|
PIERWSZE SPOTKANIE Z WULKANAMI - KORIACKIM I AWACZYŃSKIM
Rano zebraliśmy wszystkie potrzebne rzeczy, zostawiając resztę u gospodarzy. Na przystanku busów w centrum Elizowa żaden kierowca nie chciał nam pokazać drogi na wulkany, tylko zawieźć tam. Na upartego można by iść na nogach, ale to byłaby strata co najmniej połowy dnia - zdecydowaliśmy się jechać z nimi. Jak to zwykle w Rosji - negocjacje ceny - wytargowaliśmy 450 rubli za nas wszystkich. Pan zawiózł nas najdalej w tajgę, jak się dało i zostawił pośród popiołu wulkanicznego. Wszystko pod nogami było szare, ale niektórzy z nas byli zachwyceni - był to bowiem nasz pierwszy kontakt z prawdziwym materiałem wulkanicznym.
Tego dnia chmury nadal zalegały nisko, nie widzieliśmy jeszcze zupełnie celu naszej podróży. Po 20 minutach marszu dziewczyny (i plecaki) złapały stopa. Spotkaliśmy się wszyscy w turbazie u stóp wulkanów, których nadal nie widziałyśmy z powodu chmur. Baza wyglądała strasznie (metalowe puszki jak domki, jakieś trakcje elektryczne), było tam niewielu ludzi. Wtem ukazał się widok wulkanu Awaczyńskiego - nasz pierwszy w życiu wulkan. Mało tego wulkan ten, jako nieliczny na Kamczatce, stale dymi. Piękny. Radość była ogromna, bo po chwili pojawił się również Koriacki. Postanowiliśmy podejść już za turbazę, rozbić tam namioty i z rana atakować.
Już po drodze chmury znów zasłoniły nam widok, niebawem zaczął się śnieg. Wybraliśmy niewielki popiołowo - skalny fragment terenu i ustawiliśmy obóz - to był nasz pierwszy nocleg pod wulkanami. Kiedy wybraliśmy się na rekonesans drogi, ponownie ukazał nam się Awaczyński i nawet kawałek Koriackiego, ale nie wzięliśmy wtedy ani jednego aparatu. A szkoda, bo wtedy widzieliśmy je po raz ostatni. Potem było wesoło, kąpiele w strumieniu itp. No i plan pobudki o 3 w nocy.
Wstaliśmy planowo, na szczęście nie padało, ale było pochmurno. Zostawiliśmy cały obóz w nadziei, że nic nam nie zginie, biorąc ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ubrani jak najbardziej przeciwdeszczowo wyruszyliśmy, a po niedługim czasie trzeba było założyć raki. Kierowaliśmy się do szerokiego kuluaru ograniczonego wałami skalno - popiołowymi. Właściwie od samego jego początku nachylenie wynosiło na pewno ponad 40 stopni - tak nam się wydawało, bo było bardzo stromo. Jeszcze ciemno na niebie, ale od śniegu całkiem jasno. Na początku szło się dobrze, ale po około godzinie zaczęły się problemy - jeszcze dobrze nie zdążyliśmy przestawić się na kamczacki czas, a już próbujemy wejść na 3,5 tysiąca metrów. Na dodatek zaczął padać śnieg z deszczem i po jakimś czasie byliśmy zupełnie przemoczeni. Około 11, po 6 godzinach podchodzenia tym stromym kuluarem i po burzliwej dyskusji zdecydowaliśmy o odwrocie. Najgorsze było, że nie wiedzieliśmy, jak daleko do szczytu - w tych chmurach od rana kompletnie nic nie było widać, a mapa też niewiele nam mówiła - wszak była w skali 1:000 000. Wiedzieliśmy tylko, że będzie tam sporo poniżej zera stopni i to bez słońca i wiać będzie bardziej niż w tym żlebie. Zeszliśmy więc w dół, już nie dało się bardziej przemóc - padało solidnie samym deszczem. Po drodze było nam jednak bardzo wesoło, głównie z powodu widowiskowego zjazdu Lisa. Generalnie odnieśliśmy naszą pierwszą porażkę na tym wyjeździe. Ale to dopiero jego początek.
W namiotach stwierdziliśmy, że trzeba będzie wracać. Nie ma mowy o kolejnym ataku szczytowym, dopóki nie wysuszymy wszystkich rzeczy. Było to niemożliwe w obozowisku, bo nadal padało. Chłopcy poszli sprawdzić, czy jeden z domków widzianych wczoraj jest pusty i był. Zwinęliśmy się więc i poszliśmy w kierunku turbazy. W domku było kilka pomieszczeń, chociaż tylko jedno zdatne do mieszkania - ale za to z działającym piecem. Napaliliśmy w nim szybko drewnem z drugiej izby i rozwiesiliśmy wszystkie rzeczy, począwszy od butów, poprzez koszulki aż do banera - parowało niesamowicie. Za oknem zawierucha równa, byłoby nieprzyjemnie w namiotach. A tak wyspaliśmy się w suchym i ciepłym pomieszczeniu, wysuszyliśmy wszystko.
Znów szliśmy tą niekończącą się tajgą, ale ten sam teren wyglądał zupełnie inaczej - spływająca z wulkanów woda potworzyła rwące potoki zamulone popiołem, z których przekraczaniem było sporo zabawy. Dobrze, że temperatura nie wzrosła bardziej, bo musielibyśmy przedzierać się przez las. Skończyła nam się woda. Dopiero po paru godzinach dotarliśmy do drogi szutrowej, gdzie parę aut nas minęło, zanim zatrzymał się pan jakąś terenówką. Zawiózł nas pod znajomy PKS w Elizowie, załatwiając po drodze jakieś podejrzane interesy z nie mniej podejrzanym kolegą. Znów szczęście.
Nasz powrót do znajomego gospodarstwa uwieńczony został pyszną kolacją - prawdziwymi kanapkami z pomidorem, a nie jakieś kus kusy. Gospodarze powiedzieli nam, że takiego brzydkiego lipca nie było już od dawna i że mamy pecha. Jeszcze tylko plany na jutro i noc.
|