cz. 1
cz.2
cz. 3
cz. 4
cz. 5
Galeria

 

 
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 

 

C H I N Y  2005
cz. 2

 

11.02.2005 - piątek

Bardzo urozmaicone chińskie śniadanie. Z naszych potraw tylko grzanki, jajka, kawa i dżem. Z chińskich - kapusta na ostro, ryżowe pierogi z mięsem, liście szpinaku ugotowane w wodzie, buchty ryżowe gotowane na parze, zupa ryżowa na wodzie itp. W autokarze pierwsza lekcja chińskiego: nihai - dzień dobry, szie-szie - dziękuję. Jedziemy do starej buddyjskiej świątyni WEN-SHU. Przed świątynią dużo sprzedawców, żebraków - trzeba się uodpornić. Świątynia jest również starym klasztorem. Piękna brama wejściowa w stylu pagody, wspaniałe dachy ceramiczne z rzeźbionymi i malowanymi okapami, drewniane kolorowe ściany i cała masa detali architektonicznych tak charakterystycznych dla chińskich starych budowli. Budynki ustawione atrialnie tworzą szereg dziedzińców, w środku których stoją specjalne stoły na palenie kadzideł oraz rzeźby charakterystyczne dla tej religii. Mamy tu rybę, którą wszyscy dotykają dla uzyskania pomyślności w interesach, niby-pieska sziring, przynoszącego ogólne szczęście, lwy, odstraszające złe duchy, żółwia, a przede wszystkim szereg posągów Buddy, który gestami rąk wyraża to, czy właśnie naucza, czy grozi, czy medytuje, czy błogosławi itp. Posągi na ogół malowane są na złoto. Ozdobą jednego z dziedzińców jest tzw. dźwięcząca pagoda - wysoka wieża, która każdy narożnik na każdej kondygnacji ma udekorowany małym dzwoneczkiem, który przy podmuchach wiatru rozgłasza światu dobre słowo Buddy. Wokół dziedzińców znajdują się cele klasztorne, refektarz, sale do pracy i nauki, biblioteka. Mnisi nawet używają komputerów! Jak w każdej świątyni buddyjskiej pod ścianami znajdują się młynki modlitewne w kształcie bogato rzeźbionych bębnów. Zadziwia dość duża ilość osób oddających hołd Buddzie i modlących się. W kraju, który przeżył rewolucję kulturalną uczucia religijne powinny zniknąć, szczególnie w młodym pokoleniu nastawionym na sukces i pieniądze. A tymczasem sporo ludzi składa ofiary, zapala kadzidełka, klęka przed posągami, skłania się głęboko, bijąc głową o posadzkę i składając ręce, wyraża swoje podziękowania lub prośby i czeka na dźwięk dzwonu, którym mnisi sygnalizują, że modlitwa została wysłuchana. Jest to bardzo budujące, bo oznacza, że nie da się odczłowieczyć społeczeństwa, które zawsze spragnione jest przeżyć duchowych.

