|
Jedziemy na Kaukaz
Jak narodził się pomysł naszego wspólnego wyjazdu na Elbrus -
to nie ma znaczenia. Faktem jest, że 30 sierpnia w czwórkę spakowani
jechaliśmy w stronę granicy białoruskiej. W Terespolu wymieniliśmy trochę
pieniędzy i pojechaliśmy do Brześcia. Zostało nam trochę czasu do odjazdu
pociągu do Mińska więc siedzieliśmy z tobołami na peronie i się nudziliśmy.
I wtedy po raz pierwszy zetknęliśmy się z dworcowym handlem, z którego
w drodze powrotnej, po przełamaniu nieufności i obaw co do jakości żarcia,
chętnie korzystaliśmy. Na każdym dworcu znaleźć można (chociaż to one same
szybciej cię znajdą) babuszki, które sprzedają pierożki, jabłka, wędzone
ryby, a raz to próbowano nam sprzedać garnki. Wszystko to najczęściej zawinięte
jest w gazetę lub worek foliowy, ale za to gorące i pyszne. Podróż pociągiem
via Ukraina trwa 42 godziny i jest lekko nużąca, za oknami widać tylko las,
stacje kolejowe i znowu las. Ale za to wewnątrz pociągu -Ameryka: czysta
pościel za 30 rubli, miła prowadnica (kierowniczka wagonu, która chętnie
pomagała przy formalnościach celnych), gorąca woda z samowaru i rosyjska
muza z głośników rozkręconych na full. I te wszystkie wygody w najtańszej
klasie "płackartnej". Przy okazji na własnej skórze przekonaliśmy się,
że okna otwierają się pomimo informacji w sieci, że tego nie robią.
Chłopaki trochę siły trzeba użyć! W czasie tej leniwej jazdy ciśnienie
podskakiwało nam tylko na przejściach granicznych, ale to tylko chwila
formalności, trochę pisania i wyjaśniania celu podróży i po bólu.
Od celnika ukraińskiego dostaliśmy także cenną radę: kagda wy nie
panimajecie szto ja gawarju, to wy gawaricie da, da i wsjo w poriadkie.
Tą zasadę stosowaliśmy do momentu gdy na Białorusi nie wywalili nas z pociągu,
ale o tym później.
W Kabardyno-Bałkarii
W Mineralnych Wodach z odległości koło 150 km zobaczyliśmy "naszą" górę;
dwa ośnieżone kopce wyglądały całkiem niewinnie. Stacją docelową był Piatigorsk.
Ledwo wytaszczyliśmy toboły na peron, a już dobiegł do nas "złotousty" i zaczął
przekonywać, że tylko on zna drogę pod Elbrus i zawiezie nas najtaniej
w mieście swoją Ładą. Gdy rzucił nam cenę: 100 dolców za 160 kilometrową
trasę, w kraju, w którym ropa kosztuje 70 groszy za litr, przestaliśmy
z nim gadać. W kasie dworcowej kupiliśmy bilety powrotne na tą samą trasę,
pomimo że białoruski pogranicznik powiedział, że nie możemy tą samą drogą
wrócić na podstawie pieczątki AB. Ale co tam będzie nam Rusek gadał! - skoro
wjechaliśmy to i możemy wyjechać (oj! jak bardzo się myliliśmy).
Gdy bilety mieliśmy w kieszeni (są tańsze niż na połączenie z ominięciem Ukrainy)
wyszliśmy na miasto poszukać bankomatu z czym nie było problemu w rosyjskich miastach.
Przed dworcem to już wszyscy "złotouści" (i to nie z powodu znajomości
retoryki: o Platona to się nawet nie otarli na półce w księgarni, ale uzębienia)
wiedzieli, że potrzebujemy transportu pod Elbrusa. Po długich negocjacjach,
z których mieliśmy furę śmiechu zdecydowaliśmy się, że jedziemy z Husainem
za 50 dolarów - my i nasz bagaż. W międzyczasie zapłaciliśmy jeszcze 300 rublowy
mandat (czyt. łapówkę) milicji za nie wpisanie adresu naszego miejsca pobytu
w Rosji na deklaracji celnej. I tłumaczenie, że Elbrus nie ma swojego adresu
nic nie pomogło. Papierek był źle wypisany i siano dla Ruskiej Władzy
się należało. Jednak nadal twierdziliśmy, że Rosjanie to cooltowi ludzie,
pogodni i chętni do pomocy, władza tylko jakaś taka chu...wata. Droga pod
Elbrus minęła szybko i już popołudniu byliśmy pod stacją kolejki na Elbrus.
