i większość Afganistanu nastawione są przyjaźnie do obcokrajowców. Oczywiście należy przestrzegać ich reguł i zasad. Afganistan jest bardziej liberalny aniżeli Iran, przynajmniej takie odnosi się wrażenie po rozmowie z Afgańczykami. W Peszawarze spotkaliśmy dziennikarza afgańskiego, który to za 110$ załatwia eskortę na najniebezpieczniejszym odcinku od granicy Pakistanu do Jalalabad (ok. 74 km). Wszyscy Afgańczycy z którymi rozmawialiśmy byli zgodni co do niebezpieczeństwa na tym odcinku. Nikt przecież nie twierdzi, że Afganistan jest super bezpiecznym miejscem. Jeśli ktoś potrzebuje 100% gwarancji na bezpieczne podróżowanie będzie musiał zostać w domu. My podczas swoich już kilkuletnich podróży otarliśmy się o różne niebezpieczeństwa i podtrzymujemy twierdzenie, że nie ma miejsca, które byłoby w 100% bezpieczne. Media codziennie dają nam na to dowody.

Zrezygnowani i zdegustowani próbowaliśmy wybrać inną drogę powrotu do Polski. Ambasada Turkmenistanu nie udziela wiz w ogóle. A w Ambasadzie Azerbejdżanu musielibyśmy czekać na wizę 2 tygodnie, w dodatku doradca konsula po rozpatrzeniu naszej sprawy wydałby wizę na tyle dni, na ile uznałby za stosowne. Mogłaby to być nawet jedna doba. Ustaliliśmy, że będziemy wracać przez północny Iran, Turcję do Gruzji, a tam zobaczymy co dalej: może Rosja, może Ukraina? Wściekli na zaistniałą sytuację, w celu stłumienia emocji wybraliśmy się do Gilgit w Kaszmirze, drogą nazwaną Karakoram Highway. Bardzo wąski to Highway i nie zawsze jest asfalt, ale klimat tego miejsca wynagradza wszystko. Krajobraz zmienia się z zielonych pól ryżowych po pustynie, czy wreszcie ośnieżone szczyty siedmiotysięczników. Często mijamy posterunki policyjne przeprowadzające szczegółową rejestrację. To dobra metoda na szukanie ewentualnych, zaginionych turystów. W dole towarzyszyła nam rwąca rzeka Indus, potem Gilgit niosące ogromne ilości mętnej wody. Można zobaczyć pozrywane mosty, wielkie osuwiska skalne. Droga momentami była zasypana przez spadające kamienie. U podnóża Nanga Parbat 8126m n.p.m. zrobiliśmy kilka zdjęć. Tak wysoką górę widzieliśmy pierwszy raz w życiu. Robi piorunujące wrażenie. Na dole 45 stopni i piekące słońce, a tam masy śniegu i szczyt czekający na kolejnych śmiałków gotowych zmierzyć się z "górą zabójcą". Droga przez Chiny odpadała ze względu na to, że nie można na ich terytorium wjechać własnym samochodem, no chyba że się ma pozwolenie za które trzeba płacić 100$ dziennie. Droga do Astor to 2 metrowa półka skalna nad rwącą rzeką, często szutrowa. Na nasze nieszczęście w połowie była zasypana. Skierowaliśmy się w stronę południowego Pakistanu. Byliśmy na granicy z Afganistanem, niestety nie udało nam się wjechać dzięki "życzliwości" polskich władz. Byliśmy blisko Chin - tam również nie wjechaliśmy dzięki ich dziwnym przepisom. Pozostało wracać przez nie lubiany przez nas Iran.