Wyjeżdżamy do Le-szan, do ogromnego posągu Buddy wykutego w skale ponad 1200 lat temu przez pewnego mnicha, który ze swojej świątyni usytuowanej na wysokiej skale obserwował łączące się w dole trzy rzeki. Ponieważ w czasie przyboru wody wydarzało się tam dużo wypadków i tonęli biedni rybacy, mnich postanowił wykuć w skale wielki posąg Buddy, aby miał baczenie na to newralgiczne miejsce i chronił rybaków przed katastrofami. Oczywiście prace trwały bardzo długo, bo posąg ma 70 m wysokości; samo ucho ma 7 m a oko ponad 3 m. Mnich nie ukończył dzieła, ale zrobili to inni współwyznawcy. Posąg najlepiej widać w całości od strony rzeki, więc wypływamy na wodę w wynajętej łódce. Najpierw docieramy do tzw. Małego Buddy, którego posąg jest już mocno zwietrzały. Wielki Budda rzeczywiście prezentuje się imponująco, w całej okazałości, w pozycji siedzącej z wielkim stopami i spoczywającymi na kolanach dłońmi. Dość zabawnie wygląda tłum Chińczyków, kłębiących się na schodkach poprowadzonych w dół i w górę wzdłuż całej kamiennej postaci. Z pewnego oddalenia, z rzeki widać jeszcze jednego Buddę. Jest to Budda leżący - na jego postać składają się dwie wielkie góry, z których jedna stanowi głowę a druga tułów i nogi. Natomiast w miejscu, gdzie każdy mężczyzna ma swoją męskość sterczy do góry wielka pagoda. Oczywiście nie możemy odmówić sobie przyjemności dołączenia do tłumu zwiedzającego ten posąg od strony lądu. Żeby dostać bilety musimy wszyscy okazać paszporty i już uprawnieni idziemy pieszo na górę, w okolice lewego ucha Buddy i stamtąd z góry znów możemy obserwować nieprzerwany sznur Chińczyków i Tybetańczyków (w swoich regionalnych strojach) sunących w górę i w dół pod czujnym okiem żołnierzy. Całe wzgórze jest pięknie zaprojektowane jako park - wspaniała zieleń, kwitnące drzewa, sadzawki, wodospady, złote rybki, mostki, schodki, pawilony małe i duże pięknie ozdobione przez rzeźbiarzy i malarzy, tarasy, fantazyjne pagody, no i świątynie, w których niegdyś mnisi i poeci mogli oddawać się nie tylko modlitwom ale także poezji, kontemplacji i filozofowaniu. Całe wzgórze jest nieco zamglone od kadzidełek lecz jego usytuowanie na wysokiej skarpie ponad trzema rzekami stwarza swoisty orzeźwiający klimat.

Po takim intensywnie spędzonym dniu, kusząca staje się propozycja wyjazdu do Emeishan do hotelu (bardzo elegancki hotel HUA SHENG). Po drodze stwierdzamy ze zdumieniem, że podróżujemy od 4 dni i choć to się wydaje nieprawdopodobne to 12 Polaków nie może znaleźć miejsca, gdzie się kupuje miejscowy "likier" ani znaleźć chwili, żeby wspólnie napić się przywiezionej z Warszawy whisky - za pomyślność podróży.

12.02.2005 - sobota

Rano, po urozmaiconym lecz mało jadalnym śniadaniu wyruszamy na zwiedzanie Emeishan, zaczynając od najciekawszego obiektu - świątyni BAO GUO. We mgłach cudownie wyglądają niekończące się zespoły zabudowań świątynnych, ułożonych w czworoboczne dziedzińce, usytuowane na zboczu góry. Piękne drzewa, malownicze kolorowe pagody delikatnie rysujące się na tle nieba stanowią obrazki jak z chińskiej porcelanowej filiżanki. Dziedzińce i tarasy zdobią piękne stare drzewa i kilkudziesięcioletnie bonzaje. W tej świątyni, również poświęconej Buddzie znajduje się m.in. jeden z niewielu posągów Buddy w postaci kobiety. Powstał on za czasów panowania cesarzowej, która nie mogła rządzić krajem, dopóki nie ogłosiła się kolejnym, żeńskim wcieleniem Buddy. Deszczowa mglista pogoda, tlące się w specjalnych naczyniach pęki kadzidełek, cienie drzew uformowanych w dziwne kształty, niewyraźne zarysy podkręconych i bogato zdobionych dachów i bram tworzą atmosferę tajemniczości i nierealności tego miejsca. Dźwięki dzwonów podkreślają jeszcze bardziej ten nastrój. Kilkaset metrów powyżej tego zespołu klasztornego usytuowany jest klasztor żeński FU HU. Dojeżdżamy tam elektrycznym samochodzikiem. Usytuowany również na zboczu góry, skąpany we mgle, również robi ogromne wrażenie. Przepiękne założenia ogrodowe, romantyczne dziedzińce, otoczone zabudowaniami klasztornymi w starym chińskim stylu, wypełnione posągami bogów i dziwnych zwierząt i zasnute dymami z płonących kadzidełek skłaniają do zadumy. Kwitnące drzewa magnolii i kamelii oraz posadzone w pięknie malowanych kolorowych donicach bonzaje dopełniają obrazu tego miejsca. Jak głoszą miejscowe opowieści jest to miejsce specjalnie chronione przez bogów, gdzie mimo wielu wysokich drzew rosnących wokoło - nigdy na dachach świątyni nie ma liści. We wnętrzu najważniejszej części świątyni znajduje się 700 rzeźb Lohanów. Rzeźby mają wielkość człowieka, są pomalowane na złoto a postacie Lohanów wyrażają różne cechy charakterystyczne ludzi. Podobno można sobie znaleźć swojego Lohana, idąc wzdłuż ścian (panie w prawo, a panowie w lewo) i począwszy od przypadkowego miejsca, odliczając tyle posągów ile ma się lat. Ten przy którym się zatrzymamy wskaże nam naszą cechę charakterystyczną, z którą powinniśmy walczyć a może którą powinniśmy rozwijać. Mój Lohan miał duży guz na czole - czy to znaczy, że jestem taka mądra? W tej samej świątyni znajdują się wspaniałe rzeźby - zespoły złotych postaci , zwróconych do siebie tyłem i tworzących jakby drzewo o wspólnym pniu. Postacie ubrane są w długie szaty, wzrok zwrócony do góry jakby w rozmodleniu - bardzo ciekawe kompozycje. W jednej z naw Budda siedzi na błękitnym pawiu, który w Chinach symbolizuje szczęście i piękno.

