|
Bristol Bay Fishing & Katmai NP
3.30 a.m. Wyskakujemy z ciepłych spiworków, oczy przekrwione.
Kawa z mlekiem, gorąca czekolada w termos. Wciskamy się w mokre
przesiąknięte rybim zapachem sztormiaki. Na łódce zakładamy
światła i 90 konny silnik zabiera nas 3 mile w górę rzeki.
Dobijamy do brzegu na naszym miejscu. W błocie i mule odbijają
się przepiękne kolory wschodu słońca. Mocujemy boje i sieci.
Dokładnie o godzinie ustalonej przez Alaska Fish and Game,
wyciągamy sieci. Pierwsze łososie szamoczą się w wodzie. Po
ustawieniu sieci dryfujemy chwilę popijąjac gorącą czekoladę.
Oddajemy się magicznej chwili ciszy i wschodu słonca.
Sprawdzamy sieć, wyciągamy ryby. Wracacamy do naszej chatki na
1,5 godzinną drzemkę. Budzimy się jeszcze bardziej zakręceni
niż o 3. Przypływ zmienia się w odpływ i trzeba przestawić
sieci, wybrać ryby. Gdy dzień jest dobry wyciągamy sieć raz za
razem wyciagając z niej mnóstwo łososia. Na łódkach pracuje od
2 do 4 osób (my w trójkę). Silny i doświadczony zespół w dobę
potrafi złowić 7,5 tony łososia. Po południu dostarczamy ryby
do tendera. Wracamy do bazy, kolejna drzemka. Kolacja I rundka
quadem po czarnej plaży, parę fotek i do lóżka. Pobudka za 3
godziny i wszystko jeszcze raz.
Nad Bristol Bay spedziłem 3 tygodnie. Objadłem się łososia na
zapas. W miejscowości King Salomon przełożyłem mój lot do
Anchorage o tydzień i ruszylem do Parku Katmai. Jeśli chodzi o
niedźwiedzie, to zdjęcia powinny mówić same za siebie.
Pierwszego dnia pod wieczór ruszyłem w kierunku doliny 10000
ogni (valley of 10000 smokes). W strachu przed niedźwiedziami i
z powodu braku wody zrobiłem dokładnie 21 kilometrów bez ani
jednego zatrzymania czy odpoczynku (myslałem że mi plecy
odpadną). Następnego dnia, po paru km. załapałem się na autobus
który zawiózł mnie do końca drogi (która cała ma 23 mile). W
ten sposób zaoszczedziłem 100 $. Kolejne 12 mil, po
przekroczeniu dwóch rzeczek, wiedzie po wulkanicznym pyle I
pumeksie. Do schronu (opuszczone 2 baraki geologów na Baked
Mountain, docieram pod wieczór. Krajobraz jak na księżycu.
Poznaję tam 3 Amerykanów, którzy także skończyli połowy i
przylecieli tu odreagować 6 tygodni bez lądu.
Valey of 10000 smokes powstała po erupcji Novarupta w 1912
kiedy to nastąpiła tu największa erupcja 20 wieku. Gdyby
erupcja ta nastąpiła na Manchatanie, nikt by nie przeżył a
wybuch słyszany by był w Chicago. Szczyt najwyższej w okolicy
gory Katmai, zapadł się do środka i powstało jezioro na górze o
wysokości około 5000 stóp. Erupcja wywaliła 6 mil sześciennych
pyłu który przykrył całą okolicę. Szcześliwie nikt nie zginął.
Okoliczni mieszkańcy opuścili domy przed erupcją (kierowani
czystym instynktem i zachowaniem zwierząt).
Postanowiłem wejść na jeden z wólkanów - Trident. Pogoda
fatalna, nie wziąłem ze sobą raków i tylko za pomocą GPS w
chmurach i deszczu, wybijając stopnie w miękkim śniegu, pod
wieczór dotarłem na szczyt, gdzie zmuszony byłem nocować.
Znalazłem "dobre" miejsce na nocleg i rozbiłem namiot. Okolo 22
zerwał się silny wiatr. Wiatru takiego jeszcze nie
doswiadczyłem nigdy. Myślałem, że odlecę razem z namiotem, który
za chwilę porwie się w strzepki. Szybka decyzja o zdjęciu
namiotu z kijków i nakryciu się nim okazała się za późna. Jak
tylko otworzyłem drzwi straciłem tylną ścianę, rozpruła się w
poprzeg na całej długości. Jakoś udało mi się nakryć podartym
namiotem i zwinąć w kulkę. Leżę tak mokry i nie jestem w stanie
słyszeć własnych myśli. Zastanawiam się, jak długo może tak wiać
i czy do rana zdąży dopaść mnie hipotermia. Po 40 min. zupełnie
przestało wiac. Brak najmniejszego podmuchu. Oglądam straty.
Namiot do wyrzucenia. Zaczyna padac i już prawie ciemno. Na
pocieszenie topię śnieg na gorącą czekoladę. Niestety po 10
minutach to samo. Szybko gaszę kuchenkę, nakrywam się szczelnie
namiotem i leżę zwinięty w kulkę. Zimno, mokro, potężnie wieje
i kości bolą bo niemogę się ruszyć.
Tracę poczucie czasu.
Czasem przestaje wiać na chwilę ja jednak się nie ruszam, bo
wiem, że znowu zacznie. Mokry śpiwór nagrzał się w niektórych
miejscach, więc zwalaczając bolące barki nie ruszam się bo
nie chcę utracić tego ciepła. Nie wiem jak, ale tak dotrwałem do 6
rano. Przez chwilę szczyt wyszedł nad chmury miałem więc okazję
spojrzeć na moją drogę powrotną. Zupełnie dygocząc nie wiem
jakim cudem wcisnąłem wszystko do plecaka. Widok przecudowny,
nie mam jednak ochoty go podziwiać, myslę o tym tylko, żeby zejść
niżej, schować się od wiatru. Zmusiłem się, żeby zrobić jedno
zdjęcie - nieostre jak sie później okazało.
Udało się zejść. Wróciłem do baraków. Znalazłem tam jakiś
stary śpiwór częściowo pokryty grzybem, w którym spędziłem
kolejną noc. Następnego dnia pogoda się poprawiła nieznacznie,
wysuszyłem wszystko, pobrykałem po okolicy, jeszcze jedną noc
I wróciłem do Brooks Camp fotografować niedźwiedzie. W
niedzielę do Anchorage, nowy namiot i autostopem do Talkeetny,
gdzie obecnie jestem. Jutro wysyłam mój sprzęt do wspinaczki i
parę "zimowych" rzeczy do domu i za parę dni rozpoczynam drogę
powrotną. Mam nadzieję, że uda mi się przekroczyć granicę z
Kanadą mimo mojej "single entrance visa".
To chyba tyle - pozdrawiam wszystkich serdecznie - Marek
p.s. tesknię za Agatką i polskim piwkiem ...
|