Po drodze koniecznie trzeba odwiedzić w Tyrnauz urząd OWIR, w którym należy
zarejestrować swój pobyt na terenie Rosji. Cała procedura sprowadza się
do wbicia pieczątek z datą pobytu na druczkach, które otrzymuje się przy
przekroczeniu granicy i uiszczeniu 60 rubli. Ze znalezieniem tego urzędu
nie ma problemu. Mieści się obok parku, w którym stoi głowa Lenina.
W Terskole warto zarejestrować swoje wyjście na Elbrus u ratowników górskich.
Wtedy jest większa szansa, że w przypadku zaginięcia i nie wyrejestrowania
się w wyznaczonym terminie zaczną poszukiwania. Nieco większy kłopot jest
z mapami. Rosyjskie mapy są niedokładne, najczęściej są to "setki" ze słabej
jakości papieru , na których nie wszystko jest zaznaczone włącznie ze schroniskami
i punktami orientacyjnymi (kupić je można w sklepie kartograficznym w bocznej
uliczce w Piatigorsku ok. 500m od dworca kierując się w stronę centrum).
No dobra wracamy do meritum...
Do Prijuta
Pogoda tego dnia była świetna, słońce wysoko na niebie grzało niemiłosiernie,
zero wiatru i jakiejkolwiek chmurki większej od latawca - po prostu plaża!
Szybko kupiliśmy bilety na kolejkę, zjedliśmy miejscowy przysmak, chicziny
i już "szybowaliśmy" w powietrzu kierując się w stronę Elbrusa. Stacja Mir
znajduje się na wysokości 3500 m i z tego miejsca postanowiliśmy resztę
trasy pokonać na nogach. Nieco wyżej rozbiliśmy namioty i położyliśmy się spać.
Następnego dnia zjedliśmy szybkie śniadanie o świcie, spakowaliśmy toboły
i mocno nacisnęliśmy na pedały:), bo za plecami goniła nas gruba warstwa
ciemnych chmur, która zwiastowała tylko jedno: deszcz, śnieg, grad i co tam
jeszcze leci z nieba. Lewą stroną minęliśmy schronisko Garabaszi i ostro,
na ile pozwalały nam przyciężkie wory na plecach, ruszyliśmy pod górę do Prijuta
Odinnadcatowo.
Po tym schronisku zostały tylko wypalone mury (efekt pożaru
sprzed kilku lat), które pomimo nieosłoniętych otworów okiennych zapewnia
ochronę przed wiatrem i jest często wykorzystywane jako miejsce rozbijania
namiotów. Ruiny Prijuta stoją obok nowego schroniska o tej samej wdzięcznej
nazwie (niestety tam trzeba płacić za nocleg) oraz drewnianej "trzęsichatki",
którą ponoć postawił stomatolog razem z pielęgniarzem za 500 dolarów.
Tam też niestety pobierają opłaty za nocleg. Naprzeciwko tych schronisk
ciągnie się grzebień skalny, gdzie, jak dowiedzieliśmy się od spotkanych
po drodze Polaków, istniała możliwość rozbicia namiotów. Po dotarciu do tych
skał Rafi udał się na ich drugą stronę i wrócił do nas tak zadowolony, jakby
znalazł tam hotel z basenem. Ale gdy zobaczyliśmy co tam było, to także nam
uśmiech rozlał się po twarzy. Między skałami stały dwie chatki z napisami
cyrylicą świadczącymi, że należą do rosyjskich "GOPR-owców". Jedna z nich
jest kadłubem malutkiego samolotu, z odciętymi skrzydłami i ogonem
z nieśmiertelnym niebieskim napisem AEROFLOT. Rosjanie to z wszystkiego
potrafią zrobić schronisko, nawet z samolotu czy jak Garabaszi z beczek
po paliwie rakietowym.
Życie w bazie
Na naszą noclegownię wybraliśmy chatkę zastępcy naczelnika Elbruskiej
Poszukiwawczo-Ratowniczej Służby, z osobną kuchnią i sypialnią dla
pięciu-sześciu osób. Samolot zajmował Niemiec, który zatrzasnął przed
nami drzwi twierdząc, że jutro przyjdzie do niego kilku jego kumpli.
Oczywiście nie przyszli, kolejnego dnia także i następnego i...
