|
Plany wyjazdu.
Przygotowując się do wyjazdu z Kamczatki mieszkaliśmy w Pietropawłowsku u Mikołaja.
Chcieliśmy wylecieć z Kamczatki na Kołymę, jednakże jedyny międzynarodowy
lot cywilny (Anchorage-Pietropwałowsk-Magadan-Chabarowsk) został wyczarterowany
amerykańskiej firmie, dlatego z Rosji do Rosji mogliśmy przelecieć tylko
z amerykańską wizą!
Marzycielom chcącym przez Kamczatkę dostać się na Alaskę zdradzę, że cena
biletu na ten lot wynosi 700$. Jeśli oczywiście ktoś bardzo chce,
to cena nie będzie stanowiła dla niego przeszkody.
Wiedząc, że wojsko nieregularnie lata na kontynent po zaopatrzenie,
próbowaliśmy dostać się na wojskowy samolot transportowy.
Poprosiliśmy jednego z naszych znajomych, aby wykorzystał swoje
swiazi (koneksje) w administracji, i pomógł nam wydostać się z półwyspu.
Ten od początku mówił, że sprawa jest trudna, z uwagi
na zbliżającą się wizytę prezydenta Putina. Urzędnicy bardziej niż zwykle
patrzyli sobie wzajemnie na ręce.
Trzej Bracia.
Postanowiłem udać się na wycieczkę nad Zatokę Awaczyńską, aby zobaczyć
skały Trzej Bracia, które stanowią umowną bramę z zatoki na pełen ocean.
Autobusm 31 dojechałem do ostatniego przystanku СРВ
- ЖБФ.
W niewielkiej zatoczce nieopodal przystanku zobaczyłem cmentarzysko statków.
Niepotrzebne nikomu jednostki Rosjanie po prostu zatapiają, tylko
akurat ta zatoka okazała sie dla kilku statków zbyt płytka i ich rdzewiejące
wraki były miejscem zabaw żądnych przygód chłopców.
Dalej pieszo kierowałem się ruchliwą drogą do dzielnicy Zawojko.
Udało mi się zatrzymać mikrika, którego kierowca zapragnął zostać
moim przewodnikiem, i zawiózł mnie kilka kilometrów drogą wzdłuż brzegu,
do granicy strefy wojskowej.
Wybrzeże jest w tym miejscu klifowe, w ocean wrzynają się urwiste pasy lądu,
szczelnie porośnięte krzewami, co wygląda niezwykle malowniczo.
Teren ten stanowił niestety streę pograniczną, co wiązało się
z ograniczoną możliwością poruszania się w jego obrębie.
Po przygodzie z milicją w Ust-Kamczacku, troche bałem się,
że zostanę zatrzymany przez wojsko, lecz ciekawość zwyciężyła.
Zacząłem wspinać się na jedną ze skarp, przedzierając się przez gęstą roślinność.
Widok, z góry był piękny! W oceanie tkwiły trzy wysokie ostańce skalne,
o które w dole rozbijały się fale. Gdzieś daleko rysowały się kontury płynącego statku.
Pode mną w skale wiły gniazda mewy, które zdenerwowane latały teraz wokół
i głośnym krzykiem próbowały mnie przepędzić.
Do dzielnicy Zawojko wróciłem nocą. Trafiłem na ostatni autobus,
którym dotarłem do Silueta. Niestety znalazłem się na niewłaściwym przystanku,
skąd nic o tej porze nie jeździło na Siewiero-Wstok. Nagle do opustoszałego
przystanku podjechała terenowa Niva, i jej kierowca zamachał do mnie ręką.
Zaoferował podwiezienie pod wskazany adres za 20 rubli. Zaryzykowałem...
i po kilku minutach byłem na miejscu.
Spotkanie z Rimmą.
Będąc w Pietropawłowsku odwiedziliśmy Rimmę Popową, kobietę którą poznaliśmy w Esso.
Do późnego wieczoru słuchaliśmy opowieści o jej ciekawym życiu w sowieckiej Rosji.
Urodziła się w Baszkirii, jest Tatarką. Skończyła wydział matematyki nowosybirskiego
uniwersytetu i przyjechała na Kamczatkę do pracy w kołchozie rybnym
na północno-wschodnim wybrzeżu półwyspu. Poznała wówczas życie Koriaków
którzy mieszkali w tradycyjny.
Potem Rimma uczyła matematyki marynarzy, zgodnie z ówczesną doktryną partii,
która dążyła do podniesienia poziomu wykształcenia swoich obywateli do poziomu średniego.
Nasza znajoma pływała zatem po morzach otaczających Kamczatkę na statkach rybnych.
Potem wyszła za mąż i przeniosła się do Siewiero-Amurska, gdzie mąż pracował
jako specjalista przy budowie urządzeń wojskowych.
Teraz Rimma znów jest na Kamczatce i pracuje w szkole specjalnej. Ma córkę
o imieniu Safija mieszka i pracuje kilka tysięcy kilometrów od Pietropawłowska,
w Nowosybirsku.
Bardzo miło było nam spotkać się z Rimmą. Na pożegnanie życzyliśmy sobie
wszystkiego najlepszego w dalszym życiu...