Poruszaliśmy się wzdłuż granicy z Afganistanem. Do Miriam Shah nie wpuszczono nas ze względu na duże zagrożenie, tylko tak naprawdę nie wiadomo jakie. Miejscowa ludność twierdziła, iż jest to propaganda wojskowa, bo na tym terenie wszyscy żyją zgodnie pomimo różnic wyznaniowych i kulturowych. W Dera Ismail Khan w centrum miasta zostaliśmy zatrzymani przez elitarną grupę komandosów. Z długą bronią otoczyli kordonem nasz samochód, nie dopuszczając nikogo z setki gapiów. Dowódca zapytał co tu robimy? Turyści mają przecież zakaz przebywania na tym terenie. Odpowiedzieliśmy, że nikt po drodze nas nie zatrzymał, a że żadnych zapór nie było więc wjechaliśmy, głównie po to by zatankować. Stwierdził, że z powodu grożącego nam niebezpieczeństwa muszą nas eskortować do następnego miasta. Ruszyliśmy. Przed nami i za nami samochód z uzbrojonymi komandosami. Kierowca pierwszego samochodu jechał z dużą rezerwą bezpieczeństwa. Wszelkie utrudnienia w ruchu przestały mieć znaczenie. Eskorta skończyła się w Dera Ghazi Khan. Komandosi odradzali dalszą podroż w nocy zwłaszcza jak usłyszeli, że planujemy przejazd do Quetty. Początkowo droga wiodła przez góry, nie było asfaltu i było wąsko. Wyprzedzanie lub mijanie zbliżone było bardziej do kaskaderskich wyczynów niż do spokojnej jazdy. We wszechobecnym pyle wzbijanym przez ciężarówki tempo jazdy nie przekraczało 20 km/h. Dalszy odcinek drogi był płaski ale asfaltu było jak na lekarstwo. Kilka razy przejechaliśmy przez bajora z wodą sięgającą progów. Wielokrotnie tarliśmy podwoziem o wystające kamienie, zagięliśmy wtedy próg po stronie kierowcy. Na dobre urwał się kabel masowy i od tego momentu wskaźnik temperatury silnika "zwariował". Nie widząc celu w dalszej jeździe z awarią stanęliśmy i w ciągu godziny dosztukowaliśmy kabel, który wytrzymał już do Polski.

Spotkaliśmy też sympatycznego podróżnika - rowerzystę z Austrii, którego celem wyprawy były Chiny. Nie wyglądał za dobrze. 2 tygodnie spędził w szpitalu w Quettcie z powodu rozstroju żołądka. Mówił, iż ciągle nie odzyskał pełni sił, a przed nim był najgorszy odcinek drogi, górzysty często z szutrową lub skalistą nawierzchnią. Opowiedzieliśmy sobie o dotychczasowych przygodach. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Stwierdził, że i jego i nas nie powinno być w tym rejonie, gdyż oficjalnie jest to strefa zakazana dla obcokrajowców. Wymieniliśmy adresy e-mail i każdy z nas ruszył w swoją dalszą podróż. W dobrym humorze skierowaliśmy się w stronę Taftan, granicy z Iranem. Zameldowaliśmy się tam wczesnym wieczorem. Pakistańska strona odnotowała tylko wyjazd, wbiła stemple i droga wolna. Po stronie irańskiej sekcja paszportowa minęła bezproblemowo, za to cło zauważyło u nas brak Carnetto de Passage. To nas trochę osłabiło. Pamiętaliśmy procedurę z granicy tureckiej. Szef cła od razu wziął sprawę w swoje ręce. Stwierdził, że wspólnymi siłami musimy rozwiązać ten problem, a wszystko zostało spowodowane dezinformacją ze strony jego rządu. Zainterweniował w polskiej Ambasadzie w Teheranie by wydała odpowiedni dokument. Jako, że to centrala celna w Teheranie musiała nam wydać zgodę na kontynuowanie podróży samochodem, poprosił byśmy przetłumaczyli tekst Zielonej Karty, która obowiązuje również w Iranie. Był to wymóg Irańskiej Służby Celnej. Pozostało nam czekać na faksy zwrotne z Ambasady RP i Centrali Cła.

Skuteczna interwencja Managera cła wynikała z tego, iż firma ubezpieczająca zarządała od nas 500$. Stwierdził, że jest to suma niewiarygodna. Po nadejściu gwarancji i pozwolenia, otrzymaliśmy wszelkie wymagane dokumenty i mogliśmy jechać dalej. Nie musieliśmy za nic płacić. W Nahbandan pewien chłopiec chcąc nas oszukać za 4 puszki Pepsi zarządał 45000 riali, gdzie w sklepie obok kosztowały 8000riali...oszust mały i tyle.

