|
19.02.2005 - sobota
Po drodze do wsi BAISHA zatrzymujemy się w starym, drewnianym, nieczynnym dziś klasztorze buddyjskim, przerobionym później na szkołę a obecnie na muzeum. Pawilony otaczające podwórzec ozdobione są wspaniałymi rzeźbami na oknach. Posadzka dziedzińca wykonana jest z małych, białych i czarnych kamyczków, z których ułożono różne ornamenty a pośrodku symbol życia. Dodatkową ozdobą tego miejsca jest kwitnąca piękna biała magnolia.
Wieś BAISHA jest jedną z najstarszych zamieszkałych przez NAXI wiosek, z zachowaną architekturą. Mieszkańcy dbają o zachowanie tradycji. Kobiety noszą biało-niebieskie stroje, przewiązane na piersiach na krzyż szelkami, które podtrzymują noszoną na plecach chustę ze skóry owcy. Skóra ta jest zakładana futrem do góry jak jest ciepło a futrem do spodu , gdy ma chronić przed zimnem. Służy do noszenia różnych ciężarów, głównie dzieci. NAXI namiętnie muzykują, nawet na tej wsi, w małej chatce bez drzwi i okien grają wspólnie na starych instrumentach.
We wsi znajduje się bardzo stara świątynia klasztor DAJWE. Jest to buddyjska, a raczej lamaistyczna świątynia, stale jeszcze odwiedzana przez wyznawców Buddy. Słynie z ponad sześćsetletnich fresków, które symbolizują współistnienie trzech religii. Mimo, że fresk został bardzo zniszczony przez bojowników rewolucji kulturalnej, nadal można zobaczyć na nim siedzącego Buddę oraz pielgrzymujących do niego wyznawców innych odłamów religii. Świątynia ta posiada też niezwykłe sklepienie drewniane z ułożonych wspornikowo szeregu warstw belek, które razem tworzą coś w rodzaju ostrosłupa na kwadratowej podstawie. My, inżynierowie potrafimy docenić piękno takiej konstrukcji i mimo wyraźnego zakazu robimy kilka zdjęć dla zainteresowanych.
Inną ciekawostką tej okolicy jest położony około 5 km od wsi BAISHA lamaistyczny klasztor YUFENG, wybudowany za czasów dynastii Quing. Przed wejściem na teren świątyni witają nas ochrypłym śpiewem trzy żwawe staruszki, ubrane w stroje NAXI i tańczące sobie tylko znane tańce. Są uśmiechnięte i sympatyczne. Oczywiście liczą na jakiś datek, ale to nie ma znaczenia, jeśli da się zrobić zdjęcie.
Klasztor składa się z kilku połączonych ze sobą dziedzińców i pawilonów, ściany i słupy pokrywają malowidła przedstawiające Buddę w stylu, spotykanym w Tybetańskim lamaizmie (Tang Kar Style)
Dumą YUFENG jest pięćsetletnia kamelia. Została ona posadzona jako dwa drzewa, ale z czasem zarówno gałęzie jak i pnie połączyły się w jedno i dziś kamelia ta wydaje dwa różne rodzaje kwiatów. Jest symbolem miłości i wierności.
W tej samej dolinie, kilka kilometrów dalej dostrzegamy rozległe pole totemów. Jest to ogrodzony teren, zapełniony wysokimi, drewnianymi rzeźbami-symbolami, które zostały opatrzone jakimiś znakami czy napisami, a następnie poustawiane dość bezładnie na łagodnym zboczu. Wyglądają one dziś jak stylizowane krzyże nagrobne. Pośrodku biegnie do góry szeroka droga, wyłożona jaskrawo pomalowanymi kamiennymi rzeźbami, symbolizującymi różne uczynki ludzi, jedne złe - prowadzące do piekła (morderstwa, gwałty), drugie, stanowiące pewne ludzkie słabości na ziemi, z których da się jeszcze poprawić (plotkarstwo, kłamstwa, niewierność) i trzecie - uczynki dobre, prowadzące wprost do nieba. Miejsce to nazywa się Happy Garden mimo, że sprawia dość ponure wrażenie.
