Z północy
na południe Azji

 

 
 
Oblicza Gobi 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 

 
Maciej Kania, PTTK AE Kraków
Bez planu i map
Z północy na południe Azji

Podróż to była specyficzna. Mieliśmy jechać gdziekolwiek - gdzie nas tylko umysł i nogi poniosą. Chiny, Mongolia, Indie, Iran, Kazachstan... wszystko jedno. Nie pierwszy to już raz przemieszczaliśmy się gdzieś zupełnie bez planów - pierwszy raz jednak mieliśmy przemierzać w taki sposób tak wielkie odległości i tak odległe i egzotyczne kraje.

fot. Maciej Kania

 

 

Władywostok - Ułan Ude
3 lutego było już jasne, że wyprawa na Kamczatkę definitywnie dobiegła końca. Jasiu odłączył się od nas lecąc przez Moskwę do domu. My wykupiliśmy bilety w nieznane zaczynając od Władywostoku, w którym spodziewaliśmy się odnaleźć konsulat Chińskiej Republiki Ludowej. Śliczny dworzec z białą elewacją i ornamentyką przypominającą nieco południowe Bałkany, tłumy ludzi różnych nacji i ras - wszyscy jacyś agresywni i zabiegani. Zagadują nas Koreańczycy znający angielski i mieszający go z rosyjskim, to znowu Rosjanin podający się za Polaka z pochodzenia i pragnący jak najszybciej gdzieś wyemigrować. Niestety nie ma tu potrzebnego nam konsulatu - najbliższy w Chabarowsku.

Pierwszy raz jedziemy w przedziałach lepszej klasy - tzw. kupiejnych, z uwagi na brak biletów na płackartne. Upał panujący wewnątrz nie daje jednak cieszyć się z komfortu, a do tego spotykamy się po raz pierwszy ze zjawiskiem rosyjskiej mafii: dwóch ciemnych typów wsiada do naszego przedziału zatrzaskując za sobą drzwi i próbuje wyciągnąć od nas pieniądze - znikają na szczęście po otrzymaniu 10 dolarów. Jadący z nami w przedziale młody Rosjanin prawie się rozpłakał ze wstydu i żalu.

Obok jedzie zespół muzyczny wracający z koncertu, więc szybko zapominamy o incydencie pocieszając się wódką i ogóreczkami. Też udaje mi się trochę pograć na gitarze i pośpiewać.

W Chabarowsku opiekuje się nami napotkany przypadkowo Ormianin. Mieszka na przedmieściach i daje już od pół roku schronienie dwóm byłym rosyjskim żołnierzom - nie mieli gdzie się podziać po zakończeniu służby - mówi. Wozi nas po całym mieście swoją Toyotą (oczywiście z kierownicą po lewej stronie) - jest bardzo z niego dumny i koniecznie chce nam możliwie najwięcej pokazać. Zapoznaje nas także ze swoją młodszą siostrą - bardzo ładna, o ciekawych wschodnich rysach. Tylko główny cel naszej wizyty, konsulat, niestety zamknięty aż do 17-ego lutego z powodu buddyjskiego Nowego Roku. Przez tydzień zamknięta była nawet z tej okazji granica rosyjsko-chińska!

Z konieczności, więc następnym punktem naszej podróży przez Syberię jest Ułan Ude (przynajmniej przejadę ostatni brakujący mi odcinek Kolei Transsyberyjskiej). Tam bardzo szybko dostajemy wizę mongolską. Młody Rosjanin zaczepia nas na ulicy i oferuje gościnę. Chce rozmawiać z nami tylko po angielsku.

Rosja urzekła nas gościnnością. Jednakże niesamowita biurokracja wraz z archaicznymi przepisami i wszechobecnym FSB (podobieństwo nazwy do KGB nieprzypadkowe), każą mi umiejscawiać ją ciągle między krajami komunistycznymi.

Ułan Ude - Pekin
Mongolia przywitała nas 25-stopniowym mrozem. Na stacji w Suchbator jak zwykle straszliwy tłum - tyle, że już nieco egzotyczny, krzykliwy, kolorowy i poubierany w tradycyjne stroje. Na peronie tubylcy dopominają się otwarcia drzwi do wagonu głośnym waleniem pięściami w okno i włażeniem niemal na dach. Po ich otwarciu wdzierają się do środka z nieprawdopodobnym impetem - jakby chodziło o przeżycie.

