Marek Klonowski
 - e-mail 
 - website
 
Korona Ziemi rowerem
CZĘŚĆ I -
Elbrus 2004
ELBRUS - Galeria
 
Korona Ziemi rowerem
CZĘŚĆ II -
Mt. McKinley 2005 - PLAN
Wieści z trasy .01
Wieści z trasy .02
Wieści z trasy .03
Wieści z trasy .04
Wieści z trasy .05
USA - GALERIA
 
Korona Ziemi rowerem - ElbrusKorona Ziemi rowerem - ElbrusKorona Ziemi rowerem - Elbrus

 
Marek Klonowski
Korona Ziemi rowerem
ELBRUS 2004

 

Pomysł na wyprawę powstał któregoś grudniowego popołudnia, kiedy to kolejny wieczór katowałem mój sypiący się komputer, męcząc się w Internecie. Tak mnie jakoś wzięło na wakacje, że postanowiłem zrobić cos konkretnego. Ostatnie "legalne" studenckie wakacje. Zacząłem się przygotowywać na kilka miesięcy przed wyjazdem. Sprzęt, mapy, wizy, sytuacja polityczna w rejonach do których się wybierałem, we wszystkim musiałem być na bieżąco. Do tego inżynierka, prawo jazdy, motor na balkonie, rower trzeba złożyć i ta cudowna dziewczyna. Ale jakoś się z wszystkim wyrobiłem. Spakowany, z 70 kilogramowym obładowanym rowerem, mnóstwem niepewności, ale pewnym optymizmem ruszam z pod ukraińskiej granicy. Już za Lwowem odsłania się przede mną piękno Ukrainy. Poruszam się dość sprawnie na mojej "bestii", cały czas mam kontakt z tym co mnie otacza, bezpośrednio odczuwam wiatr, deszcz i palące słońce. Kieruję się na południowy wschód w kierunku Krymu. Panuje tutaj bieda ale ludzie są niezmiernie przyjaźni widząc "pielgrzyma" na rowerze. W mojej podróży zawsze trzymam się z dala od dużych dróg i często jadę przez zapomniane wsie na których królują stare motory i zaprzęgi konne. Niema tu ciepłej wody a w nielicznych sklepach tylko podstawowe produkty. Po kilku dniach mam kryzys. Jest potwornie gorąco i teren bardzo górzysty. Zastanawiam się czy damy rade (ja i rower). Rozpatruje nawet szybszy powrót. Jednak nie poddaje się łatwo i po 7 dniach docieram do półwyspu Krymskiego. Tutaj zmiana otoczenia - jest to w zasadzie jedyny turystyczny obszar Ukrainy. Jadę wzdłuż całego wybrzeża. Krajobraz krymski jest przecudowny. Słońce, morze, stepy, lasy, góry, jest tu niemal wszystko jeśli chodzi o rzeźbę terenu.
          Wreszcie pełen obaw docieram do granicy z Rosją. Posiadam w paszporcie lewo zdobytą pieczątkę AB (która uprawnia do służbowego wjazdu do tego pełnego niespodzianek kraju). Ale udaje się. Jadę dalej na wchód w nieznane. Teraz już wiem że nic nie powstrzyma mnie przed zdobyciem najwyższej europejskiej góry. Ludzie w Rosji są niesamowici. Życzliwi i pomocni. Jadąc przez wioski nieraz miałem okazję napić się rosyjskiej wódki (bez zapitki oczywiście). Jedyne problemy w tym cudownym kraju zdarzyły mi się ze strony milicji, która potrafi legalnie "obrabować" cudzoziemca. Dostałem nawet mandat za jazdę po ulicy rowerem. Tereny przez które jechałem to kaukaskie republiki. Mnóstwo tam wojska i patroli, ale ci z kolei byli bardzo w porządku (dostawałem często od nich jedzenie a nawet raz zdarzyły się dwie butelki wódki). Tak czy owak docieram do podnóży Elbrusa. Tutaj niespodziewanie spotykam Rosjanina który przyjechał na rolkach z Moskwy. Ja zrobiłem 2600 a on 1600 km i obydwoje jechaliśmy 16 dni - niesamowite spotkanie. Zostawiłem rower u jego znajomej, spakowałem plecak, ubrałem górskie buty, zakupiłem zapasy na 5 dni i ruszyłem w górę. Ciekaw byłem jak mój organizm zareaguje na taką wysokość. Tego wieczora nocuję już na śniegu na wysokości około 3500 m. n.p.m. Widoczki są po prostu nie do opisania. Dwa wierzchołki Elbrusa wznoszą się dumnie wysoko nade mną i pięknie lśnią wiecznie ośnieżone w świetle pełni księżyca. W nocy marznę strasznie, ale rano ruszam ambitnie dalej. Dochodzę do 4100 m. W tym miejscu jest sporo namiotów, bo tutaj ludzie się aklimatyzują i jest tu w miarę bezpiecznie. Rozbijam tutaj namiot i zakładam "bazę".