Z najwyższego punktu tego ogrodu roztacza się piękny widok na całą rozległą dolinę. Jest ona niezwykle płaska, otoczona z trzech stron górami, a zatem raczej ukryta i dlatego została podczas wojny wykorzystana przez Amerykanów jako lądowisko dla samolotów, biorących udział w nalotach nad Japonię. Niestety z powodu ogromnych zawirowań powietrza i silnych wiatrów dochodziło tu do częstych wypadków i wielu amerykańskich pilotów pozostało w tej obcej okolicy na zawsze na zbudowanym nieopodal cmentarzu.
Wieczór spędzamy na starym mieście w Lijiangu, w teatrze na koncercie muzyki NAXI. Na scenie niezwykle ciekawe postacie staruszków dostojnych, wykształconych, o szlachetnych rysach i dostojnych postawach. Wszyscy są ubrani w kolorowe jedwabne szaty, niektórzy mają siwe długie włosy i takież brody. A grana przez nich muzyka chińska sprzed 800 lat, przejęta przez NAXI około 100 lat temu i zapisana ich własnym pismem nutowym bardzo nas zainteresowała. Dodatkową atrakcją są niespotykane instrumenty i specyficzne głosy, wydobywane jakby ze ściśniętego gardła. Cały koncert wpisuje się w nastrój starego Lijiangu i wzbogaca nasze wrażenia z Yunnanu.
20.02.2005 - niedziela
Rano jedziemy do małej wioski, leżącej w tej samej dolinie co wieś Baisha, a słynącej z tego, że w latach 1920 - 1960 mieszkał tu Amerykanin - Joseph Rock. Był to etnograf, naukowiec, który przez około 40 lat żył wśród ludności NAXI, badając i opisując ich życie, wierzenia, zwyczaje, obrzędy szamańskie, narzędzia pracy, domy i kulturę DONG BA. Równocześnie jako botanik zbierał, badał i wykorzystywał cenne zioła. Swoje ciekawe spostrzeżenia opisywał m.in. w pierwszych wydaniach National Geografic. Przebywając tak długo wśród tubylców, leczył ich i uczył, stał się ich przyjacielem i dobroczyńcą.
W domu pana Rocka zachowało się sporo zdjęć i rysunków, przedstawiających życie tubylców. Kobiety przy pracy, małe bawiące się umorusane dzieci, mężczyzn polujących na pantery, przeprawiających na drugą stronę rzeki konie, podwieszone do liny i przeciągane nad wodą w specjalnej uprzęży, albo półnagich mężczyzn prezentujących trofeum w postaci "świni bez kości". Była to dzika świnia, którą pozbawiało się kości i wnętrzności, do środka wsypywało się dużo różnych przypraw i całość zaszywało - tak sprawione zwierzę można było przechowywać znacznie dłużej i stanowiło ono podobno cenny zapas na całą zimę.
Zastanawialiśmy się, dlaczego taki naukowiec wybrał tak prymitywne życie na tak długi czas. Można wyjeżdżać, robić obserwacje, badania i wracać do cywilizacji. Padła sugestia, że mógł być skłócony z rodziną, ze środowiskiem, ale mógł też ukrywać jakieś swoje skłonności nietolerowanie w purytańskim społeczeństwie.
Pan Rock długo żył wśród NAXI
Cóż go trzymało przy tej dzikiej nacji?
Czy tylko przyroda,
Zioła i czysta woda?
A może był innej orientacji?
Jedziemy na Śnieżną Górę Nefrytowego Smoka. Ach jak to brzmi! Mamy świadomość, że nie na szczyt, bo to ponad 5500 m. Jednakże to, co w trosce o nasze bezpieczeństwo, przygotowała dla nas Wendy, jest wielkim rozczarowaniem. W pewnej mierze porażka ta jest spowodowana przez pogodę, bo mgły i mżawki nie dają nam spokoju. Ale żeby zawieźć nas prawie płaskim, krótkim wyciągiem krzesełkowym na polanę, ze ścieżką ułożoną z drewnianych bali to przejaw niedocenienia naszych aspiracji i możliwości. Wendy jest bardzo przejęta swoją rolą. Pilnuje każdego naszego kroku, boi się, żebyśmy sobie nie zrobili krzywdy lub się gdzieś nie zgubili i nie trafia do niej argumentacja, że większość z nas przemierzyła już samodzielnie pół świata.
