|
Sam dojazd na początek spływu stanowił dla mnie nie lada wyzwanie, jednak
jak się okazało po drodze, sytuacje zdawały się rozwiązywać same. Pociągiem
do Moskwy, na lotnisko, wszystkie ubrania i najcięższy sprzęt założyć na
siebie aby zmieścić się w limicie bagażu, przelot samolotem i już jestem w
stolicy Syberii - Jakucku. Na lotnisku zostałem zaczepiony przez naganiacza,
a że nie miałem czasu i ponad 40 kg sprzętu do targania, więc skorzystałem z
i tak niedrogiej propozycji i pojechałem gnającym minibusem do Neryungri -
około 1000 km na południe od Jakucka po szutrowej drodze. Teraz należało
dostać się do miejscowości Nogorny, od której około 120 km brała swój
początek rzeka Gonam.
Było południe, na dworcu kolejowym okazało się, że
pociąg będzie dopiero późnym wieczorem. Odwróciłem się do stojącego za mną
faceta i zapytałem gdzie jest przystanek autobusowy. Miał na imię
Aleksander. Niezwykle mile się zdziwiłem, gdyż zabrał mnie samochodem, a
usłyszawszy o celu mojej podróży, zadzwonił do swojego znajomego w Nagornym,
aby stamtąd podwieziono mnie nad rzekę Gonam zaopatrzeniowymi Kamazami,
które jeździły tamtą trasą do kopalni złota. W żaden inny sposób bym się nie
dostał nad rzekę, chyba że na piechotę - o ile byłoby to możliwe z takim
bagażem... Aleksander dał mi jeszcze ogromną siekierę, kociołek i trochę
konserw. Wieczorem byłem w Nagornym, gdzie zatrzymała mnie milicja. W czasie
dwugodzinnej rozmowy już czułem, że wyprawa wisi na włosku, że mnie odeślą
do domu, że nic mi nie wyjdzie, że koniec. Nie miałem rejstracji, żadnych
pozwoleń, nic. Jednak po odesłali mnie tylko do Neriungri po rejestrację. Tu
znów mi pomógł Aleksander, tak więc następnego dnia już ją miałem. Dużo by
pisać o rozmowach w urzędzie emigracyjnym, a później w wojsku, tłumaczeniu
się gdzie, po co, dlaczego sam, dlaczego bez telefonu satelitarnego, że
"miedwiedje", że "Siberia" i tak dalej i tak dalej... Tak czy inaczej
wieczorem rejestrację już miałem. Kolejny raz pojechałem autobusem do
Nagornego, a stamtąd, następnego dnia, Kamazem nad rzekę.
Pierwsze chwile.
Pierwsze chwile. Kamaz odjechał, błyskawicznie rozwinąłem sprzęt, wreszcie
po sześciu dniach podróży i niepewności czy w ogóle uda mi się tu dotrzeć,
jestem na rzece, powoli dryfuję. Wokół absolutna cisza. W błotnistych
brzegach rzeki zauważyłem mnóstwo okrągłych wgnieceń - okazało się, że były
to ślady niedźwiedzi.
Pierwsze dni.
Miała być górska rzeka, ogromne progi i góry, tymczasem płynę w niekończącej
się, brunatnej, zakrzaczonej sadzawce z komarami. Zakręt za zakrętem, a
wokół teren płaski jak stół, nurtu nie ma prawie wcale. Po kilku dniach
rzeka rozszerzyła się, ale kosztem zmniejszenia głębokości. Czekało mnie
jeszcze 200 km płaskowyżu i ciągnięcia pontonu przez płycizny. Upał
niemiłosierny, tak więc co jakiś czas po prostu kładłem się w rzece. Także
piłem tą breję i to bez gotowania, ale żadne robale we mnie (chyba) nie
wlazły. Średnia głębokość może nieco ponad 20 centymetrów. Kawałek płynę, po czym
pojawiają się falki na wodzie świadczące o wypłyceniu, staram się lawirować
między płyciznami, wysiadka, przeciągnięcie pontonu kilkanaście,
kilkadziesiąt metrów i znów kilka minut płynięcia, znów zakręt i znów od
początku. I tak od piątej rano do dwudziestej trzeciej. Od dziewiątej do siedemnastej spuszczanie po
trochu powietrza z pontonu, aby nie uległ uszkodzeniu przy tej temperaturze.
