|
Pietropawłowsk. Przygotowania do wyprawy.
Po powrocie z Mutnowki do Pietropawłowska mieliśmy do załatwienia kilka spraw związanych
z wyjazdem na Kluczewską Sopkę. Musieliśmy załatwić sobie kaski ochronne,
co zalecali nam rosyjscy przewodnicy napotkani jeszcze pod Awaczyńskim.
Brakowało nam także jednego czekanu dla Pawła. Od przewodników dostaliśmy numer kontaktowy
do pietropawłowskiego klubu turystycznego, dysponującego ponoć kaskami hokejowymi.
Niestety, okazało się, że interesujący nas sprzęt został już wypożyczony.
Doradzono nam, abyśmy odwiedzili sklep AlpinIndustria, znajdujący się niedaleko Silueta,
jednego z centralnych skrzyżowań, może tam uda nam się kupić tanio potrzebne przyrządy.
Chcieliśmy uniknąć wydawania pieniędzy na jednorazową wycieczkę, o czym szczerze
poinformowaliśmy obsługę sklepu. Nie zraziło to pracowników, którzy
zadzwonili do swojego szefa, i uzyskali zgodę na wypożyczenie nam
jego własnego czekana (bez opłat, za kaucją zwrotną w wysokości 50$).
Odnośnie kasków, poradzili nam, byśmy udali się na jakąś budowę i pożyczyli je od robotników.
Pomysł wydał nam się sensowny, więc energicznie zabraliśmy się do jego realizacji.
Pierwsze dwie strojki były 150 metrów od Silueta. Poczciwy brygadzista
wydał nam bez problemu jeden kask.
Trudniej nam było znaleźć kolejne budowy,
bo jakoś nie wydawało nam się, żeby wznoszono w tym mieście nowe budynki.
Z kolei porzucone place budów, raziły z daleka niedokończonymi szkieletami konstrukcji.
Znaleźliśmy jednakże kolejną budowę i po krótkiej rozmowie z brygadzistą
otrzymaliśmy dwa brakujące kaski.
Byliśmy pod wrażeniem prostoty i uczynności tych ludzi. W naszej cywilizacji
Zachodu, tego typu zachowanie zdarza się bardzo rzadko. Tutaj pomagali nam wszyscy.
Kolejną kwestią, którą się zajęliśmy, było poszukiwanie zakładu fotograficznego,
który podejmie się wysuszenia i oczyszczenia obiektywu w nieszczęsnym aparacie.
Najwyraźniej wewnątrz konstrukcji obiektywu zgromadził się osad rdzy,
ponieważ nie można było poruszać pierścieniami.
Mikołaj, udostępnił nam książkę telefoniczną, z której wypisaliśmy
numery kontaktowe zakładów. Pojechaliśmy do Silueta, gdzie zainteresował się
nami jeden ze stojących tam cinkciarzy.
Wytłumaczył nam, gdzie mieści się najbliższy zakład serwisujący urządzenia elektroniczne.
Przez kilka następnych godzin odwiedzaliśmy kolejnych fachowców.
Niestety ludzie ci rozkładali bezradnie ręce i mówili, że mogą spróbować
rozłożyć i przeczyścić obiektyw, jednak zajmie to kilka dni.
Z kolei pewien fotograf stwierdził, że wolałby w takiej sprawie poszukać pomocy w Moskwie.
Po kilku godzinach bliscy rezygnacji wróciliśmy na Siluet i zauważyliśmy
znajomego cinkciarza, który przywołał nas gestem dłoni.
Przedstawił nam niewysokiego człowieka, miejscowego designera wnętrz.
Ten, po krótkiej rozmowie ze swoim kolegą, pracownikiem salonu z elektroniką,
powiedział, że chyba uda nam się naprawić aparat.
Poszliśmy wspólnie do salonu, gdzie przyjął nas sympatyczny trzydziestolatek
i po obejrzeniu aparatu, zgodził się podjąć naprawy.