W Ułan Bator znajdujemy łatwo za kilka dolarów gościnę i załatwiamy wizy chińską i indyjską (tu bardzo nam pomaga pewien, przypadkowo poznany, Pakistańczyk!). Czas oczekiwania na nie spędzamy włócząc się po górach wokół Charchorin - dawnej stolicy Czyngis-Chana. Odwiedzamy tam warowny monastyr będący obecnie jedyną pozostałością dawnej świetności. Zostajemy też zaproszeni na wódkę, mleczny i lekko alkoholowy airag i pierogi z mięsem zwane buuz do jednej z miejscowych jurt. Nocna podróż powrotna autostopem do stolicy dostarcza także wrażeń: szybki sportowy wóz prowadzony przez "kierowcę rajdowego" ubranego w pomarańczowy strój lamy zawozi nas na miejsce za wcześnie i nie chcąc budzić naszych gospodarzy, zmuszeni jesteśmy do włóczenia się po mroźnym mieście do rana (mało kto wie, że Ułan Bator jest najzimniejszą stolicą świata).

Do granicy chińskiej dojeżdżamy pociągiem, który wlecze się niemiłosiernie przez bezkresne stepy i pustynie. Chińczycy witają nas "mafią", chcącą uniemożliwić nam zapłacenie normalnej ceny za przejazd. Po godzinie pertraktacji wybraniamy się jednak dzięki nieocenionej pomocy kilku Mongołów. Jedziemy autobusem do około milionowego "miasteczka" Jining i dalej nieprawdopodobnie zatłoczonym pociągiem do Pekinu.

Podróż przez noc przypominała nieco dawne wyprawy nad polskie morze. Tylko ten tłum o głowę niższych ode mnie Chińczykach wypełniających wagon, niekończący się sznur krzykliwych handlowców przeciskających się w tłoku oraz widoki niesamowicie egzotycznych i ogromnych brunatno-żółtych gór, przemykających rankiem za oknami.

Pekin - Louanamtha
Pekin poznajemy całkiem nieźle. Odwiedzamy wiele ambasad wypytując o możliwości wjazdu do różnych krajów. Przechadzamy się nocami po pustych ulicach miasta, zapełnionych w ciągu dnia tłumem rowerzystów, z ulicznymi pucybutami i fryzjerami ustawiającymi swe warsztaty na trawnikach i chodnikach. Robimy sobie wycieczki do zakazanego miasta i na chiński mur, na który włazimy bez biletów i nocujemy w jednej z wież (jakby podwójnych cen było mało próbują zedrzeć od nas jeszcze więcej - stąd decyzja: nie damy im żadnych pieniędzy!). Z czasem uczymy się dobrze targować o wszystko i nieraz płacimy mniej nawet niż miejscowi, śmiejąc się z napotkanych z rzadka turystów zachodnich.

Kolejne zatłoczone pociągi zawożą nas do taniego, ale jeszcze brudniejszego niż Pekin, Xian, gdzie zasięgamy więcej języka i przekonujemy się o braku możliwości przedostania się lądem do Indii przez Tybet i do tego jeszcze o tej porze roku. Głównym problemem są kolejne stosy zezwoleń i zbliżający się brak pieniędzy. Dlatego jedziemy dalej do stolicy Junanu, Kunmingu i teraz tutaj, na południu kraju, w innym, czyściejszym świecie i w przyjemnym ciepłym słońcu, załatwiamy wizę Laotańskiej Republiki Ludowej.

Pod koniec podróży przez najbardziej ludny kraj świata naszły mnie pewne refleksje: ten legendarny tłok, z którym kojarzy nam się ten kraj, jest tylko pozorny! Bo tak naprawdę nie on jest problemem, a fatalna organizacja wszystkiego, w tym transportu, oraz bieda i zacofanie. Skoro nawet największe metropolie mają 1 lub maksymalnie 2 dworce kolejowe i w szczątkowej formie metro lub nie posiadają go wcale - a mówimy tu o miastach mających od 3 do 9 milionów ludzi. To tak jakby Warszawa miała jedyny dworzec wielkości ciechanowskiego, a po ulicach jeździły tylko zdezelowane i smrodzące autobusy oraz tłumy rowerzystów. Do tego wszechobecny okropny uliczny brud, gdzie śmietniki zrobione są wprost na chodnikach, a między śmierdzącymi odpadami biegają szczury i świnie. A tu jeszcze się mówi o potencjale rozwojowym - czego i gdzie? Skoro 6 milionowe miasto przypomina nie przymierzając wielką zacofaną i zapuszczoną wieś. Skoro wieśniacy nieopodal niego nie umieją czytać i pisać, mieszkają w lepiankach, a do uprawy roli ciągle używają motyki! Tak, cep, motyka, żarno kamienne - to jedne z głównych narzędzi wykorzystywanych na wsiach (a parę ich widzieliśmy).

