Gonam - wyprawa
na koniec świata
Galeria zdjęć

 

 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Marcin T.
Gonam - wyprawa na koniec świata
Spływ pontonem syberyjską rzeką

Celem mojej wyprawy był samotny spływ pontonem górskimi rzekami, przez tereny całkowicie bezludne. Idealna wydała mi się rzeka Gonam, biegnąca przez północne obszary gór Stanowych w południowej Jakucji. Na jej brzegach, a także na jej ujściu - rzece Ucur, przez około 800km nie ma ani jednej miejscowości. Jak się później okazało, nie spotkałem nikogo na trasie 700 km, przez 14 dni.

fot. Marcin T.

 

Sam dojazd na początek spływu stanowił dla mnie nie lada wyzwanie, jednak jak się okazało po drodze, sytuacje zdawały się rozwiązywać same. Pociągiem do Moskwy, na lotnisko, wszystkie ubrania i najcięższy sprzęt założyć na siebie aby zmieścić się w limicie bagażu, przelot samolotem i już jestem w stolicy Syberii - Jakucku. Na lotnisku zostałem zaczepiony przez naganiacza, a że nie miałem czasu i ponad 40 kg sprzętu do targania, więc skorzystałem z i tak niedrogiej propozycji i pojechałem gnającym minibusem do Neryungri - około 1000 km na południe od Jakucka po szutrowej drodze. Teraz należało dostać się do miejscowości Nogorny, od której około 120 km brała swój początek rzeka Gonam.

Było południe, na dworcu kolejowym okazało się, że pociąg będzie dopiero późnym wieczorem. Odwróciłem się do stojącego za mną faceta i zapytałem gdzie jest przystanek autobusowy. Miał na imię Aleksander. Niezwykle mile się zdziwiłem, gdyż zabrał mnie samochodem, a usłyszawszy o celu mojej podróży, zadzwonił do swojego znajomego w Nagornym, aby stamtąd podwieziono mnie nad rzekę Gonam zaopatrzeniowymi Kamazami, które jeździły tamtą trasą do kopalni złota. W żaden inny sposób bym się nie dostał nad rzekę, chyba że na piechotę - o ile byłoby to możliwe z takim bagażem... Aleksander dał mi jeszcze ogromną siekierę, kociołek i trochę konserw. Wieczorem byłem w Nagornym, gdzie zatrzymała mnie milicja. W czasie dwugodzinnej rozmowy już czułem, że wyprawa wisi na włosku, że mnie odeślą do domu, że nic mi nie wyjdzie, że koniec. Nie miałem rejstracji, żadnych pozwoleń, nic. Jednak po odesłali mnie tylko do Neriungri po rejestrację. Tu znów mi pomógł Aleksander, tak więc następnego dnia już ją miałem. Dużo by pisać o rozmowach w urzędzie emigracyjnym, a później w wojsku, tłumaczeniu się gdzie, po co, dlaczego sam, dlaczego bez telefonu satelitarnego, że "miedwiedje", że "Siberia" i tak dalej i tak dalej... Tak czy inaczej wieczorem rejestrację już miałem. Kolejny raz pojechałem autobusem do Nagornego, a stamtąd, następnego dnia, Kamazem nad rzekę.

Pierwsze chwile.
Pierwsze chwile. Kamaz odjechał, błyskawicznie rozwinąłem sprzęt, wreszcie po sześciu dniach podróży i niepewności czy w ogóle uda mi się tu dotrzeć, jestem na rzece, powoli dryfuję. Wokół absolutna cisza. W błotnistych brzegach rzeki zauważyłem mnóstwo okrągłych wgnieceń - okazało się, że były to ślady niedźwiedzi.

fot. Marcin T.

