|
Bilet do Pietropawłowska (około 4000 km) kosztował nas 220$ - ani drogo, ani tanio.
Początek odprawy zaplanowano na godzinę 00.40, zaś odlot na 02.10.
Na lotnisku dowiedzieliśmy się, że waga bagażu przewożonego
bezpłatnie nie może przekroczyć 20 kg na jednego pasażera.
Za każdy następny kilogram trzeba płacic 10% ceny biletu,
czyli w naszym przypadku około 66 rubli (~2.2 $).
Mój bagaż ważył niestety 27 kilo.
Coż było robić? Mimo wysokiej temperatury (wieczorem 16 stopni)
ubrałem się we wszystkie ubrania: 2 pary spodni, podkoszulki, polar, kurtkę przeciwdeszczową,
górskie buty buty. Wypchałem sobie kieszenie pasztetami w puszkach, sosami w torebkach,
filmami do aparatu.
Trudno, było gorąco ale po zjedzeniu jeszcze 2 puszek mielonki i pasztetu,
wyrzuceniu książki i gazet do kosza, dało się zbić wagę bagażu do 20 kg.
Trzeba poczekać
Z niezadowoleniem przyjęliśmy wiadomość z ostatniej chwili,
że odprawę i odlot przesunięto o 3 godziny.
Oczywiście niespodziewana konieczność o c z e k i w a n i a
należy do elementów stanowiących o kolorycie Rosji.
Czekaliśmy już wielokrotnie, szkoda tylko że tym razem wypadło nam to w środku nocy.
O 04.00 zaczęła się rejestracja biletów i zdawanie bagażu.
Obawialiśmy się o nasze kartusze z gazem, które chcieliśmy nielegalnie przewieźć,
jednakże bagaż przyjęto bez żadnych kłopotów.
Podczas kontroli osobistej, bramka do wykrywania metali uparcie piszczała,
mimo że Damian wyłożył juz wszystkie monety z kieszeni. W końcu odkrył przyczynę -
to wieczko mojego pasztetu dopominało się ujawnienia!
Przechodząc przez bramkę nieco skrępowany od razu wyjąłem z kieszeni pozostałe konserwy.
Po chwili siedzieliśmy już w Zale Orzidania -
pomieszczeniu, w którym oczekuje się na autobus, podwożący na płytę lotniska.
Było z nami wiele osób, czekających na inne odloty.
Panie z obsługi, wywoływały pasażerów na kolejne rejsy. Nagle awaria,
jeden pasażer, gdzieś się zawieruszył!
"- czy aby nie poleciał gdzieś indziej?" - pomyślałem.
Kobieta wołając Pasażyr na liot do Chabarowska!,
wyszła do głównego holu.
Ostatecznie wśród oczekujących zostali tylko pasażerowie do
Pietropawłowska Kamczackiego. Słońce już wzeszło a my, odrętwiali nadal czekaliśmy.
Pojedziemy czy nie?
Takie pytanie zadawałem sobie nieco już zrezygnowany żując uzbecką
lepioszkę, którą poczęstował mnie Kola, Uzbek
lecący za chlebem na Kamczatkę. - U nas w Uzbekistanie tylko wąska kasta
rządzących ma pieniądze, reszta klepie biedę... Byłem już na Kamczatce,
pracowałem w zakładzie rybnym, teraz jadę tam z żoną i córeczką,
w Uzbekistanie nie mamy czego szukać...
Wreszcie około szóstej przyszła kolej na nas. Jedziemy pod samolot IŁ 62.
Stewardesy kontrolują bilety, rosyjscy pasażerowie jak zwykle napierają na wejście
- koniecznie chcą być pierwsi. A my jak zwykle myślimy:
- Dlaczego oni się tak pchają? Przecież każdy z nich ma bilet...
Nagle do schodów podbiega mechanik, szybko wskakuje do samolotu...
Po chwili pasażerowie którzy już byli w środku, zaczynają wychodzić.
Nasze mózgi szybko identyfikują sprzeczność faktu z zapisanym w pamięci
stereotypem wsiadania i formułują jakże proste pytanie:
- Czy coś się stało?
O tak, stało się!
Samaliot słamałsja
To był koniec posadki (sadzania pasażerów),
okazało się że jednak nie lecimy...
Stewardessa zakomunikowała: - Wodzitiel
etoj masziny udarił w samaliot i samaliot słamałsja.
Młody robotnik lotniskowy kierujący samochodem do wożenia bagaży,
nie zmienił prawidłowo biegu i zamiast odjechać - cofnął. Uderzając
w samolot rozpruł poszycie na ogonie!
Reakcja pasażerów wprawiła nas w nielada osłupienie:
rosyjscy pasażerowie zaprotestowali! Kobiety tuląc swe dzieci krzyczały że nie zejdą
z płyty lotniska, że dosyć się już wszyscy nasiedzieli w poczekalni.
Dzieci są głodne, zmęczone nocnym oczekiwaniem na odprawę, jedno dziecko jest chore.
Mężczyźni przysłuchiwali się argumentacji współpasażerek i kiwali głowami,
jeden stanowczo przystąpił do dyskusji, żadając podstawienia drugiego
samolotu, bądź zapewnienia miejsca w hotelu oraz posiłku.
Służby lotniskowe namawiały nas byśmy wsiedli do autobusu i odjechali
do terminala, ale większość powiedziała stanowczo NIET!
- Eto wina awiakompanii, szto samoliot nie rabotajet.
Siejczias awiakompania Kras Air dołżna podstawit' wtaroj samoliot!
Podszedł do nas przepity milicjant z zabawną miną, mowiącą:
Riebiata, piłem do trzeciej w nocy, dlaczego budzicie mnie już o szóstej?
i namawiał nas do opuszczenia płyty lotniska.
Po kilkunastu minutach pod samolot podjechał na
rozwalajacym się rowerze młody, może dwudziestoletni chłopak w roboczej
odzieży i zaczął przymierzać do rozprutego poszycia jakieś nity czy śruby...
Przyjechała też spawarka na dwukółce doczepionej do terenowego UAZa,
pojawiło się kilku mechaników i obiecali, że przyjrzą się
problemowi i jeśli to możliwe, to natychmiast podejmą się naprawy.
"- O godzinie ósmej poinformujemy o wynikach naszych działań,
jeśli będzie możliwość, naprawimy samolot - uspokajał naczelnik -
wracajcie do poczekalni, zaraz podamy tam śniadanie".
- Proszę, jak chcą, to mogą - myśleliśmy
siedząc o ósmej w naprawionym samolocie.
Kapitan - jak gdyby nic się nie stało - przywitał nas na pokładzie linii
Kras Air i życzył dobrej podroży.
Rejs odbywał się na wys. 10 050 metrów, trwał 5,5 godziny, podczas
których przebyliśmy 5 stref czasowych.
Na miejscu, w Elizowie, przesunęliśmy wskazówki naszych zegarków
o kolejne 5 godzin do przodu i w ciągu najbliższego miesiąca miała
być to ostatnia zmiana czasu;)
Od Polski dzieliło nas jedenaście stref czasowych.
|