          Wchodzę jeszcze tego popołudnia na 4800 m w ramach aklimatyzacji. Wracam potwornie zmęczony i okazuje się, że zjadłem niemal całe moje zapasy. Tak właśnie mój organizm w dość dziwny sposób zareagował na taka wysokość, byłem cały czas głodny. Spostrzegłem, że jeśli dziś w nocy nie ruszę na szczyt, to zabraknie mi jedzenia. Pomimo ogromnego zmęczenia postanowiłem zaatakować. Po najpiękniejszym zachodzie słońca jaki kiedykolwiek widziałem, najadłem się do syta i zasnąłem na kilka godzin. Po 2 pobudka, ciepła kasza z rodzynkami przyrządzona na mojej wysłużonej kuchence stawia mnie na nogi i ruszam ostro do góry. O wschodzie słońca jestem już na 4800 m. Widok niesamowity, ale wysokość daje znać o sobie. Poruszam się bardzo powoli, podpieram się ciężko na kijkach i coraz słabiej wbijam raki. Co kilkanaście minut padam na śnieg. Ciężko mi chwytać zimne powietrze. Wreszcie docieram na przełęcz. 5300 m. Tutaj mam potężny kryzys. Nie mogę się podnieść ze śniegu, głowa mi pulsuje, chwytam łapczywie powietrze, ale wciąż brakuje mi tchu. Zjadam resztę czekolady. W głowie tak, jakbym miał jakiś niezły chaos. Przypomina mi się nagle Agata (obecnie moja narzeczona) i jedna z piosenek U2. To mnie niesamowicie mobilizuje. Postanawiam, że wejdę tam, na szczyt Europy i krzyknę w kierunku Gryfina że ją kocham. Niewiadomo skąd bierze się we mnie energia na ten najcięższy odcinek. Jeszcze 1,5 h i jestem na szczycie. Jak się tu znalazłem nie wiem, ale nic już mnie nie obchodzi. Ustępuje zmęczenie i pojawia się nieopisane uczucie szczęścia. Udało się. Jestem tutaj. Po stronie życia, przeciwko śmierci, wbrew ciemnościom. Przez moment czuję się cudownie.
          Po półgodzinnym odpoczynku pogoda momentalnie się psuje. Zrywa się ogromny wiatr i wszystko przykrywają obmywające szczyt chmury. Momentalnie jestem cały oszroniony. Powoli ostrożnie schodzę w dół do mojego namiotu na 4100 m. Wiem, że każdy nieprecyzyjny krok, czy potknięcie się w rakach, może kosztować mnie wiele. Jednak po kilku godzinach, totalnie wyczerpany, docieram późnym popołudniem do namiotu. Dostaję trochę jedzenia od innych Polaków i zapadam w upragniony sen.
          Następnego dnia wydaje mi się jakbym całą drogę szurał twarzą po śniegu. Usta mi popękały tak że ledwo mogłem coś do nich włożyć i w ogóle wszystko było napuchnięte. Schodzę na sam dół, odbieram rower i kontynuuję moją podróż wokół Morza Czarnego. Jadę dalej na wchód. Nie udaje mi się dwukrotne przekroczenie granicy Rosyjsko-Gruzińskiej. Docieram kilkadziesiąt kilometrów od Czczeni. Jest tu mnóstwo wojska. Niestety kolejny raz nie przepuszczają mnie przez granicę. Okazuje się ze jedyna możliwość wjazdu do Gruzji to droga morska. Wsiadam więc cudem do rosyjskiej kolei i wracam nad Morze Czarne. W Soczi wsiadam w prom (jeśli to kopcące żelastwo można tak nazwać) i wieczorem jestem w Gruzji. Wbrew wszelkim opiniom jakie