Na wybrzeżu Morza Kaspijskiego mnóstwo Irańczyków. W domku kempingowym bez żadnych wygód nocleg kosztował 24$ i jak sądzimy jest to specjalna cena dla obcokrajowców. Na kempingu 10$ kosztował domek bez okien, śpi się z kolei na podłodze. Pewna kobieta stwierdziła: "for we is ok...", dla nas jednak za taką kwotę nie było ok. Spaliśmy nad strumykiem w samochodzie. Rano obudził nas przebój "Coco Jumbo" dawno przez nas nie słyszany. Droga do Rasht zamknięta, dlatego jedziemy do Bandar E Anzali. Odpoczywał tam chyba cały Iran, tylu tam napotkaliśmy ludzi. Plaża przypominała śmietnik, woda również była mętna. Podjechaliśmy pod granicę z Azerbejdżanem, a tam odbiliśmy na zachód w stronę Turcji. W górach kupiliśmy kanister na paliwo, które będziemy chcieli wwieźć do Turcji. Ostatni raz uzupełniamy paliwo w Maku, tam też znajdujemy miejsce na nocleg. Granicę lepiej pokonać rano, nigdy nic nie wiadomo, co która ze stron wymyśli. Jak się okazało na granicy nie było większych problemów. Irańczycy podbili tylko paszporty, odebrali dokumenty dotyczące samochodu. Turcy na naszych oczach pobili i skopali mężczyznę! Na nasze pytanie dlaczego? Odpowiedzieli, że był to przemytnik. Ale czy za to kogoś się bije?! Turcy też są dziwni. Kupiliśmy wizy, odebraliśmy papiery na samochód. Dzięki temu, iż kontrola była niedokładna udało nam się przewieźć 20l taniego paliwa z Iranu. Za granicą skierowaliśmy się od razu w stronę Gruzji. Zanim dojechaliśmy nad Morze Czarne musieliśmy pokonać bardzo krętą drogę przypominającą "Transfogaraską". Miasta tam wybudowane są praktycznie na stokach górskich. Bloki są jakby wklejone w góry.

Dolaliśmy paliwa z kanistra. Warto było zaryzykować, różnica w cenie jest kolosalna. Postanowiliśmy się przespać bezpośrednio przed granicą w okolicach miejscowości Hopa. Był to kawałek zielonego klifu. Obok nas rozbici byli już od dawna Turkowie. Widać było, że od dawna, bo wokół ich namiotu znajdował się praktycznie ich cały dobytek , a namiot przygotowany był na ciężkie warunki atmosferyczne. Granica pomiędzy Turcją a Gruzją była wypełniona przez oczekujących na odprawę gruzińskich handlarzy samochodów. Ich twarze wyglądały jakby każdy z nich długie lata ćwiczył boks lub zapasy. Turcy odnotowali nasz wyjazd. Gruzini również nie sprawiali problemów. Od lipca br. Gruzja zniosła obowiązek wizowy dla obywateli RP. Ale i tak zarządali zapłaty 7$ za "wriemiennyj wwzoz" samochodu i 3$ za dezynfekcję. Na tę drugą opłatę nie zgodziliśmy się. Po pierwsze nie mieliśmy już dolarów, a po drugie i tak jej nie przeprowadzono. Gruzini, szczególnie Ci z odprawy celnej byli bardzo mili. Po około godzinie byliśmy już w Batumi, tym samym, o którym Alibabki śpiewały swój przebój. Ale z tamtego kurortu niewiele zostało. Ruiny hoteli, zniszczone kamienice, brak zagranicznych turystów. Brytyjskie funty był w stanie wymienić tylko jeden bank. Ciągle rządzi tutaj amerykański dolar. Batumi przywitało nas także 2 godzinną ulewą. Miasto wyglądało jak w trakcie powodzi. Samochody pozalewane po progi, pływające kosze na śmieci, woda wlewająca się przez drzwi do kamienic i sklepów. Czekając aż deszcz przejdzie poszliśmy na obiad. "Ostryj" - kawałki mięsa w pikantnym sosie z cebulą i chlebem. Jednym słowem - pyszne. Po swych pierwszych spostrzeżeniach doszliśmy do wniosku, iż Gruzja to kraj gdzie liczy się przysłowiowa "skóra, fura i komóra". Większość z mężczyzn ma grube karki i bokserskie twarze. Na jednej ulicy potrafi być 30 kantorów. Hmm, ciekawe dla kogo? Na ulicach leżą krowy, a i świnie biegają luzem. Natomiast w ogóle nie widać Ład i Wołg. W większości to kilku lub kilkunastoletnie samochody z Europy zachodniej. Bardzo często spotykamy najnowsze Infiniti FX35, Land Cruisery, Pajero, Mercedesy M Klasy.

