Hvannadalshnukur

 

 
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Bez planu i map -
z północy
na południe Azji
 

Maciej Kania
 

 
Maciej Kania, PTTK AE Kraków
Hvannadalshnukur
Islandia

Udało mi się przejechać autostopem cały kraj dookoła przemierzając wulkaniczne pustkowia, podziwiając schodzące do samego niemal morza jęzory lodowców i błękitne laguny z topiącymi się w nich lodowymi górami. Kąpałem się także w gorących źródłach i basenach z wodami termalnymi oraz przechadzałem między kipiącymi błotami i strzelającymi na kilkanaście metrów w górę gejzerami.

fot. (c) amigosdelciclismo.com

 

 


Wspólnie z kolegą postanowiłem wyjechać do pracy na Islandię. Dotychczas pracowałem w Irlandii lecz tym razem wybraliśmy bardziej egzotyczne miejsce.
W wolnym czasie, którego było doąć dużo, jeździliśmy poznając półwysep i wzbogacając swoje życie towarzyskie. Poznaliśmy przy tym bardzo sympatycznych miejscowych oraz ludzi z Kanady, Niemiec, Irlandii, Szwajcarii, Włoch i ...Polski (największa mniejszość narodowa na wyspie, a pracowników sezonowych także nie brakowało).

Udało mi się przejechać autostopem cały kraj dookoła przemierzając wulkaniczne pustkowia, podziwiając schodzące do samego niemal morza jęzory lodowców i błękitne laguny z topiącymi się w nich lodowymi górami. Kąpałem się także w gorących źródłach i basenach z wodami termalnymi oraz przechadzałem między kipiącymi błotami i strzelającymi na kilkanaście metrów w górę gejzerami. W końcu jednak postanowiłem zrobić coś więcej niż tylko spacerek i wykorzystać sprzęt górski, który ze sobą zabrałem.

Do południa jak zwykle sprawdziłem pocztę - dostęp do Internetu był możliwy w biurze pracy. Przeszedłem się do centrum, by na głównej Laugavegur odwiedzić księgarnię w poszukiwaniu map interesującego mnie obszaru i zaopatrzyć się w jedzenie na drogę. Potrzebowałem czegoś energetycznego. Dokładne studia map potwierdziły moją wcześniejszą opinię, że znacznie korzystniej będzie zaatakować najwyższy, sterczący niemal bezpośrednio z morza, szczyt Islandii Hvannadalshnukur (2119 m. n.p.m.) nie od strony znanego, dobrze opisanego i posiadającego u podnóża bazę turystyczną Skaftafelljokull, a raczej mniejszego i dzikszego Virkisjokull (słowo jokull należy czytać "jokutl" i oznacza po prostu lodowiec - wszystkie wymienione miejsca są częścią największego lodowca Europy Vatnajokull).

Z autostopem nie miałem jakiś większych kłopotów i po paru przesiadkach dostałem się już po ciemku kawałek za miasteczko Hella w połowie drogi do celu. Tu jednak musiałem przerwać podróż, gdyż jak się miało okazać przez najbliższe 10 godzin żaden samochód już nie przejechał w moim kierunku. Jako że zaczęło solidnie padać postarałem się dotrzeć do widzianych wcześniej na horyzoncie zabudowań, by schronić się pod jakimkolwiek dachem. Znalazłem jedynie okap nad schodami do drzwi opuszczonego chyba, ale zamkniętego budynku. Przykryłem się płachtą namiotową i próbowałem zasnąć. Ulewa i wiatr się jednak wzmagały i co rusz czułem wilgoć niepozwalającą mi na drzemkę. Jakoś jednak dotrzymałem do rana, który niespodziewanie przywitał mnie wspaniałym słońcem i bezchmurnym niebem. Już drugi samochód, z sympatycznym nowozelandczykiem za kierownicą, zawiózł mnie dokładnie w miejsce, w które chciałem. Po drodze podjechaliśmy jednak na chwilę pod Skaftafell - cały jęzor był postrzępiony i poprzecinany gigantycznymi szczelinami. Nie wygrzebałbym się spomiędzy seraków przez tydzień.

Wysiadłem z samochodu i choć zmęczony, pomaszerowałem przez krzaki, krzewy, kamienie i strumyki w kierunku dającym nadzieje na dostanie się na lodowiec. W końcu zieleń ustąpiła miejsca wielkim głazom i zwałom ziemi, spod których wypływała czarna jak węgiel rzeka - tak przywitała mnie morena czołowa lodowcowa.