O dziewiętnastej znów trzeba dopompować, bo z pontonu przy szybko oziębiającym się
powietrzu robi się flak. Zupełnie bezwietrznie, stojące, gorące powietrze i
powoli lejąca się między kamieniami woda. Zakręty, jeden za drugim,
identyczne - gdybym nie szedł rzeką, byłbym pewien, że chodzę w kółko. Co
jakiś czas porcja jedzenia - ryż z zupką lub puszką, przygotowywane każdego
wieczora na cały następny dzień - smakuje jak nigdy.
Podobało mi się niesamowicie. Przyroda zdaje się tętnić życiem. Wszystko
jest tu olbrzymie, rzeka, najpierw o szerokości kilkunastu, później
kilkudziesięciu metrów, szerokie brzegi z całą masą powywracanych i
powyrywanych z korzeniami drzew, coraz większe przestrzenie, ta przyroda,
tak dzika, nietknięta ludzką ręką, jasne modrzewia, zwalone, suche pnie na
brzegach i niebieskie niebo nade mną. I tylko ja, zupełnie sam, kolejne
zakręty, kolejne płycizny i nadzieja, że może wreszcie zobaczę jakąś górę.
Po czterech dniach wpłynąłem w góry. Szybko zostałem nauczony pokory, gdy
wypadłem z pontonu na jednym z początkowych, małych progów. Przemieliło mnie
jak w pralce. Od tej chwili płynąłem już zawsze w ochraniaczach, kasku i
kamizelce. Zgubiłem trochę sprzętu, utopiłem aparat, ale nic sobie nie
połamałem. W dalszej części spływu nie miałem szczęścia z wieloma innymi
moimi rzeczami, które albo pogubiłem na przejściach przez progi, nadpaliłem
w trakcie suszenia, lub zwyczajnie zapomniałem ich zabrać z miejsc postoju -
m. in. trochę ubrań, spinning, siekierę i nóż, tak że na koniec otwierałem
puszki nożykiem do tapet. Jedynie kurtkę, którą na jednym z postojów zwiał
wiatr i porwała rzeka, zobaczyłem dryfującą kilka kilometrów dalej.
Rzeka robiła się coraz szersza i głębsza, woda coraz bardziej przejrzysta,
zadziwiały zmieniające się formacje gór, wciąż nowe, zaskakujące kształty i
rodzaje skał, zniewalający ogrom wysp i gigantycznych głazów porozrzucanych
na brzegach. Musiałem wiosłować od świtu do nocy, ponieważ nurtu nie było
prawie wcale. Można powiedzieć, że większa część trasy to było niekończące
się jezioro, poprzecinane szybszym nurtem z progami co kilkaset metrów. A
progi z dnia na dzień robiły się coraz większe. Przejścia przez nie
stanowiły niesamowite przeżycie. Najpierw powoli przyspiesza nurt, pojawiają
się pierwsze, kilkumetrowe głazy, między którymi lawiruję. Zwiększa się
nachylenie, nurt wciąż przyspiesza, aż w końcu robi się biała kipiel. W huku
i pianie rzuca mną wraz z całym moim dobytkiem pomiędzy głazami. Kończą się
kamienie i ponton z wielką prędkością płynie przez dwumetrowe, stojące fale
kończące próg. Podskakuje i uderza z łomotem w wodę, co chwila któraś fala
przewala się nade mną i uderza z wielką siłą w twarz. Woda się uspokaja,
wylewanie, wiosłowanie, próg, całymi dniami tak, bez przerwy.
Złowiłem kilka tajmieni w ujściach krystalicznie czystych rzek, płynąłem w
gigantycznych kanionach, ze skałami wspinającymi się z wody na kilkaset
metrów, słuchałem krzyku mew, które wylatywały mi na spotkanie znad
olbrzymich wysp, próbując mnie przepędzić. Zobaczyłem jeden mały lodowiec,
ale przed wszystkim chłonąłem tą dziką, nieokszesaną przyrodę. Ogrom,
jakiego nigdy wcześniej nie widziałem.
