|
Po mroźnej nocy nastał dzień powrotu. Okazało się, że namioty przymarzły do podłoża - trzeba było je czekanami odrywać, śledzie też. A więc czekany się przydały.
Potem w dół, jak zwykle pogoda się zepsuła - mgła i śnieżyca. Dotarliśmy do plateau i każdy miał inną koncepcję dalszej drogi. Cudem chyba trafiliśmy do naszego obozu, a potem dalej w dół, śnieg sypał nadal. W miejscach, gdzie jeszcze dwa dni temu było szaro, leżała teraz kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Tym razem poszliśmy moreną boczną lodowca Bogdanowicza (prawą stroną patrząc od plateau). Było znacznie szybciej i prościej - ten wariant polecamy.
Dotarliśmy do obozu u czoła lodowca. Zaczęło się suszenie mokrych rzeczy, a namioty stanęły do góry nogami. Rzeka lodowcowa tak rwąca parę dni temu była teraz tylko małym strumyczkiem. Pojawił się jeszcze jeden problem: zostało nam bardzo mało paliwa do kuchenek. Trzeba było rozpalić ognisko, nie bardzo jednak było z czego. Rosły tam karłowate wierzby wielkości krzaczków poziomek, częściowo zdrewniałe. Na nich gotowaliśmy przez następne dni.
Następny dzień poświęciliśmy na suszenie rzeczy i ucztę z tego, co pozostawiliśmy w skałach. Padał deszcz.
Dzień później również. Rzeka u czoła lodowca zniknęła zupełnie. Dopiero wieczorem na skutek podwyższenia temperatury powietrza z wielkim hukiem nagle popłynęła znów - pojawiła się dosłownie na naszych oczach. To było niesamowite. Postanowiliśmy przenieść obóz w kierunku wulkanu Tołbaczik, wtedy jeszcze planowaliśmy go zdobyć i zobaczyć to jezioro kraterowe. Niewiele uszliśmy, bo się ściemniło. Obóz nasz stanął tuż naprzeciwko innego słynnego wulkanu Grupy Kluczewskiem Sopki - Bezimiennego.
Nazajutrz po przejściu kilku rzek lodowcowych, w których nogi odpadały z zimna i trudno było utrzymać równowagę, bo nurt był silny i słychać było przenoszone przez wodę głazy, zaczęła się burzliwa dyskusja. Padło pytanie, czy wycieczka w kierunku Tołbaczika ma sens. Zdania były podzielone. Z jednej strony targała nami chęć zobaczenia czegoś jeszcze, z drugiej zaś zdrowy rozsądek, który podpowiadał, że jeśli woda wzbierze jeszcze bardziej, możemy nie wrócić do tajgi na czas. Widzieliśmy przecież doskonale, jak szybko zmieniają się warunki hydrologiczne na skutek zmian temperatury powietrza. Czas okazał się priorytetem, bo samolot do domu mieliśmy na określony dzień, a spóźnić się na niego nie mogliśmy. No i kończyła się wiza, a z władzami rosyjskimi zadzierać nie chcieliśmy. Wszyscy zdegustowani sytuacją, w milczeniu udaliśmy się w miejsce naszego nowego obozu.
Kolejny dzień w tym samym miejscu z widokiem na Tołbaczik, który odtąd był tematem tabu. Chłopaki chodzili na buldery, zbieraliśmy ciekawsze okazy otoczaków skalnych w korytach rzek, skończył się kus kus, zostały same kaszki, no i na dodatek czasem padał deszcz. Było nam bardzo smutno.
Zbliżał się umówiony z panem busiarzem dzień powrotu do Esso. Pogoda była piękna, nad wulkanami tworzyły się bardzo ciekawe chmury w kształcie soczewek - czapy na szczytach. Wyszliśmy w drogę powrotną w towarzystwie dwóch brykających lisów. Szliśmy potokami lawy, tym razem jednak zajęło nam to dużo mniej czasu - znaliśmy już drogę. Po drodze spotkaliśmy wulkanologów z Pietropawłowska, którzy szli w kierunku Bezimiennego. Ten aktywny wulkan, dający o sobie znać co kilka lat, w tym czasie bardzo intensywnie dymił. Obóz rozbiliśmy nad znajomym jeziorkiem, które w tamtą stronę uratowało nam życie, nawet zażyliśmy kąpieli.
Na jutro zostało nam już tylko po kaszce mleczno - ryżowej na dwie osoby. I powrót przez tajgę, znów wśród tysiąca komarów. Gdy schodziliśmy minął nas Ural wiozący na górę wycieczkę i przeszło nam przez myśl, że będzie tędy wracał. Szliśmy dalej w wielkim upale i w końcu po kilku godzinach nadjechał całkiem pusty i chętny, żeby zabrać nas na dół. To była dla nas wielka ulga i atrakcja zarazem. Pana busiarza spotkaliśmy po drodze, już na nas czekał.
Zaczynaliśmy umierać z głodu, a w głowach mieliśmy wizję kanapek z pomidorem. Marzeniem jest takie jedzenie po długim czasie jedzenia tylko kaszek i sosów z proszku.
Dojechaliśmy do Esso, rzuciliśmy się do sklepu i przez cały wieczór nad basenem geotermalnym jedliśmy, ale nie dla wszystkich ta wyżerka skończyła się szczęśliwie. Całą piękną noc imprezowaliśmy w basenie i delektowaliśmy się ostatnimi chwilami pobytu na Kamczatce.
|