Pierwsze dni.
Miała być górska rzeka, ogromne progi i góry, tymczasem płynę w niekończącej się, brunatnej, zakrzaczonej sadzawce z komarami. Zakręt za zakrętem, a wokół teren płaski jak stół, nurtu nie ma prawie wcale. Po kilku dniach rzeka rozszerzyła się, ale kosztem zmniejszenia głębokości. Czekało mnie jeszcze 200 km płaskowyżu i ciągnięcia pontonu przez płycizny. Upał niemiłosierny, tak więc co jakiś czas po prostu kładłem się w rzece. Także piłem tą breję i to bez gotowania, ale żadne robale we mnie (chyba) nie wlazły. Średnia głębokość może nieco ponad 20 centymetrów. Kawałek płynę, po czym pojawiają się falki na wodzie świadczące o wypłyceniu, staram się lawirować między płyciznami, wysiadka, przeciągnięcie pontonu kilkanaście, kilkadziesiąt metrów i znów kilka minut płynięcia, znów zakręt i znów od początku. I tak od piątej rano do dwudziestej trzeciej. Od dziewiątej do siedemnastej spuszczanie po trochu powietrza z pontonu, aby nie uległ uszkodzeniu przy tej temperaturze. O dziewiętnastej znów trzeba dopompować, bo z pontonu przy szybko oziębiającym się powietrzu robi się flak. Zupełnie bezwietrznie, stojące, gorące powietrze i powoli lejąca się między kamieniami woda. Zakręty, jeden za drugim, identyczne - gdybym nie szedł rzeką, byłbym pewien, że chodzę w kółko. Co jakiś czas porcja jedzenia - ryż z zupką lub puszką, przygotowywane każdego wieczora na cały następny dzień - smakuje jak nigdy.

fot. Marcin T.

Podobało mi się niesamowicie. Przyroda zdaje się tętnić życiem. Wszystko jest tu olbrzymie, rzeka, najpierw o szerokości kilkunastu, później kilkudziesięciu metrów, szerokie brzegi z całą masą powywracanych i powyrywanych z korzeniami drzew, coraz większe przestrzenie, ta przyroda, tak dzika, nietknięta ludzką ręką, jasne modrzewia, zwalone, suche pnie na brzegach i niebieskie niebo nade mną. I tylko ja, zupełnie sam, kolejne zakręty, kolejne płycizny i nadzieja, że może wreszcie zobaczę jakąś górę.

Po czterech dniach wpłynąłem w góry. Szybko zostałem nauczony pokory, gdy wypadłem z pontonu na jednym z początkowych, małych progów. Przemieliło mnie jak w pralce. Od tej chwili płynąłem już zawsze w ochraniaczach, kasku i kamizelce. Zgubiłem trochę sprzętu, utopiłem aparat, ale nic sobie nie połamałem. W dalszej części spływu nie miałem szczęścia z wieloma innymi moimi rzeczami, które albo pogubiłem na przejściach przez progi, nadpaliłem w trakcie suszenia, lub zwyczajnie zapomniałem ich zabrać z miejsc postoju - m. in. trochę ubrań, spinning, siekierę i nóż, tak że na koniec otwierałem puszki nożykiem do tapet. Jedynie kurtkę, którą na jednym z postojów zwiał wiatr i porwała rzeka, zobaczyłem dryfującą kilka kilometrów dalej.

fot. Marcin T.

Rzeka robiła się coraz szersza i głębsza, woda coraz bardziej przejrzysta, zadziwiały zmieniające się formacje gór, wciąż nowe, zaskakujące kształty i rodzaje skał, zniewalający ogrom wysp i gigantycznych głazów porozrzucanych na brzegach. Musiałem wiosłować od świtu do nocy, ponieważ nurtu nie było prawie wcale. Można powiedzieć, że większa część trasy to było niekończące się jezioro, poprzecinane szybszym nurtem z progami co kilkaset metrów. A progi z dnia na dzień robiły się coraz większe. Przejścia przez nie stanowiły niesamowite przeżycie. Najpierw powoli przyspiesza nurt, pojawiają się pierwsze, kilkumetrowe głazy, między którymi lawiruję. Zwiększa się nachylenie, nurt wciąż przyspiesza, aż w końcu robi się biała kipiel. W huku i pianie rzuca mną wraz z całym moim dobytkiem pomiędzy głazami. Kończą się kamienie i ponton z wielką prędkością płynie przez dwumetrowe, stojące fale kończące próg. Podskakuje i uderza z łomotem w wodę, co chwila któraś fala przewala się nade mną i uderza z wielką siłą w twarz. Woda się uspokaja, wylewanie, wiosłowanie, próg, całymi dniami tak, bez przerwy.

Złowiłem kilka tajmieni w ujściach krystalicznie czystych rzek, płynąłem w gigantycznych kanionach, ze skałami wspinającymi się z wody na kilkaset metrów, słuchałem krzyku mew, które wylatywały mi na spotkanie znad olbrzymich wysp, próbując mnie przepędzić. Zobaczyłem jeden mały lodowiec, ale przed wszystkim chłonąłem tą dziką, nieokszesaną przyrodę. Ogrom, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem.

