|
Wejście na wulkan Koriacki - dzień pierwszy.
Wstaliśmy wcześnie rano, żeby nie przegapić wyjścia Niemców. Dzień zapowiadał się upalnie
niebo było bezchmurne a naprzeciw nas wznosiły się dwie piękne góry.
Część ekwipunku zapakowaliśmy w torby i oddaliśmy na przechowanie naczelnikowi turbazy
KamczatIntur-u. Byliśmy zaskoczani, gdy naczelnik, zaptyał nas o szczegóły naszych planów,
poprosił byśmy sprecyzowali kiedy zamierzamy wrócić i zarejestrował to wszystko wraz z naszymi danymi w specjalnym zeszycie.
Powiedział, że w przypadku, gdy nie pojawimy się o czasie, wezwie służbę ratowniczą.
Proszę, pełna cywilizacja! Powiedzieliśmy, że wrócimy za dwa dni o 20.
Tak więc zaczęła sie nasza kolejna kamczacka przygoda.
Niemcy wyszli o wpół do dziewiątej, my zaś godzinę po nich.
Zmierzaliśmy w stronę przełęczy między wulkanami,
początkowo po lekko wznoszacym się terenie pokrytym trawą.
Doszliśmy do lodowcowej rzeki i skręciliśmy na lewo w jej dolinę. Trawa zniknęła, szliśmy teraz
po kamienistym terenie, zbliżając się do lowcowego, wysokiego na kilkanaście
metrów, progu. Po wspięciu się na lodowiec zauważyliśmy w oddali odpoczywających Niemców.
Znajdowaliśmy się w kuluarze między dwoma grzebieniami skalnymi.
Do pokonania mieliśmy jeszcze jeden próg i dalej po stromym polu śnieżnym wspięliśmy się
na prawy grzebień naszego kuluaru. W ten sposób znaleźliśmy się na niewielkiej przełączce, na której,
jak się domyśliliśmy, miał być nocleg.
Na przełęczy znajdowały się ogromne bazaltowe bloki - bomby wulkaniczne - wielkości namiotu,
które w przeszłości zostały wyrzucone z krateru.
Dawało to wyobrażenie o potędze erupcji, i wzbudzało szacunek dla sił przyrody.
Nieopodal nas wznosił się niewielki czerwony pagórek pokryty drobnym żużlem, chyba
jeden z bocznych kraterów. Ładnie widać było z niego wulkan Awaczyński, który z tej
perspektywy nieodparcie kojarzył się z zebrą. Patrząc na jego wyniosłą sylwetkę,
przyozdobioną płatami śniegu ogarniał nas podziw, dla tego wyjątkowego krajobrazu.
Spoglądaliśmy też w kierunku szczytu Koriackiego, który nie wydawał się teraz taki
stromy, jak poprzednio, kiedy obserwowaliśmy go z turbazy. Oczywiście było to tylko
złudzenie wywołane ogromem sylwetki tej góry, czy też naszą małością.
Jedno było pewne: do szczytu było jeszcze bardzo daleko.
Miejsce na nocleg było wyśmienite, tuż poniżej przełączki,
po drugiej stronie żebra wulkanu, spływal niewielki lodowcowy strumyk, tak więc
nie cierpieliśmy na brak wody.
Przyrządziliśmy sobie kolację, standardowo: kaszę gryczaną, proteinę sojową i sos,
i położyliśmy się spać, gdyż następnego dnia czekała nas długa droga.
Wejście na wulkan Koriacki - dzień drugi.
O wpół do dziewiątej ruszyliśmy w drogę. Teraz mieliśmy iść skalnym żebrem.
Dość szybko wspięliśmy się na nie z naszej przełączki, i po kamienistej ścieżce,
pokrytej sypkim brązowym żużlem, pięliśmy się do góry.
Z żebra wyrastały wysokie skały, które należało omijać trawersami.
Przed jedną z większych skał straciliśmy ze sobą kontakt. Paweł obszedł
ją z prawej strony po bardzo sypkim i stromym piargu, Damian z lewej,
ja zaś niepotrzebnie wspiąłem się na nią: kończyła się bowiem kilkumetrowym
obrywem. Należało zawrócić i strawersować skałę z lewej strony (tak zrobili
Niemcy, czego nie widzieliśmy). Trawers nie był zbyt przyjemny.
Wiódł stromym zboczem, pokrytym ruchomymi płytami, przesuwającymi się pod nogami
ze złowieszczym chrzęstem. Jednak z każdym krokiem bliżej było do skalnej półki,
na której zrobiliśmy przerwę.
Wspinaliśmy się dalej po sypkim gruncie mając po prawej stronie rozległe pole śnieżne
po którym szli Niemcy.
Ważyliśmy każdy krok, ponieważ cena za pomyłkę mogła być wysoka, jeśli nie najwyższa.
Z grzebienia skalnego, na którym się znajdowaliśmy spadło kilka kamieni,
na szczeście Niemcy zdążyli się w porę usunąć.
|
Przewodnik Igor znacznie wyprzedził swoją grupę, co trochę nas dziwiło, wszak miał
spełniać rolę jej opiekuna. Im wyżej podchodziliśmy, tym nachylenie stoku było coraz większe.
