|
Pomysł na wyprawę strzelił we mnie jak piorun w momencie, kiedy pewien 53-letni mężczyzna
spytał się mnie, jakie jest moje marzenie... Odpowiedziałem, że chciałbym zdobyć najwyższe
szczyty wszystkich kontynentów dojeżdżając do ich podnóża na rowerze.
Ten sympatyczny starszy pan na imię ma Rene pochodzi z Kanady, od trzech lat był w drodze...
ROWEREM !!! Powiedział skromnie, że jedzie dookoła świata (została mu Azja i Australia)
spotkałem go w Turcji, (kiedy wracałem rowerem z Kaukazu).
Dziś wydaje mi się, że to nie ja wymyśliłem ten pomysł, ale że to pomysł z n a l a z ł mnie...
No więc, pora rozpocząć drugą część tego długoterminowego planu - "Korona Ziemi rowerem".
W 2003 roku odbył się pierwszy etap tego projektu, kiedy to pojechałem na Kaukaz i zostawiając
rower u podnóża, zdobyłem najwyższą europejską górę - Elbrus (Kaukaz). Kolejną górą na liście
Korony Ziemi, czyli najwyższych szczytów kontynentów jest Mt. McKinley (6194m.n.p.m.)
Jest on najwyższą górą na kontynencie Ameryki Północnej. Położony na Alasce, charakteryzuje
się bardzo zmiennymi warunkami pogodowymi, co jest spowodowane wpływem bliskości Oceanu Spokojnego.
Aby wejść na McKinleya, trzeba pokonać blisko
4000 metrów, dzielących wierzchołek od bazy na lodowcu Kahiltna. Dodatkowym utrudnieniem
są lodowce, spływające z góry, liczne szczeliny, silne wiatry i niska temperatura.
Widok na Mount McKinley znad leżącego na północ jeziora Wonder to jeden z najbardziej
majestatycznych widoków górskich na świecie. McKinley i masyw Alaska wyrastają niespodziewanie
z arktycznej tundry i otaczających je nizin. To właśnie dlatego jedno z plemion alaskańskich
Eskimosów, Inuici, nazwali górę - Denali, czyli Najwyższy lub Tron Słońca.
Poniższy opis będzie dla niektórych bardzo chaotyczny i niepełny. Będę go uzupełniał
w brakujące szczegóły w trakcie postępu organizacji...
Ale jakiś plan musi być...
Plan podróży jest jeszcze bardzo niesprecyzowany, ale doświadczenie mnie nauczyło, że
nie ma co planować trasy przed wyjazdem. Wyprawa żyje własnym życiem, sama dostosowuje
się do zastanych warunków. Na pewno na początek pojadę w kierunku Kanady, przez wodospad
Niagara, nad wielkimi jeziorami i później dalej wzdłuż Gór Skalistych. Będę miał niemal
3 miesiące na dotarcie na Alaskę. W czasie tym planuję także powspinać się trochę w innych
górach (żeby odpocząć od roweru). Data dojazdu pod Mt. McKnley musi być jednoznacznie
określona (bo takie są wymogi władz Parku Denali, do których trzeba wysłać wypełniony
formularz minimum dwa miesiące przed przybyciem). Więc na początku czerwca docieram do
parku, przechodzę tak zwany "check in", biorę worek na śmieci i rozpoczynam walkę z górą
i samym sobą. Skoro w tak alternatywny sposób mam zamiar przejechać Amerykę, to nie będę
wsiadał w awionetkę (jak robi 96% alpinistów) żeby przelecieć 100 km na lodowiec skąd
zaczyna się klasyczną drogę "west buttress" (setki turystów z całego świata podąża tą
trasą - 50 % z nich dochodzi na szczyt).
Na szczyt spróbuję wejść trasą przez lodowiec
Muldrow. Czyli od strony północnej (w 2004 roku nikt nie wszedł tą trasą - zastanawiam
się czy było nią jakieś polskie wejście?) No i mam nadzieję, że pogoda pozwoli mi na w
miarę wyrównaną walkę. Pozwolenie na działalność górską ważne jest miesiąc, myślę że
wystarczy mi tyle czasu. Najbardziej obawiam się zimna i szczelin, ale jestem dobrej
myśli. Bez ryzyka nie ma sukcesu... Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ta góra to nie
przelewki, dlatego przygotowuję się do niej dobrze...
Istotną sprawą są też tereny, przez które będę jechał, Kanada i Góry Skaliste, daleka
północ, białe noce, dzikie rejony i zwierzęta, natura, parki narodowe, to tylko część
z atrakcji... W Kanadzie niemal 60% energii wytwarzanej jest przez elektrownie wodne.
Jedną z zasad moich wszystkich podróży jest omijanie głównych szlaków, więc często
odkrywam niesamowite miejsca nie opisane w żadnym z przewodników.
Później, pozwiedzam na pewno, w miarę możliwości Alaskę. Kolejny etap to powrót,
zjadę na południe. Prawdopodobnie z Vancouver wrócę do domu.
Ktoś może pomyśleć, że za dużo się naczytał Jacka Londona, chłopak. Zobaczymy ...
Wszystko, co tylko się da będę pokonywał moim kochanym niezniszczalnym jednośladem,
na którym odbyłem już dwie eskapady rowerowe (wokół Morza Czarnego - ze zdobyciem Elbrusa,
oraz wokół Skandynawii z psem na przyczepce.) Szacunkowo trasa do góry to około 6,5 tyś. km.
a później jeszcze ze 3,5 tyś. Trasę mam zamiar pokonać w czasie do 5 miesięcy.
Przede mną ogromna ilość pracy, przede wszystkim niezbędne wizy. Planuję też zdobycie
przyczepki rowerowej do transportu sprzętu. Mt. McKinley jest bardzo zimną górą, więc nie
upakuję się we wszystkim w 4 sakwach. Poza tym przyczepka jest bardzo wygodna i będę mógł
zabierać więcej zapasów i uniezależnić się od osad ludzkich.
Na początku lutego wyjeżdżam w Tatry sprawdzić sprzęt. Spróbuję przejść tyle grani
ile zdołam, od Wołowca na wschód.
Więcej szczegółów będę zamieszczał w trakcie rozwijania się projektu.
W przypadku gdybym złapał dobry kontakt z jakimś patronem medialnym, mógłbym zabrać
laptopa, przysyłać cotygodniowe relacje z postępu wyprawy, zdjęcia i filmiki.
Uważam, że pomysł jest dobry, oryginalny i 100% mój. Kto wie jak to się wszystko potoczy...
Nigdy nie mogłem utrzymać mych wodzy fantazji... Moje marzenia mają siłę, same chcą
się realizować - nic nie mogę na to poradzić...
Pozdrawiam wszystkich czytających do końca.
Marek z Gryfina.
|