W końcu dopłynąłem do rzeki Ucur. Szerokość kilkaset metrów i znacznie bardziej przejrzysta woda. Jednego dnia postanowiłem zatrzymać się na jednej z wysp, aby udać się na mały rekonesans. Wydawać by się mogło, że wyspa jest na wyciągnięcie ręki, jednak ze środka rzeki zajęło mi kilka minut, aby do niej dopłynąć. W rezultacie wylądowałem kilkaset metrów dalej niż zamierzałem. Brzeg dość stromy, kamienisty, roślinność zaczynała się kilka metrów wyżej. Tym razem, na szarym podłożu wszędzie leżało mnóstwo białych jak śnieg, marmurowych kamieni. W natarczywym krzyku mew poszedłem na eksplorację wyspy, aby zabrać jeden na pamiątkę. Gdy wróciłem do pontonu stwierdziłem, że czegoś mi brakuje... kurtki, leżała, jak większość moich rzeczy, niedbale rzucona i musiał ją porwać coraz silniej wiejący wiatr. To był pierwszy dzień, kiedy zaczął padać deszcz. Kilka minut szybko płynąłem wpatrując się, czy jej nie zobaczę. Jednak prąd był dość silny, a szerokość rzeki w tym miejscu, już za wyspą i przed potężnym zakrętem, nie dawała złudzeń, że już jej nie znajdę. Dryfowałem więc w deszczu, przykryty folią budowlaną, śmiejąc się ze swojej głupoty. Po jakimś czasie zobaczyłem dryfujący przed mną czerwony kawałek czegoś - tego koloru mogła być tylko moja kurtka!

Około 100 km przed ujściem Ucura do Ałdanu, a 700 km od początku trasy, spotkałem pierwszych ludzi. Wspominam jeszcze nocleg w myśliwskim domku, z przepięknym widokiem z wysoka na rzekę i góry. Domek miał oczywiście piecyk i wreszcie było mi ciepło (kilka dni płynąłem w zimnym deszczu, no i oczywiście zalewany byłem także na wszystkich progach).

fot. Marcin T.

Rzeka Ałdan stanowiła kolejny, zupełnie inny fragment spływu. Pierwszego dnia, powoli dryfując stwierdziłem, że do mojego założonego celu podróży, Ust-Maja, dotrę o dobrych kilka dni wcześniej niż planowałem i to w zasadzie prawie w ogóle nie wiosłując. Zanudziłbym się na śmierć. Wobec tego wpadłem na pomysł, aby dopłynąć do Chandygi, a dopiero stamtąd udać się wodolotem do Jakucka, skąd miałem wracać do Polski. Przede mną było około 800 km rzeki, szerokiej nawet na kilka kilometrów. Wiatry tutaj dawały się znacznie bardziej we znaki, więc czekało mnie wiosłowanie od świtu do nocy, a jak się później okazało, nawet jeszcze więcej. Na początek jednak musiałem dokupić żywności, okazało się bowiem, że wziąłem jej znacznie za mało i od wielu dni byłem mocno przygłodzony. Sklep znalazłem dwa dni później - w pracowniczym miasteczku należącym do kopalni złota. Zostałem tam ugoszczony jedzeniem w restauracji, dano mi dwie torby świeżego jedzenia, a nawet zaproponowano przelot samolotem firmy do Chabarowska.

Gościnność i otwartość tamtejszych ludzi kolejny raz niesamowicie mile mnie zaskoczyła. Niemile natomiast zaskoczyła mnie nachalność komarów na Ałdanie. Dźwięk ich całonocnego buczenia, jakby jednego ogromnego organizmu, słychać było wręcz jakby wewnątrz głowy, a codzienna, spora porcja ugryzień, była nieunikniona. Oczywiście "bardzo mądrze" nie miałem ze sobą namiotu, aby zmieścić się w limicie bagażu w samolocie (spałem w pontonie przykryty plandeką). Dni płynęły w rytmie kilkunastogodzinnego wiosłowania, wciąż pod wiatr. Kilka dni także w nocy, pół śpiąc dryfowałem, aby zdobywać kolejne kilometry. Robiłem to jednak dopiero gdy zaczynało się przejaśniać, ponieważ co jakiś czas przepływały statki. Tuż przed Ust-Maja Ałdan rozszerzył się do tego stopnia, że bardziej przypominał Zatokę Gdańską niż rzekę. Do tego doszedł jak prawie zawsze przeciwny wiatr, tak więc smutna myśl o zakończeniu spływu tutaj stawała się coraz bardziej prawdziwa. Po dojściu rzeki Maja prędkość chwilowo wzrosła, tak więc odpoczywając patrzałem na przesuwające się drewniane domy na brzegu.