W pewnym momencie należało podjąć decyzję, czy idziemy niebezpieczną granią
po niestabilnym podłożu, czy też nakładamy raki i idziemy polem śnieżnym.
Początkowo wybraliśmy drugi wariant i po kilku minutach trawersowaliśmy śnieżne pole
zmierzając w stronę Igora, aby dalej pójść jego śladem. Szybko okazało się,
że pod cienką warstwą śniegu jest twardy lód. Wbijanie w niego raków przy tym
nachyleniu stoku stało się niebezpieczne.
Szliśmy w ciszy. Gęsta mgła, otuliła nas szczelnie białym płaszczem tak,
że nie było nic widać. Dzięki delikatnemu wiatrowi, który rozproszył na
chwilę białą zasłonę zobaczyliśmy Niemców: wspinali się niczym po schodach!
Stromizna była podobna do tej na Przełęczy Świnickiej!
Ogarnęła nas atmosfera odrealnienia.
Panującą ciszę przerywał tylko szczęk czekanów wbijanych w śnieg i lekki powiew wiatru.
Nasze mózgi informowały nas, że znajdujemy się wysoko na ogromnej górze,
a pod sobą mamy głęboką przepaść.
|
 |
Wulkan Koriacki (3458 m)
Jest dość spokojnym wulkanem. Ostatni przejaw
jego aktywności tutejsi mieszkańcy obserwowali
w latach 1956-57. Na zachodnim stoku
wulkanu powstała wówczas szczelina długości 500
i szerokości 10-15 metrów, z której zaczęły wydostawać
się gazy i popiół.
Awaczyńsko-Koriacka grupa wulkanów
Znajduje się w południowo-wschodniej części Wschodniego
pasa wulkanicznego, 25 km na zachód od brzegu Oceanu Spokojnego.
Grupa składa się z pięciu wulkanów rozciągających się łańcuchem
w kierunku północno-zachodnim. Od południowego-wschodu są to...
|
|
Trudno było w to uwierzyć, w obecnej chwili nie dysponowaliśmy możliwościami
potwierdzenia tego faktu. Nie byliśmy też w stanie ocenić, jaki dystans
pozostał nam jeszcze do pokonania.
Szliśmy w grupie, a jednak samotni, zmagając się na własne ryzyko i własną
odpowiedzialność z podjętym wyzwaniem.
Nagle usłyszeliśmy krótki krzyk. To Damian stracił przyczepność i osuwał się ze stoku.
Na szczęście po jakichś 12 metrach udało mu się wyhamować. Znieruchomiałem przestraszony.
Upadek z takiej wysokości mógł zakończyć się tragicznie.
Podjąłem decyzję powrotu na grań. Ruchome kamienie pod nogami wydawały mi się o wiele
przyjazniejsze niż zdradliwy lód.
Zanim doszedłem do grani, zauważyłem nieduży kominek utworzony przez dwa
skalne grzebienie wystające z lodu.
Aby nie trawersować dłużej lodowego stoku wszedłem między te skały.
Było stromo; idąc w górę z ledwością mogłem zgiąć
nogę w kostce tak, aby wszystkimi kolcami raków przywrzeć do podłoża.
Dotarliśmy w końcu zadowoleni do śnieżnego plateau, które potraktowaliśmy
jako szczyt. Tym niemniej powiew silnego wiatru, który rozwiał na chwilę mgłę,
pozwolił nam się przekonać, że przed nami jeszcze około 100 metrów
podejścia.
Skierowaliśmy się w górę mijając Niemców, którzy... stracili ducha walki
i zrezygnowali ze zdobycia szczytu! Zadowoliło ich zapewnienie Igora,
że na szczycie nie ma nic ciekawego, że przy tej pogodzie i tak nic nie zobaczą.
Wspinając się stromą ścieżką poczułem w pewnym momencie,
że blok skalny, mój trzeci punkt podparcia, jest ruchomy.
Próbowałem przytrzymać go nogą, główkując jednocześnie,
czy mogę go bezpiecznie puścić w dół - wydawało mi się że widziałem kogoś
idącego za mną. Nagle blok (o masie około 30 kg) oderwał się i z głuchym stukotem
potoczył w dół (pewna doza niepewności pozostała we mnie aż do zejścia,
kiedy to napotkaliśmy wszystkich wspinaczy w komplecie).
W najwyższym punkcie Koriackiego stojąc po pas w śniegu sfotografowaliśmy
się z polską flagą.
Zeszliśmy inną drogą: piarżystym kuluarem, potem zjechaliśmy na nogach
po polu śnieżnym. Niemcy schodzili początkowo po swoich "schodach", potem
poszli za naszym przykładem. W obozie posililiśmy się nieco,
po czym zwinęliśmy namioty i wieczorem, po dwudziestej pierwszej, byliśmy w turbazie.
Szef turbazy, mimo naszego godzinnego spóźnienia, nie wzywał po nas jeszcze helikoptera.
Ok. 23. zeszli Niemcy i od razu postanowili jechać na północ, wynajętą ciężarówką marki Ural.
Nocleg zaplanowali w wiosce Małki, słynącej ze źródeł termalnych.
Ich punktem docelowym była Kluczewska Grupa Wulkanów.
Korzystając z okazji, zabraliśmy się z nimi do Elizowa i około trzeciej
w nocy byliśmy na biwaku pod "naszą" elizowską górką.
|