I pomimo, że w samolocie jest miejsca dla co najmniej ośmiu osób to sam
mieszkał odprawiając nawet grupę pięciu Rosjan w środku śnieżycy
(mieliśmy nawet ochotę sprawić wredniakowi łomot). Jeszcze jedna rzecz
podnosiła wycenę tego miejsca - kibel! Dziesięć metrów dalej stał nad małą
przepaścią prawdziwy drewniany kibel!. Po dotarciu na wysokość 4200 metrów
zaczęliśmy odczuwać skutki rozrzedzonego powietrza- banie nam pękały z bólu,
oprócz Marcina, który był w życiowej formie i mógłby spokojnie biec maraton.
Dzień później przyszedł w odwiedziny do nas Jacek Teler, ...tak tak,
ten z zimowego K2, który przyjechał z 25 osobową ekipą turystów na Elbrusa.
Teler ma super poczucie humoru(?) - jego ulubiony dowcip to skutki zejścia
do trupozbiornika (pole szczelin lodowcowych poniżej trawersu). Chyba każdy
wie jakie są - na wierzchołek można dostać się w 5 sekund bezwysiłkowo -
jest się tak lekkim i uduchowionym, że ciepłe powietrze unosi na sam szczyt:)
Dowiedzieliśmy się od niego, że chatkę, w której spaliśmy, ratownicy
wykorzystują tylko w lipcu i sierpniu, a po sezonie tylko raz na tydzień ktoś
z nich wpada na krótko sprawdzić czy wszystko jest O.K. Przez okres,
gdy my tam byliśmy żaden ratownik do nas nie zajrzał. Usłyszeliśmy też
nieco na temat pogody w tym rejonie: no więc jeżeli wiatr wieje od strony
Gruzji to kilkudniowy kibel murowany, a gdy wiatr wieje z innych kierunków
to można spodziewać się i stabilnych okresów niepogody jak i tygodnia słońca.
I co do kibla to się sprawdziło, przez kilka dni od południa przetaczały
się przez nas niże zasypując nas śniegiem.
A gdy trzeba przeczekać okres niepogody to najlepszym lekarstwem są rozmowy,
szachy lub c z a s o p i s m a :) - prawdziwą furorę zrobił wrześniowy numer
Playboya z Edytą Olszówką (serdeczne dzięki dla mojej dziewczyny).
W trakcie jednej z takich egzystencjalnych pogawędek Rafi powiedział
sakramentalne słowa, a mianowicie: z nami to jest tak - siedzimy tu na górze,
marzniemy i jemy gówniane żarcie i zastanawiamy się co my tu robimy, ale
kiedy jesteśmy w domu to sobie myślimy: a może by tak gdzieś pojechać?
Następnego dnia nadal znajdowaliśmy się w środku
chmur, a że tabletki na ból głowy coraz słabiej działały, więc postanowiliśmy
dwójkami zejść do Terskoła, aby trochę odpocząć i odbudować formę; nie dotyczyło
to oczywiście Marcina, jemu nic nie było i zszedł na dół tylko dlatego,
że lekko zmusiliśmy go do tej decyzji.
Pierwsi zeszli na dół Rafi z Łukaszem, więc my postanowiliśmy zrobić
sobie mały rekonesans aklimatyzacyjny i wyjść do Skał Pastuchowa. Łatwo
nie było ze względu na silny lodowaty wiatr i ból głowy, ale do tych skał
doszliśmy. Tego dnia spotkaliśmy Damiana, opowiedział nam jak się tu znalazł...
i mocno wychłodziliśmy sobie organizmy, bo z powodu zdumienia nie mogliśmy
długo zamknąć ust. Damian razem z Czarkiem (Warszawa Rules!) wyjechali dwa
miesiące wcześniej na Kamczatkę, gdzie wspinali się na czynne wulkany,
oglądali wody Pacyfiku i wracali przez Syberię i Kaukaz do Europy.
Obaj spali w namiocie w ruinach Priuta, a że u nas były dwa wolne miejsca
w chatce to umówiliśmy się, że przeniosą się do nas. Nie przyszli, a jak!,
twardziele woleli marznąć i pół nocy nie spać czuwając by wiatr nie
rozerwał im namiotu.
Kolejnego dnia zmieniliśmy się z Łukaszem i Rafim. Teraz my szliśmy
na dół leżakować; acha, do Niemca kolejny dzień nikt nie przyszedł. A na dole:
ciepłe łóżko, ludzkie żarcie, krowy na drodze i ściana deszczu. Ale co tam,
ważne, że zapchaliśmy żołądek chiczinami w terskolskiej restauracji w kształcie
poznańskiej Areny - taki miły akcent, chociaż pyrów z gzikiem nie podawali.
