|
Esso oczami Europejczyka.
Coż powiedziec o tej miejscowości? Wygląda jak Kozyriewsk z basenem termalnym
w centrum, zapuszczona wiocha, której mieszkańcom ktoś wmówił, że mieszkają w raju.
Gdy spaceruje się po wsi, wprost razi w oczy panujący wokół nieporządek: walające
się stare opony, zardzewiałe beczki po benzynie, wraki samochodów i mnóstwo innego
żelastwa. Jest tu kilka sklepików spożywczych (ceny wyższe o 15-20% niż w Pietropawłowsku),
jeden bar (nieopodal basenu), w którym odbywają się dyskoteki, i zakusocznaja
niedaleko muzeum. W bibliotece publicznej znajduje się Muzeum Niedzwiedzia,
gdzie można obejrzeć ciekawe filmy o życiu króla tajgi.
W Esso żyje około 3000 mieszkańców. Choć trudno początkowo w to uwierzyć,
jest tu szkoła początkowa, średnia i artystyczna, mieszczą się urzędy lokalne,
milicja i prokuratura.
Turyści mogą tu zwiedzić niewielkie muzeum etnograficzne i zapoznać się
z kulturą miejscowych plemion: Ewenów, Koriaków i Lamutów. Zniechęca do tego
podejście władz muzeum do obcokrajowców: trzeba płacić podwójną stawkę
za bilet (cena dla inostrańca to 60 rubli).
Jest to oczywiście "zwyczaj" praktykowany w wielu rejonach Rosji, jednak
postanowiłem, może niepotrzebnie, że tym razem nie poddam się temu wymogowi,
i nie poszedłem do muzeum.
Zirytowało mnie, że działania miejscowych, mających kontakt z turystami,
skierowane są na jak największy zysk. Mimo, że Esso obchodziło święto 77-lecia istnienia,
nie odbyły się z tej okazji żadne uroczystości. Liczyliśmy na występy
koriackiego zespołu folklorystycznego, jednak jego dyrektorka powiedziała Żeni
przez telefon, że skoro nie ma turystów, którzy zapłacą za występ, to występu nie będzie.
A cena biletu była niebagatelna, bo 25$ od osoby za godzinne show!
Spędziliśmy tu dwa i pół dnia, rozstawiwszy namiot w ogrodzie Żeni Marczenko.
Poznaliśmy ją dzięki Raisie Iwanownej z Kropiwnej, która dała nam list
polecający do Żeni. Nasza gospodyni zajmuje się organizacją turystyki konnej.
Można z nią wyjechać np. na kilkudniową wycieczkę pod Wulkam Iczyński,
wysokości ponad 3000 m. Wynajęcie konia na pięciogodzinną wycieczkę kosztuje 20$.
Przyroda jest tu piekna: lasy pełne grzybów i jagód, których
jest tu kilka gatunków. W lasach mnóstwo zwierzyny, z niedźwiedziem i łosiem
na czele. Esso leży w dolinie okolonej górami mającymi ponad 2000 m wysokości.
Co niezwykłe - w samej wsi nie ma komarów!
Skorzystaliśmy z basenu, poszliśmy na dyskotekę, wybraliśmy się na wycieczkę
do jeziora Ikar, oddalonego o siedem kilometrów od wsi.
Muszę przyznać, że nie wyniosłem z tego nic ciekawego, poza bezpośrednim
kontaktem z przyrodą.
W Muzeum Niedźwiedzia obejrzeliśmy filmy o tych zwierzętach,
nakręcone w parku Kronockij Zapowiednik. Mieszkający tam myśliwy
i przyrodnik, którego nazwiska nie pamiętam, od wielu lat zajmuje się niedźwiedziami.
Cały rok śledził życie jednego samca, filmując go w czasie wędrówki przez tajgę,
połowów ryb, przygotowywania się do snu zimowego. Zwierzę nie wykazywało
w stosunku do przyrodnika agresji, dzięki czemu możliwe było sporządzenie ciekawych zdjęć.
Powrót do Pietropawłowska.
Z Esso chcieliśmy dostać się do stolicy. Po godzinie oczekiwania zatrzymaliśmy
nasz pierwszy tego dnia autostop. Z rockandrollowym myśliwym w ciemnych okularach,
przy dźwiękach ryczącego magnetofonu jechaliśmy w szaleńczym tempie (ponad 130 km/h)
do głównej trasy. Ochotnik opowiadał nam o polowaniach na niedźwiedzie,
o łowieniu ryb, o swoim życiu tu na Dalekiej Północy.
Wszedłem w dyskusję z kierowcą na temat cen usług dla turystów.
Poinformował on nas, że dwunastodniowa wyprawa z przewodnikiem w tajgę,
w celu upolowania niedźwiedzia, kosztuje 5000$ od osoby.
Spytałem, czemu tak drogo, on zaś odpowiedział, że bardzo drogi jest transport helikopterem.
Godzina pracy helikoptera kosztuje bowiem 3000$.
Drążyłem temat i poprosiłem myśliwego o szczegóły wyliczenia takiej ceny za lot.
Otóż helikopter zużywa w ciągu godziny 800 litrów paliwa, co stanowi na Kamczatce
równowartość 270$.
Do tego dochodzą koszty pracy pilota i obsługi, jak też koszty skorzystania
z lądowiska. Jak twierdził nasz rozmówca, możliwość posadzenia maszyny na aerodromie
kosztuje 10000 rubli, czyli 300$.
- Tak więc zostaje ponad 1000$ zysku z jednego przelotu, podsumowałem zgryźliwie.
- Chętnych jednak nie brakuje, przyjeżdżają do nas z całego świata, odparł kierowca.
Po dojechaniu do głównej trasy, zauważyliśmy ZIŁa do przewozu osób,
mknącego w kierunku Pietropawłowska.
Po chwili siedzieliśmy w środku z wesołą kompanią robotników jadących do Milkowa. Polało się
trochę wódeczki za drużbu narodow i było bardzo sympatycznie.
W Milkowie posililiśmy się w restauracji, potem idąc do drogi wylotowej
spotkaliśmy dwie panny, czy raczej to one nas w y b r a ł y, proponując podwiezienie.
Nie wiemy, czego od nas chciały, ponieważ jesteśmy spokojnymi polskimi turystami;)
Kierująca samochodem dziewczyna zaproponowała, że zjedzie na niewielką "zatoczkę"
w tajdze, sztoby niemnozko pogawarit' i jak chciała, tak uczyniła.
Ostatecznie koleżanki podwiozły nas do posterunku milicji DPS,
a poczciwi milicjanci szybko posadzili nas na maszinu do Pietropawłowska.
W mieście właśnie szalał tajfun, który nadszedł tu znad Japonii.
Nie bardzo chciało nam się nocować w namiocie, dlatgo mimo późnej pory (była 23.30)
zapukaliśmy do drzwi Mikołaja i... nie zawiedliśmy się!
Mikołaj serdecznie zaprosił nas do środka.
|