|
Jedziemy do Ust-Kamczacka.
Postanowiliśmy zobaczyć Samyj kraj Rossii, Tichyj Okiean", dlatego
autostopem wybraliśmy się do byłego miasta, obecnie niewielkiej wioski (3000
mieszkańcow) Ust-Kamczacka. To tutaj najdłuższa kamczacka rzeka Kamczatka
wpływa do Oceanu Spokojnego. Wieś jest położona w strefie granicznej, z tego
powodu należy uzyskać w FSB pozwolenie na wjazd do tego rejonu - my takiego
pozwolenia nie mieliśmy.
Sześćdziesiąt kilometrów przejechaliśmy mikrobusem z brakanierami
nielegalnymi rybakami. Droga krajowa Kluczi-Ust-Kamczack mogłaby spokojnie
być trasą przejazdu jakiegoś rajdu samochodów terenowych! Jadące nią auta
wzbijają tumany pyłu, początkowy odcinek to niespotykane wertepy. Po drodze
zaprzyjaznialiśmy się z naszymi kierowcami obalając butelkę wódki. Jechliśmy
z Wołodia o twarzy Indianina i jego synem, który początkowo prowadził.
Ojciec był pijany jak bela, po kolejnej przerwie technicznej spowodowanej
całkowitym wyciekiem wody z chłodnicy, postanowił siaść za ruliom,
chwycił za kierownicę. Trzeba przyznać że był dobrym kierowcą: pędził
po wertepach jak szalony i względnie utrzymywał kurs. Na szczeście po około
10 km maszina snowa slamalas (zepsuła się) i przesiedliśmy się do
towarzyszącego nam dżipa. Mikrobusa znów poprowadził syn.
Dojechaliśmy do awtostojanki i tam spędziliśmy noc słuchając
opowieści o polowaniach na niedzwiedzie, o nielegalnej rybałce,
o życiu brakanierów.
Władze kontrolują bowiem rybołówstwo wyznaczając terminy połowów na
określone gatunki. Obowiązującego prawa strzeże specjalna milicja rzeczna,
wyposażona w samochody terenowe, motorówki i helikoptery, której zadaniem
jest monitorowanie rzek. Rybacy, którzy nie przestrzegają przepisów, są surowo
karani.
Oczywiście system ten nie jest szczelny, ba jest przeżarty korupcją!
Przygoda na końcu świata.
Do Ust Kamczacka dotarliśmy dopiero o osiemnastej ciężarowym Kamazem.
Miejscowość stanowi obecnie obraz nędzy i rozpaczy: opuszczone domy straszące
pustymi oczodołami okien, góry złomu walające się dosłownie wszędzie.
Krajobraz zdominowany jest przez ogromne dźwigi portowe, zabudowę stanowią
małe drewniane domki parterowe; przy głównej ulicy Lenina stoją wielorodzinne,
jednopiętrowe domy drewniane.
Odwiedziliśmy kilka magazinow, przeszliśmy główną ulicą do placu
Lenina z niewielkim pomnikiem wodza. Zmierzaliśmy w kierunku oceanu kiedy
podjechał do nas metalizowanym Nissanem Safari pewien facet i zaczął wnikać
kim jesteśmy, w jaki sposób i skąd przyjechaliśmy.
Pod wpływem pytań tego człowieka owładnął mną dziwny niepokój. Spróbowałem
zmienić temat, i naiwnie poprosiłem faceta o wskazanie, w którym kierunku
należy pójść, aby dojść do majaka, czyli do latarni morskiej.
- Do jakiej latarni morskiej? - zainteresował się nasz rozmówca.
- Noooo, słyszeliśmy, że jest tu latarnia morska, chcieliśmy ją zobaczyć,
tak po prostu jako ciekawostkę...
- A, czy widzieliście już dzielnicę Pagodnyj? Nie? To zaraz zobaczycie,
za chwilę przyjedzie samochód i was tam zawiezie.
Mówiąc to, facet wyjął radiostację i dokąś zadzwonił, po chwili zaś rzekł:
- Zaraz przyjedzie po was milicja.
Zawieziono nas na kraj wsi do dzielnicy Pagodnyj, której widok wprawił nas w zdumienie.
Ujrzeliśmy tam bowiem kolorowe bloki mieszkalne. Na Dalekim Wschodzie Rosji,
zwłaszcza w tak małej miejscowości, mającej status wsi, jest to widok niecodzienny.
Na posterunku, którego szary, nieprzyjazny budynek, mieści się na samym końcu wsi,
kazano nam poczekać na przyjście urzędnika, który nas przesłucha.
Przesłuchanie.
Po półgodzinnym oczekiwaniu, w budynku milicji zjawiła się trzydziestoletnia kobieta,
która przedstawiła się jako naczelnik OWIR-u, major Elena Nikołajewna Dubrowina.
Poprosiła nas oddzielnie do swojego gabinetu na przesłuchanie. Wszedłem pierwszy
i pokrótce opowiedziałem o naszej podróży. Okazałem Razreszenije na przebywanie,
które załatwiliśmy w Pietropawłowsku, naszą bumagę z Polski, kartę migracyjną i paszport.
Kobieta stwierdziła, że nie mamy w pozwoleniu wpisanego Ust-Kamczacka, i co za tym idzie,
przebywamy tu nielegalnie, po czym suchym, urzędowym tonem odczytała mi stosowne przepisy
i poinformowała o naszych prawach. Postawiono nam dwa zarzuty:
1. przyjazd do strefy przygranicznej bez pozwolenia.
2. przebywanie na terenie o "reglamentowanej możliwości odwiedzania" bez pozwolenia.
