|
GRUPA KLUCZEWSKIEJ SOPKI
Kluczewska Sopka teoretycznie leży na terenie zamkniętym dla jakiegokolwiek ruchu turystycznego bez przewodników oferowanych przez biura turystyczne. Wejść można z dwóch stron - od strony Kozyriewska lub od strony Kluczi. Przebywanie w tym drugim mieście może skończyć się przesłuchaniami na milicji, gdyż leży ono w pasie przybrzeżnym, również zamkniętym dla turystów. Trzeba pamiętać, iż Kamczatka to region strategiczny dla Rosjan, otwarty na świat dopiero od lat 90.
Pobudka o 5 rano, bo o 6 odjazd z panem busiarzem - powiedział, że wjedzie w las tak daleko, jak tylko się da. Przeprawa promem przez rzekę Kamczatkę. O godzinie 9 nie dało się jechać dalej - wysiedliśmy w środku lasu około 200 m npm (pan miał prowizoryczny altymetr). Zapłaciliśmy mu w sumie 5500 rubli za całą podróż w obie strony, oczywiście z targowaniem się. Drugą połowę obiecaliśmy po powrocie do Esso i umówiliśmy się z nim na drodze w tajdze za 11 dni. Nie było też problemu, żeby kupił nam bilety powrotne na autobus do Elizowa.
Tymczasem w lesie było ciemno od komarów. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiej plagi. Założyliśmy polary i moskitiery, grube skarpety naciągnęliśmy na spodnie, dłonie wysmarowaliśmy preparatem Off i w drogę. Warto dodać, że temperatura powietrza wynosiła jakieś 30°C i nie było wiatru - ale nie dało się inaczej.
Przez las cały czas szliśmy drogą, którą jest w stanie przejechać tylko Ural - zarośnięta, pozwalane drzewa, głębokie koleiny. Minęliśmy charakterystyczne miejsce zwane Kopytem, lało się z nas strumieniami, a załatwienie potrzeb fizjologicznych graniczyło z cudem. A iść trzeba było, bo w tajdze tej nie było żadnej wody, a nasze zapasy szybko się skończyły. Było strasznie, ale wreszcie wyszliśmy z lasu. Komary poleciały za nami, ale znaleźliśmy wodę i tam postawiliśmy obóz. Tego dnia Rafał miał urodziny, więc wieczorem zaczęliśmy świętowanie (z kwiatkami, prezentami, i tortem - makaron z sosem i jedną świeczką). Impreza się udała. A poza tym wyłonił się przed nami widok na wulkany - Kluczewską Sopkę, Kamień i Tołbaczik. Zrobiło to na nas wielkie wrażenie.
Niekończąca się opowieść następnego dnia - po horyzont zielone pagórki poprzecinane płynącymi w dolinkach rzeczkami. Początkowo prowadzi przez nie ścieżka, która po jakiś 2 godzinach marszu zanika.
Rano szliśmy zupełnie "na sucho", ponieważ woda płynąca wczoraj koło obozu zniknęła (nie wytapiała się z zamarzniętego w nocy śniegu - warto pamiętać o zapasach na rano). Potem dotarliśmy do jeziorka, co prawda to woda stojąca, ale pić się chce, a mieliśmy przecież tabletki do uzdatniania wody. Szkoda, że dopiero po wypiciu doczytaliśmy, że działają po 15 minutach od momentu rozpuszczenia.
Widoczność mieliśmy zerową, trudno było wyznaczyć poprawny kierunek marszu. Wszędzie pełno wulkanicznych skał zastygniętych w rozmaite kształty. Błądziliśmy, a mieliśmy dotrzeć do czoła lodowca Bogdanowicza, którego w żaden sposób nie mogliśmy się dopatrzeć. Wieczorem okazało się, że widoczny był już od dawna, ale swoją ciemną barwą doskonale kamuflował się w otoczeniu.
Obóz rozbiliśmy 50 m od moreny czołowej lodowca, tuż nad rzeką wytapiającą się z przykrytego żwirem lodu. Rzeka płynęła silnym nurtem żłobiąc w skale nisze, zakola, liczne wodospadziki i małe jeziorka. Prawie wcale nie było już komarów.
Jak zwykle przed nocą zza chmur wyłoniły się wulkany , byliśmy może 10 km od Kluczewskiej Sopki. Piękny był to widok.
Nazajutrz wyszliśmy późno, bo trzeba było ukryć gdzieś niepotrzebne rzeczy - jedzenia zabraliśmy tylko na 4 dni, tylko dwa namioty. Nie mieliśmy żadnych obaw co do tego, że ktoś mógłby nam je zabrać, bo nikogo tam nie było. Trudno było jednak znaleźć miejsce charakterystyczne, łatwe potem do rozpoznania.
No i droga przez lodowiec Bogdanowicza - góra, dół, góra, dół i tak przez cały dzień. Nadłożyliśmy nieco drogi, bo zamiast iść w górę lewą stroną lodowca po żwirowo - lodowych grzbietach moreny bocznej (gdzie nawet można się było dopatrzeć śladów ludzkich stóp), poszliśmy jego środkiem. Pogoda zepsuła się, najpierw deszcz, a im wyżej byliśmy - śnieg.