Przy okazji sprawdziliśmy w internecie (jest na poczcie) prognozę pogody
na najbliższe dni. Miało się poprawić, nawet słońce świecić, ale niestety
dopiero za 4 dni. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy rano wstaliśmy:
niebo czyściutkie, a na środku lampa rozgrzana do białości. Popołudniu
byliśmy już z powrotem w chatce, do której w międzyczasie dotarli Damian
z Czarkiem i zaczęliśmy się szykować do nocnego wyjścia na szczyt.
Ale jak zwykle wszystko co piękne szybko się kończy, już wieczorem zaczęło
się chmurzyć, a w nocy przeszła przez nas burza i z wymarszu nici.
Atak na szczyt
Następnego dnia wszystkim morale mocno skoczyło w górę. Pogoda wyklarowała
się i wyglądała na ustabilizowaną, przynajmniej na kilka dni. Wstaliśmy
rano przed trzecią, zjedliśmy szybkie śniadanie z paczki, i już gotowi
szliśmy śladem tysięcy:), którzy podążali na szczyt przed nami.
Każdy z nas już był dobrze zaaklimatyzowany więc tempo marszu mieliśmy zawrotne
i w krótkim czasie dostaliśmy się pod Skały Pastuchowa. Od tego miejsca
było już "pod górkę" - lodowaty wiatr niosący bryłki zmrożonego śniegu
i zmniejszająca się wydolność z każdym pokonywanym w górę metrem.
O świcie zrobiliśmy sobie przerwę na fotki i dalej mozolnie trawersem
wzdłuż powbijanych tyczek zbliżaliśmy się do przełęczy. Niestety wiatr
zmusił Marcina i Czarka do powrotu do chatki: Marcinowi z braku dobrych
rękawic zaczęły marznąć i drętwieć dłonie, a u Czarka rozpoznaliśmy
pierwsze objawy odmrożenia na lewym policzku. Po dotarciu do przełęczy
najlepszą formę zachował Damian, który nie czekając na maruderów
(czyt. na mnie) ruszył zdobyć szczyt, czego dokonał około 10 rano jako
pierwszy z nas. Rafi z Łukaszem po udzieleniu mi pomocy w postaci
paracetamolu i paru kostek czekolady ruszyli jego śladem, a ja za nimi,
choć z powodu bólu głowy chciałem zawrócić z przełęczy.
No i dotarliśmy na szczyt... I tam dopiero wiało i było zimno!
Wracając do chatki Łukasz i Rafi znaleźli na przełęczy faceta,
który leżał na śniegu i nie do końca kumał co się z nim dzieje.
Dostał kubek herbaty i kumple pomogli mu zejść do Priuta. Później okazało
się, że koleś poczuł się słabiej na przełęczy, więc jego kumpel ruszył
na szczyt, a on miał czekać na jego powrót. No i o mały włos by się nie
doczekał i tylko dzięki sprawnej pomocy Rafiego i Łukasza oraz jego
kumpla, który w międzyczasie zszedł na przełęcz, cało wrócił do Prijuta.
Wieczorkiem dowiedzieliśmy się od niego, że jest jednym z tych gierojów,
którzy naczytali się w internecie, że w dwa dni można wejść na Elbrusa.
Ale takie historie nie zdarzają się wcale sporadycznie - poznani
w autobusie do Baksan Misza ze swoja dziewczyną opowiadali nam
o Rosjaninie, który siedział na śniegu nieopodal szlaku. Na pytanie
co tu robi? odpowiedział: "Czekam na tramwaj". Na wysokości 4800m
na lodowcu wypatrywał tramwaju - co za gość! Ale takie cuda z psychą
i ciałem wyczyniają zmniejszona ilość tlenu w powietrzu i tylko od
dobrego przygotowania organizmu zależy dotarcie na szczyt, od strony
technicznej Elbrus jest jak Gubałówka zimą, tylko trochę wyższy:)
Trzeba się liczyć także z wszelkimi niebezpieczeństwami jakie niesie ze
sobą załamanie pogody i szczeliny lodowcowe.
Wracamy do domu
Następnego dnia pożegnaliśmy Kaukaz i ruszyliśmy w drogę powrotną
do Piatigorska, tym razem autobusem (kursuje z Terskoł 2-3 razy dziennie)
za sto rubli!