Po eleganckim lunchu w jakimś hotelu, jedziemy rejsowym autobusem w stronę świętej góry Emeishan. Podróż trwa ponad dwie godziny. Najpierw - do dolnego parkingu, gdzie konieczna jest przesiadka do specjalnego autokaru, który wywoził nas do dolnej stacji kolejki linowej. W połowie drogi nagle pojawia się śnieg, więc trzeba założyć łańcuchy - cóż za kapitalna organizacja, przy drodze stoi wojsko i gotowe ekipy do szybkiego zakładania a dla jadących w dół do szybkiego zdejmowania łańcuchów. Droga pnie się coraz wyżej - w końcu musimy się dostać aż na 3000m. Dalej od górnego parkingu idziemy pod górę na piechotę (można też w lektyce) po ośnieżonych i śliskich ścieżkach i schodach. Przy tej wysokości zaczyna czasem brakować tchu, więc wspinaczka idzie wolno. Na szczyt wjeżdżamy kolejką linową. Na górze mgła, szron, śnieg i mróz. Zakwaterowanie w hotelu i idziemy na krótki spacer. Góra Emeishan jest wypiętrzona ponad okoliczne równiny na wysokość ponad 3000m, przy czym z jednej strony zbocze schodzi niemal pionowo w dół. W tym miejscu bardzo często chmury ścielą się poniżej wierzchołka - tak też jest dzisiaj. Góra ta jest święta dla Buddystów, gdyż obserwowane są tam niewytłumaczalne zjawiska, szczególnie podczas wschodu słońca. Na szczycie znajdują się dwie świątynie - wokół płoną kadzidełka i dzwonią dzwoneczki, a sznury kolorowych modlitewnych chorągiewek trzepoczą na wietrze. Jedna świątynia jest obecnie w remoncie, w drugiej widać mnóstwo pielgrzymów, również z Tybetu, przejętych i mocno zaangażowanych w modlitwy. Wieczorem w schronisku, po kolacji Janusz K. obchodzi swoje urodziny. Jest zatem okazja rozgrzać się różnymi alkoholami a równocześnie Janusz wprowadza nas w nastrój, dając Tosi do przeczytania poezje i przypowieści dalekowschodnie, skłaniające ludzi do cieszenia się z małych codziennych radości, ukazujące wielką moc miłości i dobra. Powstaje też pomysł pisania limeryków, które podczas podróży układałam wówczas, gdy dostrzegłam jakąś charakterystyczną sytuację lub udaje mi się znaleźć jakąś zabawną pointę.

Raz z Warszawy jeden Pan
Urodziny miał w Emeishan
I zgodnie z tradycją domu
Nie dał się nudzić nikomu
Winem i wierszem raczył gości sam.

Pewna Pani z ulicy Klaudyny
Uświetniła te urodziny
Użyczając głosu
Poezji. Bez patosu
Lecz z uśmiechem i wdziękiem dziewczyny.