Mówił, że udało mu się już kiedyś naprawić wadliwie pracujący obiektyw.
Następnego dnia mieliśmy dowiedzieć się o efekty jego pracy.
Aparat fotograficzny został naprawiony w zamian za obietnicę przywiezienia
kamienia z Kluczewskiej. Mieliśmy już kaski oraz brakujący czekan. Pozostało
tylko kupić bilety na autobus do Kozyriewska i uzupełnić zapasy pożywienia.
Przepakowaliśmy nasze bagaże, upychając w nich jedzenie na dziewięć dni.
Część zbędnych rzeczy postanowiliśmy pozostawić na przechowanie u Mikołaja.
Po trzech dniach spędzonych w Pietropawłowsku wyruszyliśmy na północ
po naszą największą górską przygodę.
Jedziemy do Kozyriewska.
Na dziesiąty kilometr, gdzie mieści się dworzec autobusowy, dojechaliśmy przed ósmą.
wkrótce podjechały dwa niewielkie autobusy firmy Optimus marki PAZ
i kierowcy pomogli nam złożyć bagaże. Czekała nas długa, dziesięciogodzinna podróż
do Kozyriewska (600 km, cena biletu 500 rubli)
Kilkadziesiąt kilometrów za miastem skończył się asfalt kusok sobaczej radosti,
i odtąd jechaliśmy drogą szutrową. Tuż za rowami teren porastała tajga, raz
gęsta, nie do przebycia, to znów świetlista, porośnięta starymi drzewami,
poprzecinana dziesiątkami rzek i strumieni.
Mieliśmy krótką przerwę w Milkowie, gdzie pasażerowie posilili się w przydrożnej restauracji.
W końcu późnym popołudniem dotarliśmy do celu. Kozyriewsk ukazał nam się jako duża wieś
z drewnianymi parterowymi domami, jakie zobaczyć można jeszcze w starych
polskich wioskach. Są tam rownież mini bloki - drewniane jednopiętrowe (dwuchetażnyje).
Wysiedliśmy przed pocztą. Wraz z grupą czterech Czechów postanowiliśmy poszukać
transportu w stronę wulkanów.
Od razu zainteresowali się nami kierowcy miejscowych ciężarówek, którzy proponowali
nam swoje usługi.
Kurs na tzw. Kopyto, dogodny punkt startu trekkingu w stronę Kluczewskiej Sopki,
oddalony o 40 km od wioski, kosztował 100$.
Wariant przejazdu 70 km na południowy-wschód, do byłej sejsmostancji Leningradzkaja
położonej u podnóża Płoskiego i Ostrego Tołbaczików, kosztował 200$.
Dogadaliśmy się wstępnie z kierowcą Ziła na przejazd pod Tołbacziki za 150$,
jednak nadal szukaliśmy tańszego transportu. Kiedy szliśmy z Czechem-Peterem
na posterunek milicji, w celu zarejestrowania się, zagadnęliśmy
wlaściciela mijanego przez nas traktora, czy zgodziłby się zawieźć nas pod wulkany.
Traktorzysta początkowo wahał się, jednak przystał na propozycję,
mówiąc, że co do szczegółów, porozmawiamy wieczorem. Kierowcy ZIŁ-a, który odwiedził
nas wieczorem powiedzieliśmy, że rezygnujemy z jego usług.
Wieczór nad Kamczatką.
Miejscowi powiedzieli nam, że najlepszym miejscem na nocleg jest polana za wsią,
tuż nad malowniczymi brzegami Kamczatki. Gdy się tam znaleźliśmy i wybraliśmy dogodne
miejsce na rozbicie namiotów, pojawiły się komary, miliony żarłocznych komarów!
Trzeba było natychmiast się ubrać i włożyć moskitiery. Było naprawdę nieciekawie...
Nocą traktorzysta z pomocnikiem przynieśli nam dwie wielkie ryby,
czywycze. Zaproponowali, abyśmy z jednej ryby ugotowali uchę (zupę rybną).