Na tej polanie pod Górą Nefrytowego Smoka, przy pięknej pogodzie być może jest piękny widok na otaczające polanę, ośnieżone szczyty, ale dla nas to za małe wyzwanie. My chcemy do stóp lodowców a nie do "Chorzowskiego Parku Kultury i Wypoczynku"! Postanawiamy wziąć sprawę w swoje ręce, nie dać się prowadzić za rączkę i pojechać samodzielnie wbrew radom Wendy nad jezioro LUGU.
Reszta dnia schodzi nam na załatwianiu formalności, wynajmowaniu busa itp. Dopiero wieczorem - relaks w starym Lijangu.
Wendy z Lijangu chińskiego
Pyta: Czemu chcecie coś innego?
Patrzcie - tu lunch, tu toaleta
Tourist programm - Coś nie tak?
To tylko dla bezpieczeństwa waszego.
21.02.2005 - poniedziałek
Dziś długa wyprawa do Kanionu Skaczącego Tygrysa. To drugi żelazny punkt naszej wyprawy w okolicach Lijiangu. No i ta inspirująca nazwa. Trochę udaje się Wendy zrehabilitować za wczorajszy niewypał. Kanion Skaczącego Tygrysa to miejsce, gdzie Yangcy przedziera się przez góry Shugu i pasmo Mian Mian Shan. A właściwie przed przełomem rzeka ta ma inną nazwę - Jinsha Jiang i dopiero po przebyciu tej trudnej drogi zmienia nazwę na Jangcy. Jest to jedna z trzech rzek wypływających z Tybetu, które równolegle pokonują to samo pasmo górskie, z których jedna płynie do Birmy, druga do Tajlandii (Mekong), a trzecia tuż za przełomem skręca gwałtownie na wschód, przecina całe Chiny i płynie do Morza Południowo-Chińskiego.
Szczyty otaczające przełom mają wysokość ponad 5500 m.
Spacer wzdłuż wąwozu to prawdziwa przyjemność dla oczu. Idziemy prawą stroną rzeki, dość szeroką wybrukowaną ścieżką pieszą, częściowo osłoniętą przed osuwiskami i spadającymi kamieniami. W dole płynie leniwie zielona rzeka. Po drugiej stronie też jest szlak. Stanowi go stara droga, rzadko uczęszczana, gdyż częste osuwiska sprawiają, że staje się nieprzejezdna. Trzeci szlak pieszy - trasa trekkingowa - prowadzi szczytami też po lewej stronie rzeki. Wymaga jednak kilkudniowej wyprawy, ciepłych ubrań i dużej odporności na niepogodę, mgły i niewygody. Poprowadzona jest szczytami, więc prawie nie widać w dole rzeki , szczególnie przy niepogodzie.
Nazwa Kanionu pochodzi od legendy o tygrysie, który uciekając przed myśliwymi, przeskoczył w najwęższym miejscu rzekę, wykorzystując leżący w wodzie ogromny głaz. W tym właśnie miejscu leży dziś ten ogromny głaz i stoi z boku kamienna rzeźba tygrysa. Spokojna zielona rzeka zamienia się w spienioną groźną toń. Można sobie wyobrazić, jak wygląda w okresie wysokiej wody. W tym najwęższym miejscu odległość od poziomu rzeki do szczytów gór wynosi ponad 3900 m. To określa skalę pracy wykonanej przez wody rzeki Jangcy.