Po żołądkówce, winie i whisky (co kto lubi) bawimy się świetnie z naszą Swallow do późnej nocy tj. do momentu, gdy mój mąż dostaje niekontrolowanego ataku śmiechu.
Pan Andrzej M. ten z Łomianek
Co niesie na co dzień oświaty kaganek
Podczas czytania poezji
Dopuścił się herezji
Śmiechem parskał, choć jest raczej grzeczny jak baranek.

13.02.2005 - niedziela

Nie wszystkim rano udaje się wstać na wschód słońca - i niech żałują. Niektórym zaszkodziła wysokość a niektórym wieczorna impreza, a może i to i to. Ranek wita nas piękną, słoneczną pogodą. Błękitne niebo, oszronione pięknie drzewa i krzewy, wszystko aż skrzy się i chrzęści od mrozu. W taki dzień na wysokości 3077m powietrze jest niezwykle przejrzyste. Stoimy na grani, pod nami morze chmur, z tego morza obłoków wychylają się tylko szczyty gór. Nie widać dna doliny. Niebo na wschodzie przybrało już barwy żółto-różowo-pomarańczowe i teraz długo rozjaśnia się, zapowiadając moment ukazania się słońca. Daleko na horyzoncie niewyraźnie widać szczyty gór - przez kamerę na zbliżeniu widać je wyraźnie. I nagle czerwona plama ukazuje się nie za tymi górami ale przed nimi i z tej plamy zaczyna wychylać się słońce. Oznacza to, że wzeszło ono nie za horyzontem ale gdzieś bliżej nas . Nie umiemy do dziś wyjaśnić tego zjawiska. Nawet szczegółowa analiza obrazu filmowego nie daje odpowiedzi na tę zagadkę. To chyba ten cud Buddy. Długo jeszcze rozglądamy się wokół, nie chce nam się opuszczać tego fascynującego miejsca. Z drugiej strony góry rozciąga się widok na kolejne pasmo gór, wysokich na ponad 5000m i płaskich, nazywanych przez miejscowych dachem świata. Śniadanie w schronisku - marne a sala jadalna przeraźliwie zimna. No cóż, drzwi wejściowe są cały czas otwarte, bo jak wyjaśnia nam pani w recepcji "nie ma nikogo, kto by otwierał i zamykał drzwi gościom". Dość szybko zatem, przy pięknej pogodzie schodzimy na dół. Po południu rozpoczynamy 14-godzinną podróż pociągiem w wagonie sypialnym do Khunmingu. Bilety były załatwione przez Agencję i kosztowały 374 Yuany. Dziwne zwyczaje obserwujemy na dworcu: wszyscy stoją w sali dworcowej w kolejce do wpuszczenia na peron, a następnie ustawiają się na peronie w kolejkach, które czekają każda przed swoimi drzwiami do wagonu. Niesamowity porządek i spokój! Wagon jest bardzo czysty, w przedziale 4 osoby, czysta pościel, obsługa porządna, tylko w WC nie najlepiej. Obok wagon restauracyjny, gdzie Janusz K. i Klaudiusz postanawiają spróbować smakowite świńskie skórki na słodko-kwaśno. Podobno - super! Nocleg w wagonie jest dość wygodny, więc rano jesteśmy gotowi do dalszego zwiedzania.