Patrzyłem na naczelniczkę i rozmyślałem, jak rozładować atmosferę i sprawić,
by rozmowa przybrała bardziej swobodny ton. W końcu nadarzyła się ku temu okazja.
Zacząłęm przepraszać za nasz występek przeciw rosyjskiemu prawu i powiedziałem,
że nie chcemy żadnych konfliktów, ponieważ pragniemy jeszcze odwiedzić Rosję.
Pokrótce opowiedziałem o naszych przygodach w ubiegłym roku w Jakucji, Buriacji
i nad Bajkałem, jak też o obecnych, na Kamczatce.
Kobieta wyraźnie się rozluźniła, zapaliła papierosa, odchyliła się w fotelu
i wzdychając spytała:
- I szto s wami siejczias dziełat'?
Na to właśnie czekałem i bez większych ceregieli rzekłem: - Otkazat' i oswobodzit'
Na te słowa moja rozmówczyni wykrzywiła twarz w grymasie niezadowolenia i stwierdziła, że nie może tego zrobić, ponieważ
byłoby to wbrew prawu, a ona musi postępować zgodnie z przepisami. Poza tym, gdyby Rosjanin
miał kłopoty w Polsce, to nikt by go wolno nie puścił.
Nie zamierzałem dłużej namawiać służbistki do porzucenia wyznawanych przez nią ideałów,
bo mogłoby się to dla nas źle skończyć. Wystarczyło mi, że wyraźnie się wyluzowała,
nawet poleciła wezwać Damiana, i dalej przesłuchiwano nas wspólnie.
W czasie ponad trzygodzinnego nocnego przesłuchania odwiedziło nas kilka osób,
w tym naczelnik ustkamczackiej milicji który miał następnego dnia wydać na nas wyrok.
Pani major wypełniała kolejne protokoły. Poproszono nas o krótkie usprawiedliwienie
na piśmie. Padały pytania o adresy miejsca urodzenia, zamieszkania a nawet pracy (!).
Oddzielnie przesłuchali nas pogranicznicy. Po wyjaśnieniach naczelnik milicji
obiecał, że wyznaczy nam najniższy przewidziany przepisami mandat (5 tzw.
opłat truda = 500 rubli), pogranicznik zaś pocieszał,
że prawdopodobnie jego szef w ogóle odstąpi od ukarania nas mandatem.
Po przesłuchaniu milicjanci zapytali, gdzie zamierzamy spędzić noc,
sugerując odwiedzenie hotelu.
Odpowiedzieliśmy, że rozbijemy namiot kilkaset metrów od posterunku,
zwłaszcza, że ten stoi na końcu wsi. Milicjanci odradzali nam nocowanie
na dziko, z powodu niedźwiedzi, które odwiedzają tutejsze okolice.
Uspokajaliśmy ich, że wszystko będzie w porządku, i jutro punktualnie
zjawimy się po wyrok. Mimo iż stróże prawa mieli możliwosć aresztowania nas,
do czasu wyjaśnienia sprawy, to nawet nie rozważali tgo poważnie.
Zgodzili się z nami, gdy powiedzieliśmy, że przecież nigdzie nie uciekniemy,
bo i dokąd, kiedy z wioski jest jedna droga wyjazdowa, a z półwyspu wydostać
się można w naszej sytuacji tylko samolotem...
To nie był koniec niespodzianek tego wieczoru. Otrzymaliśmy bowiem
zaproszenie na nocleg do mieszkania zastępcy miejscowego prokuratora!
Człowiek ten wieczorem jak zwykle odwiedził posterunek milicji, żeby sprawdzić,
czy ewentualni zatrzymani zostali poinformowani o swoich prawach.
Locha okazał się krytycznym człowiekiem, rozumiejącym wiele
biurokratycznych absurdów w Rosji. Wraz z jego kuzynem Nikitą i żoną Nastią
do trzeciej rano słuchaliśmy rocka, ogladaliśmy zdjęcia Kamczatki i rozmawialiśmy.
Wyrok.
Następnego dnia o dziesiątej byliśmy już na milicji aby zapoznać się z wyrokami w naszej
sprawie. Milicjanci wyznaczyli rzeczywiście najniższy sztraf w wysokości 500 rubli,
pogranicznicy zaś najwyższy, na jaki pozwalało im prawo, również 500 rubli.
Tak więc wycieczka do Ust-Kamczacka kosztowała nas 1000 rubli, czyli 33$,
na którą to sumę wzięliśmy blankiety kredytowe, gdyż część pieniędzy
pozostawiliśmy w Pietropawłowsku.
Udaliśmy się na godzinę nad ocean, a potem wyszliśmy na główną drogę rzdac paputki
(czekac na autostop). Chcieliśmy przejechać 26 km do posterunku milicji GAI,
kontrolującej ruch do i z Ust-Kamczacka. O dwudziestej podjechał do nas
Nissan Safari, i znany już nam zastępca szefa milicji zapytał co słychać...
Powiedział, że nie może nas podwieźć, że możemy spędzić noc w hotelu i następnego
dnia wyjechać porannym autobusem. Wielkie dzięki za razy, pomyśleliśmy z przekąsem...
Do posterunku milicji dojechaliśmy terenowym Uazem. Poprosiliśmy milicjantów
aby nas posadzili do jakiejś masziny jadącej do Kluczi. Ci zaproponowali byśmy
wpierw się przespali się w ich kontenerze, gdyż okolica jest niebezpieczna (niedźwiedzie).
Poczęstowali nas wędzoną czerwoną rybą (czywyczą), opowiadali o życiu w Rosji,
pytali jak żyje się w Polsce. Rozmawialiśmy do późna.
|