Jangcy po przedarciu się przez góry zakręca ostro na wschód. Dzieje się to w okolicach wioski SHU GU. Rzeka płynie tu leniwie i szeroko i nie wiadomo dlaczego nagle zakręca nie zaznaczając w jakiś specjalny sposób tak gwałtownej zmiany. Wzdłuż szosy, po obu stronach rzeki rozpościerają się malownicze, tarasowo ułożone, zielone pola ryżowe i nieregularne poletka, żółte od kwiatów rzepaku. Kolorytu dodaje czerwona ziemia.
We wsi znajduje się stary, wiszący most, wybudowany przez Anglików w XIX wieku dla potrzeb handlu z Chinami. Most nazywa się Rainbow Bridge. Trafiamy tu na mały koncert. W jednej z małych przybudówek siedzi grupa kilku staruszków i muzykuje - nie dla turystów, których tu jest niewielu, ale dla własnej przyjemności. Dwaj nasi koledzy przyłączają się do tego amatorskiego zespołu w roli perkusistów i muzyka płynie dalej.
Droga powrotna jest jeszcze piękniejsza, bo zachodzące słońce w szczególny sposób oświetla całą dolinę rzeki. Ciągle zatrzymujemy się na zdjęcia.
Wieczór znów spędzamy na starym mieście. Kolacja w restauracji AHUJ należącej do pewnego Szwajcara ożenionego z Chinką, a później drinki i desery w drugiej knajpce - Le Petit Paris, której właścicielem jest oczywiście Francuz.
22.02.2005 - wtorek
Pobudka o szóstej i wyjazd wynajętym busem (800 yuanów), w zmniejszonym pięcioosobowym składzie, nad jezioro LUGU. Jezioro położone jest około 200 km na Pn-Wsch od Lijiang. Rano jest jeszcze zimno, więc prosimy na migi naszego kierowcę, żeby włączył ogrzewanie. Kiwa głową z pełnym zrozumienia uśmiechem na twarzy i
włącza radio.
Zapowiada się piękny słoneczny dzień. Kolejno przejeżdżamy kilka pasm górskich o wysokości 3000-3500m. Z początku wspinamy się wysoko i stromo ponad godzinę, aby za chwilę, po przejechaniu przełęczy, ostrymi serpentynami zjechać w dolinę Jangcy, przez most na drugi brzeg i znów krętą i coraz węższą drogą w górę.
W ciemnych głębokich dolinach, gdzie nie dociera jeszcze wschodzące słońce, budzi się życie. Nad dachami bardzo rzadko rozrzuconych chat widać snujące się sine dymy pierwszych ognisk, w domach parzą kawę. Podróż trwa około 6 godzin w jedną stronę. Droga z początku dość szeroka i asfaltowa, z czasem zawęża się coraz bardziej, a asfalt zastępują "kocie łby". Bruk jest dość równo ułożony ale hałaśliwy. W niektórych miejscach spotykamy całkiem świeże osuwiska, tarasujące przejazd i trudne do ominięcia, a także sypiące się ostro z góry spore kamienie.
Strome doliny, przełęcze, ostre granie towarzyszą nam przez całą drogę. Na horyzoncie z różnych stron wyłaniają się ogromne, ośnieżone, strzeliste szczyty.
Bliżej, na zboczach widzimy przycupnięte małe drewniane osady, a w ich pobliżu wydarte górom tarasy ziemi uprawnej, umocnione kamieniami, aby spływająca po stromiźnie woda nie zmyła nie tylko upraw, ale i gruntu. Nie wiadomo jak można pracować na takim stromym polu, a nawet, jak można się do niego dostać. Ziemię uprawia się ręcznie a ponadto wszystko trzeba przynieść na własnych plecach.
Widoki przy wspaniałej pogodzie wręcz oszałamiające.
Po drodze mijamy miasteczko, w którym odbywa się targ. Wspaniałe stroje kobiet, kolorowe spódnice, niespotykane kapelusze, haftowane zapaski i wyszywane cekinami bolerka - nigdzie nie widzieliśmy takiej naturalnej elegancji. Chodzą wyprostowane, dumne, a na głowach noszą niesamowite konstrukcje, zbliżone do kornetów naszych zakonnic, obciągnięte od zewnętrznej strony czarnym aksamitem a od wewnętrznej - zielonym. Z tego "rusztowania" luźno zwisa aksamitny welon, dłuższy z tyłu a krótki, ledwo przykrywający czoło z przodu.