14.02.2005 - poniedziałek

Przyjeżdżamy do ogromnego miasta Khunming. Rozbudowane z rozmachem w ostatnich latach miasto ma szerokie ulice, wielkie budynki, banki, hotele, galerie, pałace sportu, parki zieleńce. Khunming jest nazywane miastem - wiosną. Prawie nie ma tu zimy, bo od północy wysokie góry osłaniają miasto przed zimnem z Syberii. Dolina otwiera się na ciepło znad oceanu, ponadto klimat kształtują położone w okolicy jeziora, będące akumulatorami ciepła. Dlatego już w pierwszej połowie lutego kwitną tu owocowe drzewa, kamelie, magnolie, na ulicach i w ogrodach rosną palmy eukaliptusy i inne tropikalne rośliny. Po śniadaniu w eleganckim hotelu Golden Dragon jedziemy na zwiedzanie Etnic Village. Jest to rodzaj skansenu, w którym prezentują swoją kulturę różne mniejszości narodowe. Miasteczko usytuowane jest w pięknym parku nad jeziorem i podzielone na strefy narodowościowe. W każdej z nich są specjalnie wybudowane domy i świątynie w stylu stosowanym przez daną nację, przechadzają się hostessy przebrane w ludowe stroje, na estradach prezentują się ludowe zespoły muzyczne i taneczne, na kramach sprzedawane są pamiątki - wyroby rękodzieła . Jest w tym coś z jarmarku, odpustu i Cepelii. Jedno jest na pewno cenne - pokazanie bajecznie kolorowych strojów, nakryć głowy, srebrnych brzęczących ozdób a także muzyki i zwyczajów prezentowanych m.in. w formie tańców. Spotykamy m.in. przedstawicieli mniejszości narodowych YI, DAI, BAI, LAHU, NAXI, HANI i Tybetańczyków. Obiad jemy w hotelu Golden Eagle - jest mniej ostry niż w Syczuanie, podano m.in. świński ryjek pokrojony w kawałki w sosie słodko-kwaśnym. Zawsze dostajemy dużo zielonej herbaty i dużo ryżu, który nas ratuje w sytuacjach, gdy trudno wybrać, które z kilkunastu dań da się zjeść. Tylko Janusz K. uważa, że woli jeść inne potrawy niż ryż, bo on już nie je dla samego jedzenia tylko jest "na etapie życia upiększania".

Pan Janusz w kwestii stołowania
Od brania ryżu się wzbrania
Jada tylko frykasy: ryjki, świńskie skórki
Desery i kurze pazurki
Mówiąc: "Jestem na etapie życia upiększania"

Po tym upiększaniu życia jedziemy obejrzeć Złotą Pagodę. Jest to świątynia, wykonana z miedzi. Zużyto na nią ponad 250 t. Została wykonana w 1604 roku na polecenie gubernatora, w którego nazwisku był wyraz drzewo i dlatego nie zgodził się, aby ta świątynia była wykonana z drzewa jak większość dotychczasowych budowli tego typu. W ogrodzie otaczającym świątynię stoją także miniatury pozostałych czterech chińskich złotych pagód. Wszystkie one były wykonane z drewna i tylko pomalowane na złoto. Założenia parkowe całej świątyni są wspaniałe: schody, tarasy, szereg kolejnych bogato zdobionych bram, pawilonów i dziedzińców, w malowanych ceramicznych donicach kwitnące bonzaje. Świątynia jest sanktuarium Taoistycznym. W położonej najwyżej w parku Złotej Pagodzie jest posąg LAOZI, żyjącego w VI wieku p.n.e., twórcy taoizmu. Mędrzec siedzi na bawole, ma rozwiane, siwe, długie włosy i wąsy a ręce szeroko rozpostarte. Na bocznych wewnętrznych ścianach świątyni malowidła przedstawiają historię życia LAOZI. Natomiast na zewnętrznych ścianach umieszczone są tablice - obrazy, pokazujące legendy taoizmu - pouczające historie z życia ludu chińskiego. W dawnych, ciężkich czasach, w zwyczaju chińskich rodzin było w dobie nieurodzaju pozbywanie się najmniej przydatnych członków rodziny tak, aby reszta rodziny mogła przeżyć do następnych zbiorów. Najczęściej pozbywano się osób starych, chorych, ułomnych, słabych dzieci - szczególnie dziewczynek. "Pozbywano" to znaczy wypędzano z domu, zabijano lub czasem sprzedawano. Na tych tablicach pokazano, że miłość do ludzi starych i słabych i litość nad nimi, przynieść może zmiłowanie Bogów i nagrodę np. w postaci cudownie znalezionego skarbu. Tego dnia czeka nas jeszcze wycieczka do innego parku - położonego na wzgórzu Parku Jeziora Czarnego Smoka i Kwitnących Śliw - HAIGENG. Czarny Smok nie jest w jeziorze tylko w basenie-fontannie ale wygląda bardzo drapieżnie i strasznie. Natomiast kilkusetletnie drzewa m.in. śliwy, magnolie, cyprysy i kamelie prezentują się nadzwyczajne. Wieczorem spacer po eleganckiej dzielnicy handlowej Khunming. Centrum miasta jest bardzo nowoczesne, wysokie biurowce- głównie telekomunikacja i banki - są bardzo okazałe. Wszędzie dużo kolorowych noworocznych dekoracji - czerwonych lampionów, złotych szarf i napisów. Rozświetlone reklamami hotele, wieżowce i sklepy zachęcają do wieczornych spacerów. Jednak uprzedzono nas, że nie należy zbytnio się oddalać od Centrum. Wzdłuż głównych ulic - dużo eleganckich sklepów firmowych i tańszych, chińskich, z równie ładnymi towarami. Po obu stronach rzeki oświetlone bulwary, a błękitna linia światła odbija się w wodzie i sprawia wrażenie, że rzeka jest głębsza. Kończą się nam yuany więc próbujemy wymienić dolary już w Emeishan w hotelu ale bezowocnie, bo w hotelu yuanów brak! Tu w Khunmingu sytuacja się powtarza - tu również w hotelu zabrakło yuanów. Jak widać jedynym miejscem wymiany walut jest China Bank - za okazaniem paszportu. Kurs jest wszędzie taki sam. Wieczorem z okazji Walentynek wszystkie panie zostają obdarowane przez naszych dwóch samotnych panów - Witka i Janusza Sz. - pięknymi różami. DZIĘKUJEMY. Moja róża była piękna i świeża jeszcze przez wiele dni, mimo trudnych warunków podróży. Z pewnością była ofiarowana ze szczerego serca.