Jęzor był także straszliwie popękany i poprzecinany niesamowitymi szczelinami. W promieniach silnego słońca lód topił się błyskawicznie - wszędzie, zarówno pod spodem jak i po wierzchu, zdawała się płynąć woda. Należało, więc tak daleko jak tylko się da maszerować wierzchem moreny otoczonej na tym odcinku z trzech stron śniegiem. Po kilku poślizgach jednak zorientowałem się, że to, co wydawało mi się kupą błota, jest w istocie sprasowanym i wypolerowanym jak lustro lodem pokrytym jedynie cieniutką warstewką mokrej ziemi i kamieni. Niebezpieczne - bez raków mógłbym spaść w jedną z rozpadlin, w rakach z kolei nie trudno o skręcenie nogi w takim terenie. Szybko zdecydowałem się jednak zaufać nieco sprzętowi.

Doszedłem po ponad godzinie na kraj moreny. Co dalej? Którędy teraz? Z prawej pionowe skały ze spadającymi wodospadami i lodową czapą na górze, przechodzącą z lewej w stromy jęzor, który jest jednak straszliwie poszarpany i pocięty. Potem, dalej na lewo, mały grzbiecik pokryty odrobiną trawy (to pewnie, wg mapy, Raudikambur) i znowu jęzor - tak, tędy spróbuję. Z duszą na ramieniu przeskakuję nad kolejnymi szczelinkami i nasłuchuję szumu wody pod lodem. Dochodzę do pionowej ściany skalnej oddzielonej ode mnie rwącą rzeką. Po prawej wspomniany Raudikambur. Wdrapuję się na niego łapiąc skał i kęp trawy. Dochodzę do czapy brudnego, czarnego lodu przykrywającej rzeczkę i przedostaję się na jej prawy brzeg. Idę dalej w górę. Robi się jednak coraz bardziej stromo. Grunt zaczyna się zmieniać w niebezpieczne i mało stabilne rumowisko. Próby przejścia na lewy brzeg spełzają na niczym - nurt jest tutaj za szybki, woda za szeroka i głęboka, niesie ze sobą wiele kamieni i odłamków skalnych.

Pnę się dalej w górę. Widzę już właściwy lodowiec. Urywa się gdzieś na górze, na horyzoncie - może stamtąd będzie już widać szczyt. Poruszam się teraz w poprzek stoku, wzdłuż podmywającej go czarno-brunatnej rzeki. Trzy kroki w górę - dwa w dół, dwa w górę i skok - dwa w dół. Obym tylko nie wpadł do wody...

Przebiegam nad kilkumetrowym głazem, słyszę jak z góry spada mała lawina kamienna - na szczęście nie osiąga miejsca mojej wędrówki. Wdrapuję się ostrożnie na lodowiec. Teraz już na prawdę stąpam po kruchym gruncie. Wody i szczelin wydaje się tu być więcej niż śniegu. Z góry urywają się kolejne odłamki skalne i niektóre z nich odbijają się od lodu tuż obok mnie - przydałby się kask! Ale drapię się dalej w górę. Staram się nie myśleć za dużo o możliwości powrotu. Teraz szybko zdobywam wysokość poruszając się pasem śniegu o szerokości około kilkudziesięciu metrów. Stok pokryty rozmiękłym lodem robi się coraz bardziej stromy. Odkrywają się przede mną coraz wspanialsze widoki. Przy każdym odchyleniu głowy w prawo oglądam niesamowity jęzor lodowy, podobny do olbrzymiego zakrętu jeszcze większej biało-szarej autostrady kończącej się gdzieś na rozmazanym horyzoncie oceanu.

Wdrapuję się jeszcze wyżej. Za momencik powinno się zacząć nieco wypłaszczać. Powinienem mieć za sobą połowę drogi, ale teraz już tylko prosto w górę. Zaczyna się jednak odzywać rozsądek i zmęczenie. Jestem sam na lodowcu (nie pierwszy raz), mam płachtę namiotową (da się przeżyć, ale niebezpieczne i pewnie oznacza to drugą nieprzespaną noc). Jeszcze parę kroków w górę. Mijam kilkumetrowy lej powstały przez zapadnięcie się pokrywy wierzchniej. Obchodzę go, spoglądam na zegarek, z trudem z uwagi na niewygodną pozycję na stromej ścianie wyjmuję aparat. Robię ostatnie zdjęcie i wiedziony przeczuciem zawracam.

Na morenie na dole usiadłem zmęczony na skale i nawet nie wiem, kiedy zasnąłem na pół godziny. Na koniec, na dole jeszcze, wykorzystując ostatnie promienie słońca, kąpiel w lodowatej wodzie i szosa - tzw. "jedynka". Utknąłem w okolicach Skaftafell i rozłożyłem się z karimatą i moją płachtą namiotową na kamieniach pokrytych trawą. Przeczucie mnie nie myliło - rano budzi mnie deszcz, a przez zalegające potężne chmury widoczność jest nie większa niż kilkumetrowa. Czy udałoby mi się przeżyć gdybym pozostał tam na górze...


 
do góry