W końcu dopłynąłem do rzeki Ucur. Szerokość kilkaset metrów i znacznie
bardziej przejrzysta woda. Jednego dnia postanowiłem zatrzymać się na jednej
z wysp, aby udać się na mały rekonesans. Wydawać by się mogło, że wyspa jest
na wyciągnięcie ręki, jednak ze środka rzeki zajęło mi kilka minut, aby do
niej dopłynąć. W rezultacie wylądowałem kilkaset metrów dalej niż
zamierzałem. Brzeg dość stromy, kamienisty, roślinność zaczynała się kilka
metrów wyżej. Tym razem, na szarym podłożu wszędzie leżało mnóstwo białych
jak śnieg, marmurowych kamieni. W natarczywym krzyku mew poszedłem na
eksplorację wyspy, aby zabrać jeden na pamiątkę. Gdy wróciłem do pontonu
stwierdziłem, że czegoś mi brakuje... kurtki, leżała, jak większość moich
rzeczy, niedbale rzucona i musiał ją porwać coraz silniej wiejący wiatr. To
był pierwszy dzień, kiedy zaczął padać deszcz. Kilka minut szybko płynąłem
wpatrując się, czy jej nie zobaczę. Jednak prąd był dość silny, a szerokość
rzeki w tym miejscu, już za wyspą i przed potężnym zakrętem, nie dawała
złudzeń, że już jej nie znajdę. Dryfowałem więc w deszczu, przykryty folią
budowlaną, śmiejąc się ze swojej głupoty. Po jakimś czasie zobaczyłem
dryfujący przed mną czerwony kawałek czegoś - tego koloru mogła być tylko
moja kurtka!
Około 100 km przed ujściem Ucura do Ałdanu, a 700 km od początku trasy,
spotkałem pierwszych ludzi. Wspominam jeszcze nocleg w myśliwskim domku, z
przepięknym widokiem z wysoka na rzekę i góry. Domek miał oczywiście piecyk
i wreszcie było mi ciepło (kilka dni płynąłem w zimnym deszczu, no i
oczywiście zalewany byłem także na wszystkich progach).
Rzeka Ałdan stanowiła kolejny, zupełnie inny fragment spływu. Pierwszego
dnia, powoli dryfując stwierdziłem, że do mojego założonego celu podróży,
Ust-Maja, dotrę o dobrych kilka dni wcześniej niż planowałem i to w zasadzie
prawie w ogóle nie wiosłując. Zanudziłbym się na śmierć. Wobec tego wpadłem
na pomysł, aby dopłynąć do Chandygi, a dopiero stamtąd udać się wodolotem do
Jakucka, skąd miałem wracać do Polski. Przede mną było około 800 km rzeki,
szerokiej nawet na kilka kilometrów. Wiatry tutaj dawały się znacznie
bardziej we znaki, więc czekało mnie wiosłowanie od świtu do nocy, a jak się
później okazało, nawet jeszcze więcej. Na początek jednak musiałem dokupić
żywności, okazało się bowiem, że wziąłem jej znacznie za mało i od wielu dni
byłem mocno przygłodzony. Sklep znalazłem dwa dni później - w pracowniczym
miasteczku należącym do kopalni złota. Zostałem tam ugoszczony jedzeniem w
restauracji, dano mi dwie torby świeżego jedzenia, a nawet zaproponowano
przelot samolotem firmy do Chabarowska.
Gościnność i otwartość tamtejszych ludzi kolejny raz niesamowicie mile mnie
zaskoczyła. Niemile natomiast zaskoczyła mnie nachalność komarów na Ałdanie.
Dźwięk ich całonocnego buczenia, jakby jednego ogromnego organizmu, słychać
było wręcz jakby wewnątrz głowy, a codzienna, spora porcja ugryzień, była
nieunikniona. Oczywiście "bardzo mądrze" nie miałem ze sobą namiotu, aby
zmieścić się w limicie bagażu w samolocie (spałem w pontonie przykryty
plandeką). Dni płynęły w rytmie kilkunastogodzinnego wiosłowania, wciąż pod
wiatr. Kilka dni także w nocy, pół śpiąc dryfowałem, aby zdobywać kolejne
kilometry. Robiłem to jednak dopiero gdy zaczynało się przejaśniać, ponieważ
co jakiś czas przepływały statki. Tuż przed Ust-Maja Ałdan rozszerzył się do
tego stopnia, że bardziej przypominał Zatokę Gdańską niż rzekę. Do tego
doszedł jak prawie zawsze przeciwny wiatr, tak więc smutna myśl o
zakończeniu spływu tutaj stawała się coraz bardziej prawdziwa. Po dojściu
rzeki Maja prędkość chwilowo wzrosła, tak więc odpoczywając patrzałem na
przesuwające się drewniane domy na brzegu.
Podpłynęła na motorówce Milicja, tak więc rejestracja znów się przydała.