15.02.2005 - wtorek

Śniadanie w tym eleganckim hotelu to pomyłka: ani widelca, ani pieczywa, ani przyzwoitej kawy, za to dużo niespodzianek. Stale słychać tylko pytania "A co to jest?" A jest dużo dań: ryżowe buchty na parze - bez smaku, ale czasem nadziewane i to nie wiadomo czym - mięsem, zieleniną czy dżemem, ryżowa zupa na wodzie z dodatkiem mleka, zielenina ugotowana w wodzie - bez smaku, jakieś zapiekanki ostro przyprawione i nie bardzo nadające się dla nas na śniadanie. Sytuację zawsze ratują wszechobecne jajka. No, ale nie po to się jedzie do Chin, żeby jeść europejskie śniadania, więc próbujemy wszystkiego po trochu. Naszym autokarem jedziemy do Dali. Jest to jeden z najważniejszych punktów naszej wyprawy. Jedziemy autostradą. Zbudowana z rozmachem, choć niestarannie - nawierzchnia, krawężniki, wiadukty - pozostawiają wiele do życzenia. A jednak żal, że nam daleko nawet do takiego stanu dróg międzymiastowych. Pusto, tylko ciężarówki i autobusy, bardzo mało samochodów osobowych. Może mają limitowane paliwo, a może są ograniczenia z przemieszczaniem się z miasta do miasta? Nikt mi na te pytania jasno nie odpowiedział. Droga przez góry - bardzo ciekawa. Kwitnące na żółto poletka rzepaku o przedziwnych kształtach, do tego zielony ryż i jakieś jeszcze bardziej zielone warzywa na tarasowo ułożonych działeczkach o równie urozmaiconych kształtach tworzą niepowtarzalną mozaikę. Te nieregularne kształty wymuszane są przez położenie tarasów na stokach pagórków, na wydartej skałom ziemi. Są one przystosowane tylko do ręcznej uprawy. Po drodze mijamy stare wsie z pięknymi szarymi ceramicznymi dachami, ale z brudnymi podwórkami i bałaganem za płotem. Charakterystyczne natomiast są bardzo ozdobne bramy wejściowe zarówno do wsi jak i na podwórza domów. O 13.30 przybywamy do Dali, gdzie oczekuje na nas nowy przewodnik - mężczyzna, mówiący dobrze po angielsku. Już pierwszy przejazd przez starówkę nas oczarował. Piękne, duże, białe domy z fantazyjnymi ceramicznymi dachami. Na ścianach namalowane szaro-niebieskie obrazy, przedstawiające widoczki lub zwierzęta i rośliny. Miasto i okolice zamieszkuje mniejszość narodowa BAI, co znaczy "biały" - właśnie od koloru domów oraz strojów ludowych, w których jest przewaga bieli. BAI byli narodem na tyle odrębnym i posiadającym własną kulturę, że oparli się rewolucji kulturalnej, nie dali zniszczyć swojej architektury i sztuki i nadal podkreślają i pielęgnują tę swoją odrębność. Dolina Dali leży na wysokości ok. 2000m, od zachodu góruje nad nią szczyt Diancang Shan, równie wysokie (około 4500 - 5000m) góry otaczają ją od strony północnej i wschodniej, a w jej centrum leży rozległe jezioro ERHAI. Nad miastem od strony północno-zachodniej wznoszą się trzy pagody, leżące na zboczu góry - pozostałość po królestwie Santasi. Mimo nadchodzącej wiosny, widocznej już na polach i w kwitnących drzewach - góry jeszcze straszą śniegiem, a po jeziorze hula silny wiatr.

