część 01
część 02
część 03
część 04
część 05
część 06
część 07
Galeria

 
  
Kaukaz 2005  
Katarzyna Klein,
Martyna Ścigała

 
Ural-Ałtaj 2002  
Martyna Ścigała
 
Norwegia 2002  
Katarzyna Klein
 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Katarzyna Klein, Martyna Ścigała
KAMCZATKA 2004
część 03

 

 

WULKAN MUTNOWSKI
Rano znów przepakowanie rzeczy. No i wyruszyliśmy na poszukiwanie taniego busa, który by nas zawiózł najdalej jak się da w kierunku wulkanu Mutnowskiego. Wulkan ten leży na południe od Pietropawłowska, ale jeszcze przed połową tego dystansu kończy się droga asfaltowa. Dalej jeżdżą już tylko wielkie maszyny i wysoko zawieszone busy z pracującymi w elektrowni geotermalnej, zlokalizowanej u podnóża wulkanu. Nie jest on wysoki (tylko 2322 m npm), ale bardzo ciekawy geologicznie.

Znów targowanie ceny, w końcu ruszyliśmy - zadowoleni z początku nowej przygody. Zgodnie z planem wysadzono nas za ostatnią mieściną i znów zostaliśmy sami w tajdze, tym razem na drodze szutrowej. Komary przeszkadzały nam bardzo, pozakładaliśmy więc moskitiery. I nic. Nic nie jechało przez jakiś czas, w końcu mignęło nam kilka aut. Oznaka ruchu, ale chyba nie trafiliśmy na zmianę w elektrowni. Wreszcie zatrzymała się nam potężna maszyna, wspaniały Ural, załadowaliśmy się na pakę i jazda. Co prawda niedaleka, ale niedługo po niej kolejne auto nas zabrało. A była to Toyota terenowa tak załadowana, że myśleliśmy, że kierowca tylko pogadać z nami chce, jak się zatrzymał. Jakoś się jednak powyginaliśmy i totalnie przytłoczeni dotarliśmy do campingu parę kilometrów za bazą turystyczną "Nadjeżdża". Kierowca poradził nam nocleg na tym campingu, zaczynało się bowiem ściemniać, a poza tym bardzo zachwalał to miejsce. Niedługo potem przekonaliśmy się o jego urokach.

Szefem bazy jest pan, któremu niestraszne żadne komary i który wziął w dwie ręce po plecaku, z którym ledwo wstawał każdy z nas. Spytał tylko, czy śpimy w domkach (a po co jak mamy namioty?) i czy będziemy łowić ryby (chłopaki chcieli) - i po chwili przyniósł nam cały kociołek wyfiletowanego, świeżo złowionego łososia. W bazie znajdował się basenik geotermalny, w którym woda miała jakieś 40oC. Nieopodal przepływał krystalicznie czysty strumień, obok którego wystawał z ziemi obklejony solą kran z gorącą jak w baseniku wodą. No i góry wulkaniczne dookoła: raj.

Całą noc prawie spędziliśmy na wygrzewaniu się w baseniku i pieczeniu ryby na ognisku - nasze pierwsze ognisko na Kamczatce.

Po nocy pełnej wrażeń wstaliśmy dosyć późno i wraz z komarami z lasu udaliśmy się na stopa - mieliśmy jeszcze pokonać połowę trasy. Znów czuliśmy się dokładnie jak na końcu świata - ani jednej żywej duszy. Wreszcie pojawiło się auto z dwoma panami inżynierami (istnieją Rosjanie dobrze mówiący po angielsku), którzy zmierzali dokładnie do elektrowni - do pracy. Załadowali nasze plecaki na pakę, ściągnęli je taśmą w kupę, nam też kazali tam się ulokować, nie wychylać i jazda. Na początku byliśmy przeszczęśliwi - zabrano nas z tej bezludnej drogi od natrętnych komarów, wreszcie przyjemny chłodek jak to na pace. Po pół godziny już się tak nie śmialiśmy z radości, jakoś bardziej w kupie byliśmy. Po godzinie to już było przesadą, jak wjechaliśmy w tunel wydrążony w dwumetrowym firnie. Drastycznie zmieniło się otoczenie.

Inżynierowie poszli do pracy, zostawiając nas pod bramą elektrowni. Miejsce to naprawdę robi wrażenie - dość sporych rozmiarów kompleks zabudowań, trakcji, a wszystko to dymi na dnie rozległej doliny. Zewsząd otoczony górami, więc na szczęście za najbliższą górką już tego nie widać. Wiedzieliśmy tylko tyle, że wulkan jest "gdzieś za tamtą górką" i tam poszliśmy.