Pośmiali się ze złowionych przeze mnie 50cio centymetrowych tajmieni,
powiedzieli że do Chandygi na pewno nie zdążę, ponieważ rzeka rozszerzy się
jeszcze bardziej i odpłynęli. Był ciemny, deszczowy wieczór, leżałem cały
mokry w pontonie, a fale i wiatr pchały mnie raz w jednym, a raz w drugim
kierunku. Przepłynęły dwa towarowe statki i zniknęły we mgle. Rano
stwierdziłem, że czas zakończyć spływ w ostatniej miejscowości między
Ust-Mają i Chandygą, z której da się wrócić samolotem - Eldikan, oddalonej o
60 km. Znalazłem się tam w przeciągu dwóch godzin, ponieważ udało mi się
złapać motorówkowego stopa.
Na tej trasie szerokość rzeki przerosła moje wszelkie wyobrażenia, jednak w
Eldikan prąd znów był silny, więc pokusa zwyciężyła. Zadzwoniłem do domu z
centrali telefonicznej, w której żadna ściana i podłoga nie była prosta i
popłynąłem dalej. Znów pojawiły się piękne góry, znów płynąłem przeciw
silnemu wiatrowi i falom, ale jakoś poruszałem się do przodu. Jednego dnia
tak silnie wiało, że nie byłem w stanie płynąć - tu z pomocą na jakiś czas
przyszedł ogromny pień drzewa, który prawie całkowicie zanurzony spokojnie
płynął naprzód, mimo fal i wiatru oraz przyczepionego na lince pontonu.
Ostatni dzień.
Wstałem zmęczony dość późno, do Chandygi zostało ponad 60 km, a wodolot
odpływał o 5tej rano następnego dnia - musiałem na niego zdążyć. Po godzinie
wiosłowania rzeka kolejny raz niesamowicie mnie zdziwiła. Szerokość można by
już mierzyć w kilometrach, ale prąd był tak silny, że dryfując osiągałem
prędkość średnio 10 km/h. W pewnym momencie wiosłując pobiłem moje wszelkie
rekordy prędkości - 18 km/h, brzeg przelatywał jakbym jechał na rowerze
(pomijam prędkości jakie miałem na progach, gdyż tam nie byłbym w stanie
utrzymać jednocześnie GPS-a w ręku i siebie w pontonie...). Ze stromego
brzegu osuwała się ziemia z roślinnością i w pewnym momencie zobaczyłem, jak
kilka dużych, zielonych świerków na raz zsunęło się z trzaskiem do wody. Tak
więc w porcie "Rakiety" byłem już o 15tej, a resztę dnia spędziłem chodząc
po Chandydze i zjadając ogromne ilości czekoladek i lodzików. Następnego
dnia, z wodolotu zobaczyłem ujście Ałdanu i Lenę, przy której Ałdan jest
jedynie maleńką rzeczką. Można by kiedyś popłynąć dalej, pomyślałem...
Podsumowanie
6 dni dojazd nad rzekę z załatwianiem pozwoleń, 14dni spływ rzeką Gonam i
Ucur do Ałdanu (najbliższego miejsca, gdzie można zakończyć spływ), 14 dni
rzeką Ałdan do Chandygi, stamtąd 12 godzin wodolotem do Jakucka.
Rzeka Gonam to raczej nie rzeka, a niekończący się ciąg jezior, z bardzo
wolnym prądem, poprzecinany na odcinku 200-300 km progami co kilkaset
metrów.
Dojazd do rzeki drogą lądową jedynie z miejscowości Nagorny (odległość około
120 km).
Nad rzekami Gonam i Ucur nie ma ani jednej miejscowości - brak ludzi na
odcinku 700km, czyli około 2-ch tygodni spływu (przy niskim poziomie wody).
Kategoria trudności progów do WW3+ (w lipcu!). Na wiosnę rzekę zdecydowanie
polecam zawodowcom i samobójcom. To byłby spływ o zupełnie innym
charakterze - po wyrwanych całych drzewach i śladach wody kilka-kilkanaście
metrów powyżej lipcowego poziomu wody można powiedzieć, że mogłoby być
naprawdę ekstremalnie.
Nigdy w życiu, ani na żywo, ani w telewizji czy kinie, nie widziałem terenów
piękniejszych i bardziej dzikich, przestrzeni tak ogromnych i
zniewalających... jak tam.
Pozdrawiam wszystkich Podróżników, Globetrotterów i tych bez nazw, którzy
nie marnują czasu na czytanie głupot, tylko właśnie są gdzieś tam, na końcu
świata...
|