Czesi zajęli się drugą rybą, którą po oczyszczeniu owinęli w folię aluminiową
i umieścili w żarze.
I tak o pierwszej w nocy zabraliśmy się do pracy. Nie mieliśmy odpowiednio dużego
garnka na zupę, ani ziemniaków, lecz uczynni Rosjanie postarali się o wszystkie niezbędne rzeczy.
Gdy oczyszczaliśmy mięso nad rzeką Kamczatką, słyszeliśmy wśród szumu rzeki
ciche nawoływania rybaków i plusk wioseł. Odbywał się właśnie nielegalny połów.
Pomocnik traktorzysty, powiedział nam abyśmy w przypadku kontroli przez milicję,
na pytanie o pochodzenie przyrządzanych przez nas ryb odpowiedzieli, że kupiliśmy je we wsi...
Najważniejszym składnikiem zupy jest rybia głowa, której tłuszcz nadaje
potrawie cały smak. Pozostałe składniki, to oczywiście reszta mięsa, pokrojone ziemniaki,
i cebula ze szczypiorem.
Komary nie dawały nam spokoju. Dokładaliśmy do ogniska świeżą trawę,
i w gryzącym dymie mieszaliśmy patykiem zawartość kociołka.
Efekt naszej pracy był iście imponujący - najsmaczniejsza ucha na Kamczatce!
Niestety nie dane nam było spożyć jej w spokoju, ponieważ komary nie rezygnowały z ataku.
Topiły sie w zupie, a my nie nadążając ich usuwać i połykaliśmy je ze złością...
Kierowca ZIŁA rozdaje karty.
Rano obudził nas ryk silnika jakiejś ciężarówki, która zatrzymała się pod
naszymi namiotami. To nadjechał ZIŁ-em człowiek, z którym pertraktowaliśmy wczoraj
na temat transportu. Kierowca poinformował nas, że traktorzysta nie pojedzie
pod wulkany. Ani dziś, ani jutro, ani pojutrze.
Ma dużo pracy i nie może się zwolnić. Czyżbyśmy poniesli porażkę?
Czesi udali się do wsi, aby sprawdzić tą wiadomość, a kierowca ZIŁ-a po prostu czekał...
I oczywiście się doczekał!
Czesi po powrocie ze wsi potwierdzili jego słowa. Jako że zdołaliśmy zbić
nieco cenę za przejazd, postanowiliśmy pojechać ZIŁ-em. Czesi kierowali się pod
Tołbacziki. Nam bardziej odpowiadało znalezienie się na Kopycie. Jednakże
wyjazd wspólnie z Czechami był dla nas atrakcyjniejszy cenowo, więc
udaliśmy się z nimi do sejsmostancji Leningradzkaja.
Ku Tołbaczikom.
Wiekszość drogi wiodła przez piękny stary las, wyprowadzając nas na
koniec na rozleglą pustynię pokrytą czarnym wulkanicznym pyłem.
Tołbacziki (Płoskij i Ostryj) pokryte śniegiem, były od nas oddalone
"na wyciagnięcie ręki". Iście księżycowy krajobraz urozmaicało szereg
pomniejszych sopek w "bełchatowskich" kolorach: od czarnego przez
szary do czerwonego. W 1976 roku Płoskij Tołbaczik wyrzucił ogromne ilości
materiału. Popół wulkaniczny pokrywał okolicę warstwą grubą na kilkadziesiąt
centymetrów. I właśnie po tym popiole maszerowaliśmy godzinę później
na północ, w stronę Kluczewskiej.
Nocleg spędziliśmy spoglądając na wulkan Balszaja Udina (2920).
|
 |
Kluczewska Grupa wulkanów
Położona jest w dolnym biegu rzeki Kamczatki, po wschodniej stronie,
w łuku jaki tworzy rzeka skręcając na wschód ku Oceanowi Spokojnemu.
Jest to jedno z największych skupisk wulkanów na Kamczatce, zajmuje
powierzchnię 6,5 tys km2. Stanowi je czternaście wulkanów, z których
cztery uważa się za czynne.