Do odjazdu pociągu został nam jeszcze cały dzień, a że było
to za mało czasu na wypad nad czarnomorskie plaże, więc postanowiliśmy
zorganizować sobie nocleg i od rana zwiedzać miasto. W Piatigorsku żyje
około dwustuosobowa kolonia Polaków, zgromadzona wokół katolickiego
kościoła parafialnego. Odbywają się w nim wspólne spotkania Związku
Polaków, prowadzone są lekcje polskiego i akcje dobroczynne, a także
przy odrobinie szczęścia można znaleźć miejsce do spania w podziemiach
kościoła. Rano zjedliśmy śniadanie u księdza i poszliśmy na miejski targ.
Zakupiliśmy na nim spore zapasy przypraw, herbat i win gruzińskich oraz
trochę pamiątek, zrobiliśmy sobie zdjęcie z Leninem i popędziliśmy na
dworzec kolejowy żegnani przez Czarka i Damiana (wybierali się do Soczi i na Krym).
Droga powrotna nie różniła się niczym od poprzedniej: gorąca woda
w samowarze, muza w głośnikach, otwarte okno i pierożki z kapustą na
dworcach. Do momentu gdy o godzinie 23 dojechaliśmy do granicy
ukraińsko-białoruskiej. Do pociągu weszli pogranicznicy. My byliśmy
trochę spięci, bo w końcu mówili, że nas nie wpuszczą z powrotem via
Ukraina. Podszedł do nas ten sam, który nam o tym powiedział (co za pech!),
wziął paszporty do ręki, pośmiał się pod nosem i wyrzucił nas z pociągu!
I znowu żadne tłumaczenia, tym razem po rosyjsku, pokazywanie dokumentów
z pieczątkami i próby korupcji nie pomogły. Pierwszym pociągiem odesłali
nas na Ukrainę. Była północ z piątku na sobotę. Na peronie ukraińskiego
granicznego przejścia kolejowego kręciliśmy się jak kołki w wodzie nie
wiedząc za bardzo co robić. Oczywiście zaopiekowali się nami ukraińscy
pogranicznicy, którzy zwietrzyli jeleni do skasowania. Zapłaciliśmy 10
dolców za jakiś papier, którego okazania nikt się nie domagał i do dzisiaj
nie wiem na co on był nam potrzebny. W usługę była wpisana informacja
o sposobie dojechania do Kijowa: najpierw autobus do Czernichowa odjeżdżający
o ósmej rano i później przesiadka na pociąg.
A, że była dopiero pierwsza, więc skorzystaliśmy z zaproszenia celnika
Andrieja, już dobrze wstawionego na imprezkę w jego pakamerze. W ciągu pół
godziny zjawiły się dwie dziewczyny, obie Oksany i alkohol. Do jedzenia
był szwedzki stół: na środku stołu stała patelnia z kaszanką sprzed tygodnia
i resztkami makaronu. Każdy z nas dostał kubek do ręki (Rafi z resztkami
kaszanki, która leżała wszędzie:)), który pomimo naszych oporów co chwila
zapełniał się alkoholem. Andriej wlewał tyle w siebie, ile pije cała
rodzina na wiejskim weselu i opowiadał o czasach gdy był pilotem wojskowym.
Nie mógł też zrozumieć po co pojechaliśmy na lodowatego Elbrusa, a nie
w gorące Góry Krymskie (no właśnie?:)).
O czwartej Andriej poszedł spać i gdy zobaczyliśmy go dwie godziny później,
akurat kończył służbę, śladu po nim nie było widać całonocnego picia!
(pozdrawiamy cię Andriej). A my poszliśmy na pociąg do Bachmacza,
bo straciliśmy pewność, czy autobus na pewno dzisiaj przyjedzie.
Kogokolwiek spytaliśmy to podawał inną godzinę jego przyjazdu lub wyrażał
zdziwienie, że dzisiaj ma przyjechać. Z Bachmacza złapaliśmy pociąg do
Kijowa, później do Kowela i busem dostaliśmy się do Dorohuska.
I tam kolejne problemy i niezły ubaw. Celnicy podejrzewali nas
o przemyt broni i marihuany (bo wracaliśmy z Kaukazu!), której z pół
kilo znaleźli u Rafiego. To była zielona herbata z piatigorskiego bazaru,
ale zanim Ukraińcy to zrozumieli, Rafi miał już wywrócony plecak do góry
nogami. Marcin z Łukaszem wręczyli jeszcze ostatnia łapówkę dla pograniczników
i już pędziliśmy okazją do Chełma, stamtąd busem do Włodawy i Pekaesem
do Terespola, gdzie czekał samochód, którym wróciliśmy do domu przed
północą w niedzielę.
W wyprawie wzięli udział:
Rafał Lecyk, Łukasz Perlik, Marcin Żelazny, Mariusz Żelazny
|