Czasem w miastach brakuje dekli na studzienkach kanalizacyjnych. Najnowszy hit mody to okulary zasłaniające większość twarzy, rozpięte do pasa męskie koszule, eleganckie buty z długimi szpicami u pań. Jak już jest hotel, to ukryty w lesie, o najwyższym standardzie, a doba w nim kosztuje od 80 do 240$. W państwie, gdzie średnie zarobki to 200$! Co ciekawe nie widzieliśmy ładnych domów gdzie mogliby mieszkać bogacze z super drogimi samochodami. Nie ma fabryk, większych prywatnych firm. Zwykli ludzie są bardzo życzliwi i uczciwi. W drodze do granicy z Osetią spaliśmy nad krystalicznie czystym jeziorem. Niestety ulewa, która w nocy nawiedziła tę okolicę, zamieniła je w brązowe bagno. To wszystko przez górskie rzeki, które naniosły ze sobą ogromne ilości mułu. Rano ślizgając się po mokrym polu ledwo z niego wydostaliśmy się. Jeżeli popadało by jeszcze kilka godzin dłużej wyjazd byłby niemożliwy. Wjeżdżamy w Kaukaz po stronie gruzińskiej. Na jednej z przełęczy silnik zaczął pracować na 3 cylindry. Sprawdziliśmy kable wysokiego napięcia i cewki. Okazało się, że spalił się właśnie jeden z kabli. Jedyne wyjście to kupić nowy. Tylko jak to zrobić skoro jesteśmy w środku gór. Postanawiamy jechać dalej. Do granicy mieliśmy może z 30 km, a do Władykaukazu 60 km. Nie spodziewaliśmy się tylko, że droga zamieni się w górską ścieżkę bez asfaltu. Większość tuneli było nieczynnych, obok objazdy po wąskich pólkach skalnych. Tak zmęczeni i w ulewnym deszczu wjechaliśmy na granicę, a raczej coś, co ją przypominało. Żołnierz z Gruzińskiej Straży Granicznej nakreślił nam tragiczną perspektywę naszego ewentualnego wjazdu do Republik Osetii i Czeczenii. W Osetii trwa napięta atmosfera spotęgowana przez ubiegłoroczny zamach w Biesłanie. Wjechać tam może byśmy i zdołali, ale za grube łapówki, a ryzyko "złupienia" z nas wszystkiego i utraty zdrowia była pewna w 100%. Opowiedział nam historię pewnego Rosjanina, który ledwo dotarł do granicy, w dodatku musieli mu pożyczyć pieniędzy na wizę, bo bandyci nie zostawili mu ani grosza. "Ale przynajmniej go nie zabili" - dodał. Podobnie jest w Czeczenii. Na słowo Grozny oficer tylko się zaśmiał. "Tam dopiero cuda się dzieją" - odparł. Na drodze można spotkać ludzi z karabinami w szybkich samochodach, przed którymi nie sposób uciec. Kolejnym pomysłem był wjazd do Rosji przez Suchumi. Żołnierz stwierdził, że chyba życie nam niemiłe. Przecież stamtąd żywy nikt nie wyjeżdża. Ci, którym udaje się uciec, wracają siwi. Abchazja to republika wielkości powiatu w Polsce, która nie jest uznawana ani przez Gruzję ani przez Rosję. Zniszczono tam po latach wszelkie dziedzictwa kultury, zburzono mosty. Region ten do lat 90tych nazywany był "rajem Gruzji". Z czasem zamienił się w powojenną ruinę. Tak że wniosek nasunął się sam. Z Gruzji nie da się pojechać drogą lądową nigdzie jak tylko do Turcji i Azerbejdżanu, do którego na wizę trzeba czekać 2 tygodnie.

I tak na 3 cylindrach, ryzykując rozcieńczenie oleju i zatarcie silnika ruszyliśmy z powrotem przez góry do Tibilisi. Czasem na jedynce, czasem na dwójce z powodu braku mocy pokonywaliśmy przełęcz za przełęczą. Na szczytach śnieg, a okolica naprawdę śliczna. Były to chyba najpiękniejsze góry, w jakich do tej pory byliśmy. Postanowiliśmy spróbować naprawić usterkę we własnym zakresie. Obcięliśmy spalone końcówki i na "zdrowych" zacisnęliśmy oryginalne złącza. Udało się, cylinder pracował normalnie. Ale i tak w Tibilisi kupiliśmy za 10 larów kable wysokiego napięcia od Łady. Pasowały jak ulał. Samochód wrócił do pełni mocy.

