|
Dyrektor.
Przyjechaliśmy do Elizowa, żeby zorientować się w możliwościach
taniego przejazdu pod wulkany. Gdy wysiadaliśmy z autobusu, zagadnął nas pewiem
elegancki mężczyzna. Powiedział, że ma polskie pochodzenie,
usłyszał w autobusie, ze rozmawiamy po polsku i zapragnął
porozmawiać z krajanami (ziemliakami). Przedstawił się jako
dyrektor generalny elizowskiego awtowokzała (dworca autobusowego)
Leonid Pszewłocki. Dyrektor cechował się dużą przedsiębiorczością.
Z jego opowieści wynikało, że w najbliższym czasie wybudowany zostanie
nowoczesny dworzec autobusowy, co jest częścią większego projektu,
przebudowy placu otaczjącego dworzec.
Postarał się zawczasu o pozwolenia na prowadzenie
różnorakich interesów (tu wyjśnienie: każda działalność gospodarcza
w tym kraju wymaga szeregu trudnodostępnych zezwolń i licencji...)
i jest otwarty na pomysły, co do otwarcia biznesu.
Na dolnym piętrze nowego awtowokzała, które będzie miał do swojej dyspozycji,
planuje uruchomić sklepy i biuro podróży. Stara się również o modernizację
środków transportu i ostatnio doprowadził do zakupu sześciu używanych autobusów
w Korei, których lada dzień spodziewa się w Elizowie.
- Mamy świadomość niedoskonałości infrastruktury i naszych ułomności -
przekonywał Dyrektor - Chcemy to zmienić i pilnie poszukujemy inwestorów.
Wiemy, ze Kamczatka jest atrakcyjna dla turystów, musimy to wykorzystać.
Ośmielony samokrytycyzmem rozmówcy, zapytałem dosłownie i w przenośni,
czy w nowym budynku, również pod progiem będzie przebiegała rura,
o którą będą potykać się wchodzący.
- Teraz będzie inaczej, jesteśmy świadomi, że należy szanować klienta
i podnosić jakość usług. Nie, "rury" już nie będzie.
Dzięki pomocy pana Pszewłockiego, dwudziestokilkukilometrową trasę korytem
Suchej Rieczki, przejechaliśmy dość szybko na mikrikie (mikrobusem).
Kosztowało to nas 10$, co było sporym sukcesem, zważywszy że negocjacje
z dyrektorem taksiparka (firmy taksówkowej) zaczęły się od 50$. Uważam, że były to bardzo
dobrze wydane pieniądze. Pieszo męczylibyśmy się w skwarze, z ciężkimi plecakami
idąc po monotonnej i długiej drodze.
Fiedia.
Kierowcą naszego mikrika był Fiedia, myśliwy, rybak i przewodnik.
Zagadnąłem go o niedźwiedzie.
- Poluję dwa razy w roku. Jednorazowe pozwolenie (licencja) na odstrzał
miszki kosztuje 500$. Po upolowaniu należy wypełnić specjalny formularz, w którym
podaje się płeć, masę oraz miejsce zabicia. Mięso przed spożyciem należy poddać
badaniu, ponieważ większość niedźwiedzi ma włośnicę. Wiaże się to z koniecznością
transportowania sztuki do cywilizacji, co jest bardzo uciążliwe i w kontekście
faktu, że mięso niedźwiedzia ma zapach psiny (nie spytałem Fiodora, skąd o tym wie),
nie warto go spożywać. Myśliwy zdejmuje skórę z łbem jako trofeum a mięso pozostawia.
Nasz mikrobus dzielnie się spisywał na nierównej drodze korytem rzeki,
jednak skapitulował przy pierwszym większym podjeździe na dość stromą łachę śniegu.
Trudno, resztę trasy pokonaliśmy pieszo, zresztą i tak było już niedaleko.
Pod przełęczą.
Mieliśmy piękną pogodę, dzięki bezchmurnemu niebu mogliśmy podziwiać
w całej krasie dymiący lekko wulkan Awaczyński i strzelistą sylwetkę
Koriackiego. Pod przełęczą ujrzeliśmy rosyjską infrastrukturę
turystyczną, którą stanowiły dość obskurne baraki. Dziwiło nas to trochę,
ponieważ przy tak łatwo dostępnej lokalizacji wzniesienie schroniska,
czy solidnej bazy, nie powinno stanowić większego problemu. Zwłaszcza
że domasznie wulkany, są punktem programu wielu wycieczek zagranicznych.
Naczelnik z firmy KAMCZATINTUR, którego spotkaliśmy w jednym z baraków,
rzeczowo objaśnił nam przebieg trasy na wulkan Awaczyński.
Wynikało z tego, że wejście na szczyt zajmuje sześć godzin, zaś zejście
trzy-cztery godziny. Do pokonania jest 1800 metrów przewyższenia.
Wędrówka na Awaczyński.
Następnego dnia o 9.30 wyruszyliśmy na nasz pierwszy kamczacki wulkan.
Na początku należało przekroczyć koryto Suchej Rieczki, która wbrew noszonej
przez siebie nazwie, kipiała tu wartkim nurtem. Jej dolina wypełniona była śniegiem,
który wypłukany w środkowej części przez rzekę tworzył szeroką na metr szczelinę.
Spojrzenie w głąb dawało wyobrażenie o grubości zalegającej tu warstwy śniegu,
która wynosiła około dwóch-trzech metrów.
Po pokonaniu tej pierwszej przeszkody wspinaliśmy się na ramię łagodnego grzbietu
wiodącego pod sam stożek Awaczy. Jako że była sobota, po drodze minęliśmy kilka grup
rosyjskich turystów. Na wysokości około 2040 metrów napotkaliśmy niewielką stalową
szopę, obok której odpoczywała liczna, ponad dwudziestoosobowa ekipa Rosjan.