Przestrzenie między wulkanami Kluczewskim, Kamieniem i Uszkowskim
wypełnione są lodem i firnem. Centralna część pola jest prawie równa
i tylko po stronie północnej, u źródeł Lodowca Ermana, i po południowej,
u źródeł Lodowca Bogdanowicza posiada niewielkie nahylenie. W pokrywie
lodowej są silnie rozwinięte szczeliny ogromnych rozmiarów, niżej
obserwuje się nagromadzenie brył i ogromnych bloków lodu, co wskazuje
się na przemieszczanie sie lodowców w dół doliny.
Zobacz zdjęcie Kluczewskiej Grupy Wulkanów wykonane z kosmosu
|
|
W stronę Kluczewskiej.
Kolejnego dnia po dwunastogodzinnym marszu dotarliśmy pod południowo - zachodnie stoki
strzelistego Kamienia 4579 m. Jest to wulkan wygasły, w przeciwieństwie
do niższego od niego o 1600 metrów wulkanu Bezimiennego, który wyrzuca
z siebie kłęby gęstego dymu.
Kluczewskiej Sopki jeszcze nie widzieliśmy, ale pióropusz białego dymu, unoszący
się zza Kamienia potwierdzał to, czego dowiedzieliśmy się wcześniej,
że wulkan uaktywnił się. Siedzieliśmy wieczorem przed namiotem i rozglądaliśmy się wokół.
Otaczał nas "kłassnyj piejzaż", jak mawiają Rosjanie.
Ku kraterowi Pierewalnemu.
Dotarliśmy do Lodowca Bogdanowicza i postanowiliśmy trawersować go tak,
by znaleźć się na jego zachodniej stronie. Lodowiec jest czarny, pokryty
wulkanicznym pyłem i pumeksem. Poprzecinany niezliczoną ilością przepastnych
szczelin, wydawał się nie do przebycia. Zwały lodu mijaliśmy z lewej strony
i żużlowo-lodowymi grzbietami doszliśmy na ogromne lodowe plateau okolone
wulkanami: Uszkowskim, Średnim, Kluczewskim i Kamieniem.
Wieczór spędziliśmy przy ognisku na niewielkim kraterze Pierewalnym.
Jest tam lądowisko dla wiertaliota, miejsce na biwak z drewnem, korą
przydatną do rozpalenia kastra, oraz benzyną w butelkach.
Podejście pod Kluczewską.
Z Krateru Pierewalnego po dwuipółgodzinnym marszu, doszliśmy do przełęczy między
Kluczewską i Kamieniem, (wysokość 3300 m n.p.m.).
W drodze na przełęcz usłyszeliśmy ludzkie głosy i... ujrzeliśmy po chwili
naszych znajomych Niemców z ich przewodnikiem Igorem!
Była to dla nas miła niespodzianka, ponieważ mogliśmy zapytać o szczegóły
dotyczące wejścia na Kluczewską. Igor poinformował nas, że wejście zajmuje 8 godzin,
zejście sześć. Najlepiej wyjść o piątej rano. Trzeba bardzo uważać na kamienie
staczające się ze zboczy wulkanu, a na szczycie unikać wdychania oparów.
Życzyliśmy sobie powodzenia i pożegnaliśmy się.
Na przełęcz doszliśmy przed południem, tak więc mieliśmy pół dnia wolnego,
który spożytkowaliśmy na wyjścia rekonesansowe na skłon wulkanu oraz regenerację
sił.
W czasie wycieczki po przełęczy, doszedłem do głębokiej na kilka
metrów szczeliny, wewnątrz której zaobserwowałem lodowe formy naciekowe:
sople przypominające organy, a pod nimi lodowe stalagmity. Idąc żużlowymi
grzbietami w górę napotkałem kamienne kopczyki z czerwoną szarfą.
Tym szlakiem postanowiliśmy wyjść jutro w kierunku szczytu.
|