Myśleliśmy, że w Gruzji jest bezpiecznie - do momentu aż złapaliśmy gumę. Nikt nigdy nawet nas nie zaczepił. Gdy Dominik zmieniał koło, podjechała nowym Passatem policja. Jeden z oficerów w pośpiechu spuszczał windę i powtarzał: "Dopóki jedziecie nic wam nie grozi, ale jak zobaczą, że obcy stoją na poboczu to zaraz się zjawią, a wtedy będziecie mieć duże kłopoty. To są bandyci, pospolici złodzieje". Niestety nie byliśmy w stanie kupić opon 13 calowych w Gruzji, więc jechaliśmy na zapasie aż do Bułgarii. Handlarz opon nie miał właściwego rozmiaru, nawet wśród tych z nielegalnego źródła. Po 5 dniach pobytu w Gruzji zjawiliśmy się znów na granicy z Turcją. Po stronie gruzińskiej panowała przyjacielska atmosfera. Jeden z oficerów traktował nas jak swoich przyjaciół. Zapraszał do siebie, do Batumi za rok. Turecka strona to istna dzicz. Była konieczna interwencja naczelnika. Pan od wiz po pierwsze podnosił głos, a po drugie chciał nas oszukać - bo dla niego 15$ = 15Euro. Babki po rosyjsku jęczały: "dajcie, dajcie ile karze, bo jeszcze wizy nie da!" Jakoś dało radę po rozmowie z przełożonym sprzedać wizy za 15$ od osoby i z 50 Euro (nie mieliśmy już dolarów) wydać 32$ reszty, a nie tak jak wcześniej 20$.

Droga powrotna przez Turcję wiodła wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego. Zaskoczyły nas ogromne ilości suszonych orzechów laskowych. Wyłożone są one na każdej wolnej przestrzeni. Następnego dnia byliśmy już w Kapikkule na granicy Turcji z Bułgarią. A tam potworna kolejka spowodowana powrotem niemieckich Turków z wakacji. Dziwnie się zachowują. Kierowca nowego BMW 7 pcha swój samochód przez granicę z całą rodziną, robiąc przy tym dużo szumu. W ogóle pchanie samochodów jest tu nagminne, nie ważne czy to stary ford czy najnowszy Mercedes. Samochody załadowane są po dachy, a i często na dachach jeszcze mają jakieś straszące plandeki zamiast profesjonalnych kufrów. Granica zmieniła się po chwili w bazar pełen ludzi. Sami urzędnicy zachowywali się bardzo profesjonalnie. Po stronie Bułgarskiej opłata dezynfekcyjna - szlauf pryskający na koła za 3$. Dodatkowo 15$ za winietkę na drogi i możemy jechać. W Svilengradzie wymieniliśmy pieniądze i kupiliśmy 2 nowe opony za 65 lev sztuka (ok. 130zł). Na granicy z Serbią i Czarnogórą byliśmy wieczorem. Ten kraj z powodu złej pogody potraktowaliśmy tranzytowo, nie zatrzymując się nigdzie po drodze. Dzięki autostradzie prawie na całym odcinku, (płatnej 15Euro) następnego dnia byliśmy na Węgrzech. Stąd już blisko do Polski. Węgry przejechaliśmy bez najmniejszych problemów. Słowackie służby graniczne potraktowały nas odpowiednio wedle swoich zwyczajów, czyli z niechęcią - co dało się odczuć w podniesionym głosie. W Polsce byliśmy po 4 godzinach...

Przez 27 000km nie było momentu zwątpienia. Naszą pasją jest podróżowanie. Pomimo wielu utrudnień, problemów jakie nas napotkały, bez wahania wsiedlibyśmy ponownie w samochód by w upale sięgającym 50 st. C, tumanach kurzu i wszechobecnym brudzie przeżyć to jeszcze raz. Dla nas to była przygoda, dla nich jest to codzienność. Pakistańczycy to gościnny i życzliwy naród. Pozostał jednak pewien niedosyt z braku możliwości przejechania Afganistanu...ale może tak miało właśnie być. Cóż, pozostaje on ciągle naszym celem!


 
1 2 3 4 następna strona do góry