|
Gdy zniżyliśmy lot nad półwyspem, odsłoniły się przed nami piękne
górskie krajobrazy. Lądowaliśmy na pasie startowym wyłożonym betonowymi płytami.
Tuż za granicą betonu, ziemię porastała rzadka tajga.
Kołowaliśmy powoli, mijając stojące nieopodal wojskowe MIG-i.
Z powodu nieprzejrzystości powietrza nie widzieliśmy pobliskich wulkanów.
Przy wyjściu z samolotu czekała na nas mała niespodzianka:
urzędniczka FSB z dwoma zołnierzami, która bezceremonialnie zapytała,
skąd, dokąd, po co przybywamy i gdzie będziemy nocować.
W związku z tym ostatnim pytaniem ogarnęła nas na moment konsternacja.
Wiedzieliśmy, że pałatka nie wchodzi w grę.
- Gdzie będziecie spać, gdzie się zarejestrujecie? - ponowiła pytanie.
- Gastinica Pietropawłowsk - odparłem szybko, a ona skrzętnie zanotowała.
Urzędnicy nie kontrolowali nikogo innego, byliśmy jedynymi inostrańcami
na pokładzie.
Wylądowaliśmy w Elizowie, miasteczku oddalonym o 22 km od stolicy,
Pietropawłowska Kamczackiego.
Udaliśmy się na przystanek przed budynkiem aeroportu i miejskim
autobusem dojechaliśmy do elizowskiego awtowokzała, czyli dworca autobusowego.
Przed betonowym, odrapanym budynkiem dworca niewiele się działo, stało kilka
mikroawtobusów i taksówek. Początkowo chcieliśmy jechać do Paratunki,
aby następnego dnia zobaczyć słynne kamczackie baseny z wodą termalną.
Jednakże wobec braku możliwości skorzystania z komunikacji publicznej
(ostatni bus umknął nam kilkanaście minut wcześniej), postanowiliśmy
rozbić namiot gdzieś za miastem. Na miejsce noclegu wybraliśmy
niewysoką górę, spodziewając się o świcie widoków na wulkany.
W naszym obozie oczekiwaliśmy na Pawła, który miał do nas dotrzeć pojutrze.
Przywitał nas ciepły poranek, lecz powietrze niestety znów było nieprzejrzyste,
pewnie z uwagi na bliskość oceanu. Zastanawiałem się, kiedy fotografowie
robią te piękne zdjęcia, którymi zachwycałem się w Polsce oglądajac albumy...
Teraz widzieliśmy ledwie kontury wulkanów, jednak wrażenie i tak było duże.
Po tygodniu podróży na koniec świata dotarliśmy w miejsce,
które wcześniej oglądaliśmy w albumach oraz w internecie.
Czułem się niesamowicie, wypełniała mnie radość, i ten dreszcz emocji
znany każdemu, kto wyrusza w podróż i rozmyśla o najbliższych dniach.
Kamczackie klimaty.
Zaskoczyły nas dobre, japońskie samochody na ulicach, kontrastujące
z rozsypującymi się rosyjskimi autobusami. Zresztą nawet autobusy sprowadzane
są tu ostatnio z Japonii i Korei, co poznać można z daleka, nie tylko
po nowoczesnym wyglądzie, ale również po dużych napisach na karoseriach.
Na ulicach zadbane kobiety, o niepospolitej urodzie, najczęściej wysokie,
smukłe, o posturze modelki. Taka jest kamczacka norma!
Ulice dziurawe, chodniki, jeśli są, to toporne, wylane betonem...
Szybko uczymy się podstawowych zasad funkcjonowania w tutejszej rzeczywistości.
Kiedy wchodzisz do sklepu, czy budynku stacji autobusowej, zaraz za
progiem pod Twoimi nogami biegnie rura.
Dla ludzi z zewnątrz to sygnał:
Uważaj jak idziesz! Patrz się pod nogi!
Telefoniczne połączenia lokalne nic tu nie kosztują! Taki socjał
w wydaniu kamczackim. Ceny są na Kamczatce dwa razy wyższe niż w Polsce.
Owoce kosztują kilkakrotnie drożej (jabłka 150 rubli-> 5$-> 20 zł, wiśnie 200 rubli->
prawie 7$-> 28 zł), ponieważ przywozi się tutaj z Chin, Korei i
z południowoeuropejskiej części Rosji.
|