Wreszcie, spomiędzy gór, poprzez delikatną zieleń drzew, wyłania się LUGU LAKE, leżące na wysokości ponad 3000m. Lazurowa woda, na środku bardzo malownicze górzyste wyspy, horyzont zamykają ośnieżone pasma górskie. Z tej wysokości oglądane jezioro jest urzekające, dzikie i spokojne. Zjeżdżamy na brzeg, woda czysta i zimna, mocno sfalowana powierzchnia, przy brzegu długie, wąskie łodzie, wydrążone z jednego pnia, zwane podobno "świńskim korytem", mnóstwo ptaków.
Nad jeziorem LUGU mieszka plemię MOSU, w którym wykształcił się i zachował do dziś matriarchat. Głową rodu jest najstarsza kobieta. Nie ma mężów. Mężczyźni przychodzą do wybranej kobiety, tylko za jej zgodą i tylko na noc. Porozumiewają się przy wieczornych tańcach. Mężczyzna drapie lekko wybrankę w spód dłoni na znak, że chce ją odwiedzić dzisiejszej nocy i musi czekać na odpowiedź. Nawet, jeśli odpowiedź jest TAK to jeszcze przed domem musi zaśpiewać lub zagrać serenadę i znów czekać na zaproszenie. Jeśli znów jest TAK - to wchodzi do wybranki przez okno, ale przed świtem musi zniknąć. Dzieci należą do matki i jej rodziny. Wychowuje je i utrzymuje dziewczyna i jej rodzina tj. siostry, bracia, kuzyni. Mężczyźni natomiast wychowują i utrzymują dzieci swoich sióstr i kuzynek. Kobieta może zmieniać partnerów wielokrotnie, ale aktualnie powinna mieć tylko jednego "dochodzącego". Dzieci w wieku 13 lat przechodzą inicjację, mogą się zakochać i brać udział w wieczornych tańcach i zabawach. Od tej chwili ewentualny ojciec, jeśli jest znany, może otwarcie odwiedzać swoją partnerkę (żonę) i dzieci i nie musi już uciekać przed świtem. Na ogół jednak dzieci nie znają swoich ojców.
Niestety MOSU nie dają się fotografować, przynajmniej w dzień odwracają się od kamer. Być może podczas wieczornych tańców są bardziej chętni do pozowania.
Mężczyźni są bardzo fasonowo ubrani. Noszą wdzianka z jedwabiu podszyte futrem, do tego kawałek skóry futrzanej fantazyjnie upiętej na biodrze, na głowie kowbojskie kapelusze. Po wsi jeżdżą zawadiacko konno lub na motorach.
Dziewczyny mają podobne wdzianka na futrze, często bez rękawów, założone na kolorowe stroje, a na głowie misternie spleciony z luźnego warkocza czarny turban, zdobiony kolorowymi kwiatami, chusteczkami itp.
Po oryginalnym i smacznym lunchu, przygotowywanym na naszych oczach z tego, co wskazaliśmy palcami, jedziemy do końca drogi, do nasady półwyspu. Tam, nad samym brzegiem jeziora, stoi kilka wzniesionych niedawno drewnianych kafejek i pensjonatów, bardzo skromnych, czekających na lepsze czasy i falę turystów. Lokale te są prowadzone przez młodych chińskich inteligentów - widać trochę książek, komputery, chęć zbierania tego co stare i może zginąć: narzędzia, sprzęty itp. Wokół włóczą się zwierzęta - bawoły, czarne świnie, bez żadnego nadzoru.
Droga powrotna wiedzie przez te same góry i doliny, zmienia się tylko kierunek światła słonecznego. Doskonała okazja do kolejnych zdjęć.
Do Lijiangu wracamy wieczorem i jeszcze zdążamy na małe, pożegnalne przyjątko w hotelowym pokoju, bo przecież jutro opuszczamy to bajkowe miasteczko.
|