Tracimy cierpliwość.
Po tygodniu mieszkania w Pietropawłowsku u Mikołaja,
przenieśliśmy się do Elizowa. Ciążyło nam już długie oczekiwanie na rozkaz
odlotu do Magadanu. Codziennie rano dzwoniliśmy do naszego znajomego,
z pytaniem, czy wreszcie lecimy, lecz odpowiedź ciągle była taka sama:
"niestety, trzeba czekać".
Nasza cierpliwość powoli się wyczerpywała. Łudziliśmy się, że rozkaz
niespodziewanie padnie, a wtedy nasza sytuacja odmieni się diametralnie
i dostaniemy szansę na realizację wcześniejszego planu podróży.
Idąc przez dzielnicę domów jednorodzinnych, rozglądaliśmy się za posesją,
w obrębie której byłoby trochę wolnego miejsca na rozbicie namiotu.
Tak dotarliśmy w pobliże rzeki Awaczy do Saszy i Dinary, którzy
pozwolili nam rozstawić pałatkę na swoim podwórku.
Po chwili namysłu przyszli do nas i zaproponowali nocleg w nowo budowanej bani,
gdzie bezpiecznie złożymy swoje rzeczy. U gościnnej rodzinki spędziliśmy trzy
dni. Spotkaliśmy się ponownie z bezinteresowną gościnnością, wieczorami
wspólnie oglądaliśmy wiadomości telewizyjne i rozmawialiśmy.
Dinara jest Tatarką, urodziła się i wychowała w Tatarstanie. Na Kamczatce
nie ma nikogo, dlatego bardzo chciałaby wrócić do Tatarstanu.
Za rok nadarzy się doskonała okazja by odwiedzić bliskich, ponieważ
Dinarze i Saszy skumulują się urlopy z dwóch lat. Obydwoje będą mieli
po 108 dni wolnych i dodatkowo państwo sfinansuje im podróż lotniczą.
Ludzie pracujący na Dalekiej Północy mają dłuższe urlopy od mieszkańców
innych części Rosji, poza tym raz na dwa lata państwo opłaca im
(rodzicowi i dziecku) podróż lotniczą w dwie strony, do najdalszego punktu kraju.
Dinara ma nadzieję, że Saszy spodoba się w Tatarstanie. Na rzece Wołdze
pływa spora flota, tak więc mąż mógłby znaleźć tam pracę przy obsłudze
silników statków. Póki co obydwoje pracują, wychowują dzieci Alberta
i Dianę i wiodą skromne życie.
Jednego wieczoru poszliśmy z Dinarą na spacer wzdłuż brzegu Awaczy.
Byliśmy świadkami pracy rybaków, którzy łowili siecią rozpiętą na szerokość
około dziesięciu metrów Jeden koniec sieci trzymali dwaj mężczyźni
płynący pontonem na środku rzeki, drugi koniec dzierżył młody chłopak
idący wpław w długich gumiakach.
Gdy po kilkunastu minutach zbierając sieć, rybacy podpłynęli do brzegu
podeszliśmy do nich, aby przyjrzeć się rybom.
Na dnie pontonu było kilkanaście dużych sztuk, które w agonii poruszały
nerwowo pyskami. Rybacy objaśniali nam, jak się nazywają poszczególne gatunki.
Tak więc złowiono garbusze, czerwienice i kety. zdziwiło nas, gdy rybacy
wybierając ryby z sieci wyrzucili kilka w krzaki.
Gdy ich o to zapytaliśmy, powiedzieli, że to samce kety, z których nie będzie ikry,
zatem nie warto ich brać.
- A dlaczego nie wyrzucacie ich z powrotem do rzeki? Przecież jeszcze żyją!
- Żyją, lecz są stare. Zobaczcie, jakie mają krwawe pręgi na bokach,
i tak niedługo zdechną.
Wyrzucanie ryb w przybrzeżne krzaki jest praktyką powszechną,
o czym świadczył odór rozkładającego się mięsa, roznoszący się wokół.
Otrzymaliśmy od rybaków kilka ryb i obserwując piękny zachód słońca nad
wulkanami wróciliśmy do domu.
Wylot do Nowosybirska.
Dziesięć dni czekaliśmy w sumie na ewentualny rozkaz do odlotu
wojskowego samolotu transportowego do Magadanu. Niestety, tym
razem nie było nam dane postawić nogę na Kołymie.
Na lotnisku w Elizowie odkryliśmy, że Aviakompania
Сибирь wystąpiła
z bardzo korzystną ofertą przelotu z Pietropawłowska do Nowosybirska
za 100$. Skorzystaliśmy z tej możliwości i po 46 dniach spędzonych
na półwyspie, wylecieliśmy z Kamczatki.
Przemierzyliśmy jeszcze potem tysiące kilometrów, przeżyliśmy wiele
przygód odwiedzając Wołgograd, Astrachań, Elistę, Piatigorsk.
Pojechaliśmy na Kaukaz (Elbrus), potem do Soczi, Adleru, Krasnodaru, Anapy.
Przez Półwysep Krymski wróciliśmy do Polski.
|