Zasłyszeliśmy opowieść: w pewnej wsi w Junanie mieszkańcy karczują las porastający stoki okolicznych gór. Przychodzi pora deszczowa i góry błota nie zatrzymywane przez drzewa zsuwają się na domostwa niszcząc je. Trzeba temu zaradzić! - Mieszkańcy składają się więc... i zanoszą dary do bogów, które palą w lesie na stosie...

Na południe od Kunmingu zaczyna się już prawdziwa dżungla. Podróż autobusem sypialnym zajmuje całą noc, a o śnie oczywiście nie ma mowy, gdy pojazd przedziera się przez góry po drodze, którą pokrywa nie asfalt a skała, w której została wykuta.

Potem parę przesiadek, kolejne wsie i nocleg w jednej z nich. Często podróżujemy teraz bitymi, czerwono-brunatnymi drogami. Zaczynają się, mimo wciąż panującej jeszcze zimy, upały. Ostatnie kilka kilometrów dzielących posterunki graniczne przemierzamy pieszo.

Śpimy w pierwszej większej wiosce napotkanej po przekroczeniu granicy. Nosi ona dźwięczną nazwę Louanamtha i jak większość w tym kraju jest niezelektryfikowana. Tylko knajpki i hotele mają własne agregaty. Dookoła głównie słomiane domki, wokół których przechadzają się bawoły, świnie i domowe ptactwo. Gdzieniegdzie kąpiące się przed domami w miskach, kobiety, owinięte na tę okoliczność w długie, okrywające całe ciało, chusty.

Louanamtha - Bangkok
Skusiliśmy się wizją dwudniowej podróży łodzią po Mekongu, o której przeczytaliśmy gdzieś w przelocie w jakimś przewodniku. Wielogodzinna podróż po bitej i wysuszonej słońcem drodze samochodem terenowym z otwartym tyłem przykrytym tylko płachtą. Jego koła podnosiły w czasie jazdy nieprawdopodobne ilości czerwonawego kurzu. Potem ten niespodziewany i niesamowity tłok na łodzi, która przechylała się od ciężaru i przerażenie w oczach wylewającej wiaderkami wodę starszej wiekowo Laotanki.

Louang Prabang, dokąd w końcu dopłynęliśmy, dawna stolica państwa - dziś małe i ciche miasteczko. Częste są tu długie przerwy w dopływie prądu. Za to wiele znakomitych zabytków dawnej świetności - pałace, świątynie. Wspaniałe wrażenie robi sławny targ nocny - niezwykle barwne miejsce, gdzie można zjeść, wypić i tanio kupić wiele ciekawych wyrobów miejscowego rękodzielnictwa.

Dalej autobus do stolicy kraju Vientiane. Tu pewne wątpliwości: w styczniu i lutym miało miejsce kilka ataków bandytów z dżungli uzbrojonych w karabiny na lokalne autobusy wożące olbrzymie ilości ryżu, cukru, kalafiorów i innej żywności. Kradli jedzenie, a podróżujących zabijali nie pozwalając nikomu ujść z życiem. Wielu, więc polecało nam pojazdy dla turystów. My postanawiamy jednak zaryzykować i udaje się - mamy szczęście. Na drodze, co kilka kilometrów, porozmieszczane patrole wojskowe (żołnierze byli raczej nie umundurowani, ale uwierzyłem na słowo, że tak właśnie wygląda miejscowa armia).

Sam Vientiane to jeden okropny bałagan i typowo wiejska zabudowa ciągnąca się przez wiele kilometrów. Tylko w samym centrum zbudowana 2 kilometrowa szeroka betonowa autostrada kończąca się łukiem triumfalnym - chcieli mieć drugą Francję (zabawne w kraju, w którym nie dawno jeszcze w ogóle nie było dróg asfaltowych).

Ciekawostka, że wszystkie ambasady są tu niemal zupełnie otwarte i zapraszające do środka. Na dziedzińcu francuskiej, przy otwartej na oścież bramie bawią się jakieś dzieci. Wpadamy także do polskiej na herbatę. W końcu załatwiliśmy wizy Królestwa Kambodży i ruszyliśmy na południe - nikt nie potrafił nam jednak udzielić informacji o możliwościach przekroczenia granicy wyznaczonej sztucznie w samym środku dżungli tropikalnej.