Co ciekawe, obok szopy ustawiona była antena, co sugerowało możliwość radiowego
kontaktu z turbazą.
Wśród Rosjan panowało zamieszanie, jak się później dowiedzieliśmy, wzywali pomoc,
ponieważ jednemu chłopakowi przydarzył się nieszczęśliwy wypadek.
Usiadł on na niestabilnym kamieniu i spadł wraz z nim kilka metrów w dół,
przy czym uderzył się w głowę i w wyniku urazu stracił przytomność.
|
Problem został najwidoczniej szybko rozwiązany, ponieważ po niedługim czasie
grupa kontynuowała wspinaczkę. Wkrótce doszliśmy do podnóża stromego, młodego stożka,
który ukształtował się wewnątrz starego krateru. Czekał nas teraz ostatni etap,
którym było strome, trzystumetrowe podejście po osypującym się ruchomym pumeksie.
Ścieżka wiła się teraz licznymi zakosami, wśród brunatnoczerwonych kamieni,
łagodząc stromość zbocza. W partii szczytowej można było pomóc sobie
chwytając linę, przywiązaną do wielkiego głazu. Było bardzo stromo,
a idąc w kierunku głazu miało się wrażenie, że ten zaraz zacznie toczyć się w dół.
Krater.
Zmęczeni, lecz szczęśliwi stanęliśmy na szczycie, zajęło nam to 4,5 godziny.
Przed sobą mieliśmy rozległy krater o ścianach koloru czerwonego,
wypełniony czarną bazaltową lawą, niczym korkiem, spod którego buchała
para wodna zmieszana z siarkowodorem (zapach zgniłych jaj).
Przedstawienie było bardzo interesujące!
Liczne fumarole buchały siarkowymi oparami, pokrywając otaczającą je skałę
żółtym osadem.
|
 |
Wulkan Awaczyński (2751 m)
Jest jednym z najaktywniejszych wulkanów Kamczatki,
w ciągu ostatnich 250 lat dawał o sobie znać 13 razy.
Ok 4 tys. lat temu, w rezultacie silnego wybuchu
górna część stożka uległa rozerwaniu, w wyniku czego
Awaczyński stracił ok. 1/3 swej wysokości.
Z biegiem czasu wewnątrz starego stożka ukształtował
się nowy, o wysokości 700 m.
Przedostatni wybuch wulkanu miał miejsce w 1945 roku,
i przebiegał ok. 7 godzin. W ciągu tego krótkiego
czasu wulkan wyrzucił ok. 300 mln. ton pyłu.
Do 23 stycznia 1991 roku krater miał formę leja
o średnicy 350 m. i głębokości 220 m.
Tego dnia...
|
|
|
Zapach gazów nie był bardzo intensywny i nie przeszkadzał nam oddychać.
Minęliśmy fumarole w drodze ku głębokiej szczelinie skalnej, z której wydobywało się
najwięcej dymu. Czuliśmy się niesamowicie. Oto byliśmy świadkami zjawisk, które
kiedyś stanowiły nieco abstrakcyjny temat lekcji geografii.
Dotykalismy zastygłej lawy, która wydostała się na powierzchnię Ziemi
z niewyobrażalnej głębokości kilkudziesięciu kilometrów!
Przeszliśmy na korek lawowy, który porozcinany był głębokimi szczelinami.
Im bardziej zbliżaliśmy się do centralnej części, tym szczeliny były coraz
bardziej przepastne, tworząc w końcu kilkumetrowej głębokości mini wąwozy.
Tymczasem Rosjanie wznosili wódką toasty za udane wejście przy dźwiękach muzyki
płynącej z małego magnetofonu. Życzyłem im bezpiecznego zejścia.
Nie dość, że byli słabo wyposażeni, bo niektórzy weszli tu w butach sportowych
a nawet gumiakach, nie dość, że jeden z nich odniósł już kontuzję,
to niefrasobliwie popijali wódkę. Cóż, co kraj to obyczaj.
Jak wejść na Koriacki?
Wśród Rosjan byli przewodnicy, których zapytaliśmy o trasę na Koriacki.
Powiedzieli nam, że nie prowadzi tam żadna ścieżka turystyczna, w rozumieniu tej,
którą weszliśmy na Awaczyński. Jest za to kilka dróg dla bardziej doświadczonych turystów,
zaopatrzonych w raki i czekany.
Generalnie radzono nam, byśmy skorzystali z usług przewodnika,
bądź dołączyli do innej grupy idącej na Koriacki.
Wieczorem, gdy byliśmy już w namiocie, chroniąc się przed
atakiem agresywnych komarów, odwiedził nas jeden z Rosjan, z którym rozmawialiśmy
wcześniej na szczycie wulkanu Awaczyńskiego. Miał on dla nas dobrą wiadomość.
Otóż następnego dnia na interesujący nas wulkan miała iść grupa sześciu Niemców
rosyjskim gidem.
Udaliśmy się do obozu Niemców, aby porozmawiać z ich przewodnikiem.
Był nim Igor Kazancew, pracownik firmy Kamchat Travel Group. Stwierdził on,
że oficjalne dołączenie nas do grupy wiąże się ze zbytnimi formalnościami,
a nie może się odbyć bez wiedzy jego szefa. Zapytał, czy dysponujemy
rakami i czekanami, ponieważ w partii szczytowej będzie trzeba ich użyć.
Po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi zaproponował,
byśmy jutro poszli po prostu po jego śladach jako oddzielna grupa.
|