Lodowiec żyje własnym życiem. Co jakiś czas słychać było osypujący się materiał skalny, pękający lód, szum rzek subglacjalnych. Wśród szarego pyłu i żwiru co jakiś czas widać było niebieskie i turkusowe jeziorka. Podłoże było tam mało stabilne.
Naszym celem było plateau (około 2700 m npm) pomiędzy wulkanami. Wiedzieliśmy, że należy ominąć lodowiec spływający z przełęczy pomiędzy Kluczewską a Kamieniem od lewej strony. Gdy się wypłaszczyło wydedukowaliśmy, że jesteśmy na miejscu. Nadal bowiem nie było widać nic wśród chmur. Jeszcze tylko trzeba było znaleźć odpowiednie miejsce na obóz, wykopać platformy pod namioty (a śnieg był bardzo zmrożony), i można było wypocząć.
Tego wieczoru ukazał się nam jeden z najpiękniejszych widoków na tej wyprawie: Kluczewska i Kamień w całej swej okazałości, szczyty oświetlone zachodzącym słońcem, a podstawy skąpane już w mroku.
Wspaniałe.
Kolejnego dnia zdecydowanie polepszyła się pogoda. Widoki z tej wysokości były niesamowite - wreszcie zobaczyliśmy całą okolicę i wulkan Tołbaczik (w jego kraterze znajduje się jezioro kraterowe). Czekała nas tylko kilku godzinna droga na przełęcz pomiędzy Kluczewską Sopką a Kamieniem. Zatoczyliśmy szeroki łuk lewą stroną plateau aż do podstawy Kluczewskiej i stamtąd prosto na przełęcz. Niebezpiecznie było pójść wprost przed siebie na skróty z powodu szczelin lodowcowych, które były dokładnie na środku. Po drodze musieliśmy przeskoczyć parę lodowych koryt, w których rwącym nurtem płynęła lodowata woda. Potem żmudne podchodzenie po zmrożonym śniegu i wreszcie przełęcz około 3500 m npm. Na przełęczy chmury podeszły do góry, zniknęły nam z pola widzenia wszelkie wulkany i zaczęło okropnie wiać. Temperatura powietrza było sporo poniżej zera. Postanowiliśmy wcześnie pójść spać, żeby wyjść na szczyt już o północy, jeśli warunki pogodowe byłyby dobre - a może wschód słońca na Kluczewskiej?
Pierwsza pobudka - północ - wieje, ciemno, mglisto, chmurno. Decyzja - śpimy dalej.
Druga pobudka - 4:00 - dalej noc, dalej wieje, dalej chmurno i mglisto. Decyzja - śpimy dalej.
Trzecia pobudka - 7:45 - już nie noc - już nie wieje, dalej chmurno, dalej mglisto. Decyzja - atak szczytowy!
Czas wyjścia - 10:00 - mogło być lepiej.
Poubierani we wszystko, co mieliśmy ze sobą, z czekanami przytroczonymi do plecaków, kijkami w rękach, rakami na butach, termosami z herbatą i dwoma czekoladami ruszyliśmy do górę.
Nigdzie nie napotkaliśmy kopczyków z chorągiewkami, które podobno gdzieś tu miały być. Szliśmy do góry po zmrożonym śniegu zakosami, bo nachylenie na pewno dochodziło do 45°. Było dość ślisko, raki okazały się niezbędne, czekany raczej nie. Powoli wyszliśmy ponad chmury, wyłonił się Kamień - dopiero teraz niesamowity widok! Zaczęły się drobne problemy z wysokością (zawroty głowy, ogólne otępienie - niedostatek tlenu), ale nie dla wszystkich na szczęście. I dalej do góry, tym razem po śniegu i żwirze, gdyż ciepło krateru całkowicie wytapia śnieg przed szczytem. Spotkaliśmy tam grupę Czechów, którzy doszli tylko do granicy śniegu i bali się iść dalej. My nie.
Wszyscy byliśmy już zmęczeni i brakowało sił, co trzy kroki odpoczynek. Szliśmy jednak powoli już po samym żwirze - nogi się rozjeżdżały i grunt uciekał. Byle na krawędź krateru. Zdziwiliśmy się, bo ten dymek widziany z dołu to wielki dym, przesłaniający widok do środka krateru. Wreszcie upragniony szczyt! 4850 m nad oceanem. Najwyższy czynny wulkan Eurazji zdobyty! Jest bardzo zimno, ale grzejemy ręce w ciepłym niezwykle żwirze (patent Gacka), przeszczęśliwi. Widoki z dachu tego półwyspu zapierają dech, jest przepięknie. Kilka zdjęć i trzeba było schodzić. W dół już znacznie prościej, bo śnieg zdążył się nieco rozmrozić i nawet zapadaliśmy się w nim czasem. Pogoda znów się zepsuła bardzo szybko, śnieżyca i wiatr.
Najważniejsze, że pogoda dopisała nam podczas wejścia i na szczycie - opłaca się wychodzić wcześnie rano, wiadomo. Nasz sukces uczciliśmy kuskusem.
Zatem: do góry szliśmy 5 godzin, a w dół 3.
|