Podpłynęła na motorówce Milicja, tak więc rejestracja znów się przydała. Pośmiali się ze złowionych przeze mnie 50cio centymetrowych tajmieni, powiedzieli że do Chandygi na pewno nie zdążę, ponieważ rzeka rozszerzy się jeszcze bardziej i odpłynęli. Był ciemny, deszczowy wieczór, leżałem cały mokry w pontonie, a fale i wiatr pchały mnie raz w jednym, a raz w drugim kierunku. Przepłynęły dwa towarowe statki i zniknęły we mgle. Rano stwierdziłem, że czas zakończyć spływ w ostatniej miejscowości między Ust-Mają i Chandygą, z której da się wrócić samolotem - Eldikan, oddalonej o 60 km. Znalazłem się tam w przeciągu dwóch godzin, ponieważ udało mi się złapać motorówkowego stopa.

fot. Marcin T.

Na tej trasie szerokość rzeki przerosła moje wszelkie wyobrażenia, jednak w Eldikan prąd znów był silny, więc pokusa zwyciężyła. Zadzwoniłem do domu z centrali telefonicznej, w której żadna ściana i podłoga nie była prosta i popłynąłem dalej. Znów pojawiły się piękne góry, znów płynąłem przeciw silnemu wiatrowi i falom, ale jakoś poruszałem się do przodu. Jednego dnia tak silnie wiało, że nie byłem w stanie płynąć - tu z pomocą na jakiś czas przyszedł ogromny pień drzewa, który prawie całkowicie zanurzony spokojnie płynął naprzód, mimo fal i wiatru oraz przyczepionego na lince pontonu.

Ostatni dzień.
Wstałem zmęczony dość późno, do Chandygi zostało ponad 60 km, a wodolot odpływał o 5tej rano następnego dnia - musiałem na niego zdążyć. Po godzinie wiosłowania rzeka kolejny raz niesamowicie mnie zdziwiła. Szerokość można by już mierzyć w kilometrach, ale prąd był tak silny, że dryfując osiągałem prędkość średnio 10 km/h. W pewnym momencie wiosłując pobiłem moje wszelkie rekordy prędkości - 18 km/h, brzeg przelatywał jakbym jechał na rowerze (pomijam prędkości jakie miałem na progach, gdyż tam nie byłbym w stanie utrzymać jednocześnie GPS-a w ręku i siebie w pontonie...). Ze stromego brzegu osuwała się ziemia z roślinnością i w pewnym momencie zobaczyłem, jak kilka dużych, zielonych świerków na raz zsunęło się z trzaskiem do wody. Tak więc w porcie "Rakiety" byłem już o 15tej, a resztę dnia spędziłem chodząc po Chandydze i zjadając ogromne ilości czekoladek i lodzików. Następnego dnia, z wodolotu zobaczyłem ujście Ałdanu i Lenę, przy której Ałdan jest jedynie maleńką rzeczką. Można by kiedyś popłynąć dalej, pomyślałem...

Podsumowanie
6 dni dojazd nad rzekę z załatwianiem pozwoleń, 14dni spływ rzeką Gonam i Ucur do Ałdanu (najbliższego miejsca, gdzie można zakończyć spływ), 14 dni rzeką Ałdan do Chandygi, stamtąd 12 godzin wodolotem do Jakucka.
Rzeka Gonam to raczej nie rzeka, a niekończący się ciąg jezior, z bardzo wolnym prądem, poprzecinany na odcinku 200-300 km progami co kilkaset metrów.
Dojazd do rzeki drogą lądową jedynie z miejscowości Nagorny (odległość około 120 km).
Nad rzekami Gonam i Ucur nie ma ani jednej miejscowości - brak ludzi na odcinku 700km, czyli około 2-ch tygodni spływu (przy niskim poziomie wody).
Kategoria trudności progów do WW3+ (w lipcu!). Na wiosnę rzekę zdecydowanie polecam zawodowcom i samobójcom. To byłby spływ o zupełnie innym charakterze - po wyrwanych całych drzewach i śladach wody kilka-kilkanaście metrów powyżej lipcowego poziomu wody można powiedzieć, że mogłoby być naprawdę ekstremalnie.

Nigdy w życiu, ani na żywo, ani w telewizji czy kinie, nie widziałem terenów piękniejszych i bardziej dzikich, przestrzeni tak ogromnych i zniewalających... jak tam.

Pozdrawiam wszystkich Podróżników, Globetrotterów i tych bez nazw, którzy nie marnują czasu na czytanie głupot, tylko właśnie są gdzieś tam, na końcu świata...


 
1 2 następna strona do góry