słyszałem, jest to całkowicie bezpieczny kraj i milicja o niebo lepsza niż w Rosji. Przejeżdżam szybko te prześliczne tereny i już jestem w Turcji. Niby w Azji a jednak bardziej europejsko. Jadę wzdłuż wybrzeża. Poświęcam 3 dni na zdobycie najwyższej góry pasma Kackar 3932m n.p.m. i w zasadzie tutaj przekraczam półmetek mojej trasy. Teraz niemal 2 tygodniowa podróż wzdłuż tureckiego górzystego wybrzeża. Trasa wprost niesamowita, na licznych serpentynach straciłem klocki hamulcowe i setki litrów potu. To była prawdziwa walka z własnymi słabościami. Tutaj kończy żywot też tylnia opona. Ale mimo ogromnych upałów, ciągle poruszam się na zachód. W Istambule wracam do Europy i czuję się już prawie jak w domu. W Bułgarii żegnam się z Morzem Czarnym i kieruję się teraz do Rumuni.
          Kolejny kraj który zaskoczył mnie swym pięknem i zróżnicowaniem terenu. Górskie asfaltowe serpentyny potrafią wznieść się tutaj na 2 tyś metrów. Po drodze mijam głównie same wioski i prześliczne tereny a na szosach często brak asfaltu, ale za to mnóstwo zaprzęgów konnych i sypiących się rowerów. Zdobywam najwyższy szczyt tego kraju (Moldoveanu 2544m.n.p.m.) i coraz bardziej stęskniony jadę dalej na północny zachód. Szybko przejeżdżam płaskie Węgry i już jestem w królestwie ciemnego piwa (o którym marzyłem od początku Turcji) czyli Słowacji. Żeby załadować do pełna plecak przygód postanawiam zdobyć najwyższą górę Tatr, Gerlach , którego próba zdobycia niemal nie skończyła się tragicznie dwa lata temu. Zostawiam rower na 1600 m. i ruszam ostro w górę. Pogoda nie dopisuje i nie udaje mi się wejść tego wieczora, więc nocuje awaryjnie na Zadnim Gerlachu. Jak tylko się rozjaśniło, z rana atakuje szczyt. Po 2 h jestem w niebie. Niesamowite uczucie szczęścia i spełnienia. Po całym ciele przechodzą mi dreszcze.
          Wszystko się udało. Jest cudownie. Teraz już tylko powrót do domu. Jestem tak szczęśliwy i przepełniony energią, że jeszcze tego samego dnia dopedałowuję do Zakopca, skąd PKP do Gryfina i prosto do Agatki do Steklna pędzę. Zastaję ją na drodze i po prostu zapominam wszystko gdzie ja byłem. Przesada. Wskakujemy w ubraniach do jeziora i nic już nie jest ważne. Jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I tak już pozostanie na zawsze !
          Trochę szczegółów na koniec. Pokonałem 6800 km. rowerem, około 2500 km. koleją w Polsce i Rosji i z 250 km. wodolotem. Nawet nie policzę ile kilometrów w pionie przeszedłem i przejechałem. Udało się zdobyć Elbrusa 5642m, Soviecki Voin 4100 m, w górach Kaukazu. KackarDagi 3932m w tureckich górach Kackar, najwyższą górę Rumunii Moldoveanu, oraz Tatrzańskiego Gerlacha. Wyprawa trwała dokładnie 58 dni i kosztowała mnie około 400 $. Niewiem czy to odpowiednie miejsce żeby to pisać, ale uważam że te dwa miesiące samotności przygotowały mnie bardziej do życia i nauczyłem się więcej, niż przez rok spędzony w naszej ślicznej uczelni.
          Wycieczka moja miała chyba na celu udowodnienie sobie i innym że wszystko w życiu jest możliwe. Wystarczy zaufać sobie, nie poddawać się i dążyć do realizacji swoich marzeń i pragnień. Bo dlatego chyba żyjemy, nie ? No i wtedy życie ma sens. Kończę już te nudy, pozdrawiam wszystkich czytających do końca. Marek z Gryfina. mruwa.


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 8 9 następna strona do góry