Nowe Dali leży zupełnie z boku i jest podobno bezstylowym, nowoczesnym miastem. Ale rozległa ocalona starówka to perła architektury chińskiej. Stare Dali otoczone jest wysokim murem kamiennym, a do miasta prowadzą cztery piękne, wysokie bramy z czterech stron świata. Niestety tuż za murami trwają totalne wyburzenia, pod młotek idzie wiele starych stylowych kamieniczek, które są w całkiem dobrym stanie. Szykowane tu jest miejsce pod obwodnicę. Szkoda, że takim kosztem. Poza murami znajduje się wielkie targowisko czynne tylko raz w roku - za to ogromnie sławne i zjeżdżają się tu podobno tysiące ludzi, chcących wymienić towary. Tradycja tego targu sięga setek lat. Nasz hotel LAN LIN, położony w centrum starówki jest uroczy. Przebudowany 3-4 lata temu z kilku połączonych domów, nowoczesny, ale zachowujący styl BAI. Dwa piętra, piękne atria, dużo zieleni, wspaniałe dachy i kolorowe bramy łączące poszczególne pawilony - nic dodać nic ująć. Po południu i po obiedzie jedziemy do świątyni GANTONG. Trzeba do niej dojść od parkingu na piechotę około 20 minut po długich schodach i ścieżką wśród drzew. Jest to mała, ale nastrojowa świątynia buddyjska. Jak zwykle wita nas wspaniała brama, dalej małe pięknie zaprojektowane atria, pełne zieleni, dymów od płonących kadzideł, chorągiewek modlitewnych i wyszukanych, rzeźbionych detali balustrad, daszków, żaluzji w oknach a także naczyń ceramicznych i metalowych. W najwyżej położonym atrium witają nas kwitnące kamelie purpurowe i wielkie jak peonie oraz białe magnolie. A w świątyni posąg Buddy, i charakterystyczne tkaniny, powiewające na wietrze, do tego mnisi i dźwięki dzwonków. Stwarza to wrażenie współistnienia religii i przyrody, duszy i wiatru, modlitwy i dźwięków.

Tego dnia przed zachodem słońca udaje się nam jeszcze obejrzeć z bliska trzy pagody SANTASI, z których najwyższa ma 72 m wysokości i została zbudowana w pierwotnej postaci już w IX wieku. Rzeczywiście robią wrażenie, a szczególnie o zachodzie słońca obserwowane znad małego jeziorka, w którym się pięknie przeglądają. Wspaniale prezentują się też wszystkie bramy, prowadzące na teren parku Santasi, z podkręconymi daszkami, malowanymi bajecznie kolorowo wspornikami i pięknie rzeźbionymi fragmentami krokwi - wszystko to na tle białej ściany Bai. Dali jest miastem kamienia. Słynie z wydobycia i artystycznej obróbki kamienia, głównie marmuru o bogatym, wielobarwnym użyleniu. W całym rejonie stosowane są w miejscowej architekturze i sprzedawane marmurowe obrazy tj. plastry kamienia, na których natura stworzyła malowidła przy pomocy niezwykłego użylenia, a artysta musiał to piękno tylko dostrzec i wydobyć. W zakładach kamieniarskich można podziwiać i kupić piękne prace miejscowych artystów, nie tylko kamienne obrazy ale i rzeźby. Wieczorem u Basi i Andrzeja znów mamy czytanie legend i przypowieści buddyjskich i chińskich w poetyckiej formie. Do tego wino, whisky, orzeszki, sezamki i co kto ma.


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 następna strona do góry