Do zdezelowanego autobusu wskakujemy niemal w biegu, wprost z tuk-tuka (rodzaj taniej taksówki, kojarzonej głównie z Tajlandią - tu płaciło się równowartość 2 zł od osoby). Zajeżdżamy przez pomyłkę na wyspę Khong na Mekongu będącą w przeszłości stolicą efemerycznego państewka Południowego Laosu. Ładnie, ale co dalej i którędy? Z nieba żar nie do zniesienia, a tu nikt nic nie wie, bo nie chce.. Same sprzeczne informacje... W końcu wracamy na ląd i łapiemy stopa na południe, do przeprawy wodnej. Celnicy laotańscy jak i potem khmerscy wraz z przewoźnikami próbują koniecznie od nas zedrzeć jak najwięcej pieniędzy. Do przebycia jest dobre kilkadziesiąt kilometrów po Mekongu przez środek dżungli. Zniechęceni idziemy popływać sobie dla rozluźnienia w rzece i decydujemy się iść spać na plaży. Wtedy podchodzi do nas pewien czarny khmerski chłopiec, znający troszeczkę angielski i oferuje nam lepszą cenę i kwaterę u siebie we wsi. Swoją wąską łódką silnikową przewozi nas na drugi brzeg do Kambodży.

Nocleg w "murzyńskiej" wsi był niezwykle ciekawym przeżyciem. Nie wiem, kto dla kogo był większą sensacją - miejscowe dzieci patrzyły na nas jak na zjawiska z obcej planety. Rano mknęliśmy już siedząc tuż nad taflą wzburzonej wody, omijając złowrogie wiry, skały i przepływając, niczym w labiryncie, między gąszczem rzecznych roślin zajmujących w wielu miejscach niemal całą szerokość rzeki.

Miasteczko Stung Treng, to stare zniszczone francuskie zabudowania, niewyobrażalny bród na ulicach, bałagan i smród. Zmuszeni jesteśmy do wzięcia za kilkanaście dolarów taksówki, która nieprawdopodobnymi bezdrożami zawozi nas do post-kolonialnego miasteczka Kratie (szczęście, że tylko raz zmieniamy koło).

Nocleg znajdujemy w małym hoteliku przy zapuszczonym ryneczku. Po podłogach biegają wielkie szczury i karaluchy. Na ścianach stada seledynowych jaszczurek, które będą nam towarzyszyć już przez całe Indochiny. Jedzenie na ulicy, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić wyśmienite i tanie - idziemy na obiad uzbrojeni w menażki i łyżki. W nocy tropikalna burza i nagle z sufitu na nasze wspólne łóżko spada olbrzymia rzeka wody. Właściciele pojawili się jednak szybko i przenieśli nas do innego - lepszego nieco pokoiku.

Rano statkiem, tym razem pustym, jedynie z garstką tubylców, ruszamy przez Kampung-Chang do stolicy kraju Phnom Penh. Zwrócił moją uwagę jeden z pasażerów - bosy, owinięty w płachtę w tygrysich barwach, z kijem w ręku i naszyjnikiem z zębami na szyi.

Phnom Penh ciekawe i ładne tylko miejscami, jest generalnie brudne, śmierdzące i hałaśliwe. Na ulicach widać trochę obcokrajowców. Rzucają się w oczy białe drogie samochody terenowe przywódców organizacji humanitarnych - najczęściej Amerykanów lub przedstawicieli Europy Zachodniej zarabiających wiele tysięcy dolarów miesięcznie i żyjących jak króle w tym biednym kraju. W długim rzędzie flag wywieszonych nad brzegiem Mekongu odnajdujemy i naszą - jako jedyna błyszcząca nowością i niezakurzona(!) Nie bez kłopotów załatwiamy wizy tajskie (podziękowania za pomoc dla naszego Ambasadora!). Wcześniej pewni możliwości otrzymania ich na granicy lądujemy na niej 2 razy, zahaczając po drodze o wioskę Siem Rap, gdzie znajduje się Angor - średniowieczna stolica imperium Khmerów. Niegdyś milionowe miasto, teraz udostępnia do zwiedzania 60km2 dobrze zachowanych, zarośniętych lasem tropikalnym, warownych świątyń.

Te podróże przez Kambodżę to noce spędzone na odkrytej pace pędzącego samochodu terenowego, upchnięci na powierzchni 4 metrów kwadratowych wraz z 20 tubylcami!!!. Do 2/3 drogi ze stolicy, do Batambang, dojeżdża wprawdzie kolej, ale 250 km przemierza w 12 godzin, a kosztując tyle samo, co przejazd samochodem.

W końcu Tajlandia - inny, bogaty i cywilizowany świat. Już po przekroczeniu granicy czujemy się jak Alicja w krainie czarów po przestąpieniu lustra. Czysto, przyjemnie, dobre drogi, ludzie spokojni, normalnie ubrani, nie nachalni... normalni?

Tutaj kończą się przygody - jest plaża, ciepły ocean i zabytki. Tylko samolot do Frankfurtu nad Menem, z przesiadką w Bahrajnie i podróż autostopem do Polski. Nasi celnicy jak zwykle traktujący każdego przybysza z Azji jak przemytnika narkotyków, niezwykle niegrzeczni, próbują mi zrobić kontrolę osobistą strasząc sądem...


 
do góry