Nieopodal znajduje się dolinka "gejzerów" - prawdziwa Dolina Gejzerów jest w Kronockim Parku Narodowym: 100 - 200 km na północ od Pietropawłowska. Dolinka usłana jest gliną i kruchymi skałami we wszystkich kolorach świata - od czerwieni i żółci aż do niebieskości i pstrej zieleni. Pełno było dymiących dziur, błotnych źródełek i mazi dziwacznej. Na szczęście byliśmy wyposażeni w nieocenione maski z filtrami przeciwko siarkowodorowi (od firmy Maskpol z Panek koło Częstochowy). Dzięki nim przebywaliśmy w zaczadzonej dolince dosyć długo i nikomu nic się nie stało od stężenia tych oparów. Po powrocie do namiotów spotkaliśmy niespodziewanie grupkę Polaków. Zaproponowali nam nocleg w ich obozie parę kilometrów dalej. Okazało się, że jest to ekipa przewodników beskidzkich z Warszawy (pozdrawiamy!), którzy niedługo wracają do Polski. Długo w nocy siedzieliśmy z nimi przy ognisku, a oni opowiadali nam swoje przygody, dali nam tez wiele cennych rad. Niebo było nadal pochmurne.

Wcześnie rano obudził nas deszcz bombardujący namioty i dlatego wyruszyliśmy dopiero południem. Nie ma na kamczackich wulkanach żadnych oznaczeń, szlaków, co według nas jeszcze bardziej uatrakcyjnia ten teren. Jak zwykle trzeba było się kierować intuicją (no bo nie mapą 1:000 000), czasem widać było ślady Polaków z akcji poprzedniego dnia.

Brnęliśmy więc w śniegu czasem po kolana ze dwie godziny, aż zaczęło się konkretniejsze podchodzenie po niesamowitych dla nas skałach w bajecznych kolorach. Doszliśmy do bardziej płaskiego miejsca pokrytego szarym popiołem, z pomiędzy którego wystawały przeróżnego kształtu utwory siarkowe. Czysta siarka, towarzysząca zjawiskom wulkanicznym, pięknie się tu wytrącała. Znów wszystko dymiło. Zupełnie księżycowy charakter, otoczenie skrajnie inne, dotąd nie spotkane przez nas. Chodziliśmy pomiędzy różnej wielkości otworami solfatarów zachwyceni. Krater wulkanu był nieopodal, trzeba było jeszcze podejść dość stromy i kruchy odcinek. Kiedy już znaleźliśmy się na wierzchołku zobaczyliśmy właściwie nic, bo wnętrze krateru wypełnione było mgłą i chmurami. Efekt końca świata - pośród mgieł i oparów siarkowodoru doszliśmy do stromej krawędzi, za którą ziemia się nam skończyła.

Posiedzieliśmy jakiś czas w tej niezwykłej scenerii, a z powodu pogody zrezygnowaliśmy z wycieczki do pozostałych kraterów rozległego Mutnowskiego. Prowadzi do nich ścieżka wewnątrz pierwszego z nich.

Była to dla nas świetna wycieczka, a przede wszystkim nasz pierwszy zdobyty wulkan. Zdecydowaliśmy wszyscy, że jeśli następnego dnia będzie ładna pogoda, uderzymy na Mutnowski raz jeszcze, aby zobaczyć więcej.

Czekanie na ładną pogodę było bezskuteczne: obudził i uśpił nas deszcz. Prawie cały dzień lało - było zatem jeszcze gorzej niż wczoraj. A my byliśmy wściekli. Nudziło nam się bardzo, na kolejny dzień zaplanowaliśmy atak ostateczny albo zupełny powrót.

Kolejnego dnia straciliśmy nadzieję na ładną pogodę na Kamczatce w ogóle. Zeszliśmy na dół, pod elektrownię, na stopa. Czekaliśmy parę godzin. Nawet wyszło słońce, ale nad masywem Mutnowskiego nadal wisiały chmury. W pewnym momencie zatrzymały się dwa terenowe auta, a słońce zaczęło grzać coraz bardziej, im dalej byliśmy. Wysadzili nas przy znajomej bazie Nadjeżdża, gdzie po chwili zatrzymało się kolejne auto - rodzice z dwójką chłopców. Podwieźli nas prosto pod autobus w najbliższym miasteczku Paratunka. Kosztował zaledwie 10 rubli, ale jechał ponad godzinę - po wszystkich okolicznych wsiach. Tymczasem całkowicie odsłoniły się wulkany Koriacki i Awaczyński - co to był za widok. Po raz pierwszy ukazały się nam w całości, a przecież był to już dziewiąty dzień na Kamczatce.

Znów wizyta w gospodarstwie w Elizowie i nowe opowieści. Dobra kolacja i spacer nad rzeką, ponad którą królowały dwa wulkany.


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 8 następna strona do góry 
Sponsorzy