Marek Klonowski
 - e-mail 
 - website
 
Korona Ziemi rowerem
CZĘŚĆ I -
Elbrus 2004
ELBRUS - Galeria
 
Korona Ziemi rowerem
CZĘŚĆ II -
Mt. McKinley 2005 - PLAN
Wieści z trasy .01
Wieści z trasy .02
Wieści z trasy .03
Wieści z trasy .04
Wieści z trasy .05
USA - GALERIA
Nowa wyprawa Marka KlonowskiegoNowa wyprawa Marka KlonowskiegoNowa wyprawa Marka Klonowskiego

 
USA 2005 - wieści z trasy .05 POWRÓT

 

Powrót Alaska - Gryfino

No i jestem już w słonecznym Gryfinie. Pozostaje tylko napisać parę słów o drodze powrotnej. Nie mogę się tylko zdecydować na muzykę, jaką sobie włączyć?

Po powrocie z parku Katami (gdzie straciłem namiot) pozostaje tylko pożegnać się z ludźmi, wysłać mój ciężki sprzęt wspinaczkowy, 20 godzin filmu do domu i kupić nowy namiot. Po paru dniach jestem gotów i stoję na drodze z zamiarem opuszczenia Alaski. Moja pierwsza jazda to dwie dziewczyny "hipivanem" i namawiają mnie na kolejny festiwal "bluegrass", który w sumie jest mi po drodze. Tam spotykam Gitę, kobietę, która 25 lat mieszkała z dala od cywilizacji na północy Alaski, więc odwiedzam ją też i jej 3 synów. Wreszcie 1 lipca w samo południe stoję na drodze. Po dwóch dniach dojeżdżam 40 mil do granicy z Kanadą. Znów jestem na słynnej "Alaska highway". Wiem, że z następnym kierowcą przejadę najmniej kolejne 2 dni i kierowcy to wiedzą, dlatego jest to najcięższe miejsce na łapanie okazji. Po nocy i około 6 godzinach następnego dnia zatrzymuję się młody koleś, (który o dziwo jedzie w przeciwną stronę). Okazuje się, że utknął na Alasce bez prawa jazdy i nie ma jak wrócić do domu (długa historia zresztą). W rezultacie prowadzę jego auto 4 dni przez Kanadę i takim sposobem znajduję się w stanie Waszyngton. Nie powiem już o tych godzinach spędzonych na obydwu granicach, bo to dość ciężko wytłumaczyć zarówno jego historię, jak i moją. Jednak udaje się. Rozstajemy się po 4 dniach morderczej jazdy, (aaa, zapomniałem napisać, że kolega był dość rozrywkowy i w dodatku obchodził 21 urodziny).

W małym miasteczku Port Townsend, próbuję lokalnego browaru i poznaję byłego żołnierza, który 6 lat mieszka na żaglówce i ani razu jeszcze nie pływał. Obiecałem mu, więc że pożeglujemy jego lodzią następnego dnia. Wyszło na to, że żeglowaliśmy sobie dwa następne dni z wielką uciechą dla obydwu.

Poczułem jednak, że muszę ruszyć się trochę. Wybrałem się więc na 6 dniowy wypad do Olimpic National Park, który był 40 mil dalej. Mój pierwszy park, nie na Alasce, okazał się bardzo ciepły, zwłaszcza w jednym z niewielu pozostałych na świecie lasów deszczowych, w którym mimo cienia od wielkich drzew cieplej jest niż na słońcu za lasem. Do tego, w parku zaskakuje duża ilość zwierząt i małą ilość ludzi. Najwyższa góra parku ma niecałe 7000 stóp.

Po "odsapnieciu" od aut i ludzi wracam na drogę i kieruję się na południe. Czas na moje pierwsze spotkanie z zimnym Oceanem Spokojnym i surferami. I tak sunę na południe przez kolejne parę dni. W planie mam dojechać do Kalifornii północnej i odbić na wschód przez Nevadę. Los jednak chce inaczej. Zatrzymuje się Kelly, który jest swego rodzaju wynalazcą. Obecnie pracuje nad solą z dodatkiem czegoś i wprowadza to na rynek. W każdym bądź razie, bardzo mnie polubił i spedziłem z nim następne dwa dni. Poprobowalem troche kalifornijskich win, ktorych Kelly jest koneserem i pierwszy raz w zyciu jadlem mieso z lamy. Pozniej zadzwonil do swojej przyjaciolki spod San Francisco, ze musi mnie przejac. No i w sumie patrzac na moja kilkumiesieczna tulaczke i piekno oceanu spokojnego zostalem kilka kolejnych dni w malej miejscowosci o brzmiacej nazwie ?Half Moon Bay?. Poznalem troche mlodziezy, troche tez pochodzilem po okolicznych gorkach, powylegiwalem sie na plazy, nie odmawialem sobie kapieli w oceanie, wyciagnalem chlopakow na piwo na srodek ?Golden Gate Bridge? i tak zlecialo. W rezultacie postanowilem przejechac do Nowego Jorku pociagiem. Bylo to bardzo dobre rozwiazanie, bo bym sie chyba usmazyl po drodze jadac na stopa. Wiec jechalem sobie 4 dni pociagiem, poczatkowo przez przepiekne tereny zachodu, pustynie i gory skaliste, kanionem Kolorado a pozniej nudne rowniny wschodu. Wysiadlem na ostatniej stacji przed Nowym Jorkiem. Po 4 dniach w klimatyzowanym pociagu zlalem sie potem w ciagu 40 sek. Kolejnego dnia pojechalem do Dana odebrac rower. Pozniej zaladowalem sie na ostatnia prawie stacje nowojorskiej kolejki i w poludnie znalazlem sie w srodku Manhatannu. Los chcial, ze moj brat od 10 dni mieszka gdzies na poludniowym Brooklynie, wiec mialem gdzie spac i zostawic caly sprzet.

Zostalo mi 4 dni na doswiadczanie Nowego Jorku. Wybralem oczywiscie nocne ?zwiedzanie? i nie bede juz tu opisywal szczegolow, ale ani sie zorientowalem a zasuwam juz rowerem na JFK, co okazuje sie jedna z bardziej morderczych jazd w moim zyciu ( zreszta jak kiedys ktos probowal dojechac na jeden z terminali rowerem, to wie o czym mowie). Lot leci szybko, bo cala droge probuje nadrobic kilkumiesieczny brak filmow. W Warszawie jestem pod wieczor. Wyjezdzam za miasto to jest juz ciemno. Pierwsza rzecza, jaka kupuje jest szczecinski kawior (czyli paprykarz szczecinski), chleb i browarek. I jest to moja uczta zycia. Jestem tak wykonczony po ostatnich 6 dniach, ze juz nie wiem czy spac czy spac, bo mysle tylko o tym zeby gdzies przespac z 20 godzin. Rano organizm sie buntuje i budze sie z lejaca sie krwia z nosa. Jednak za taka niesubordynacje karam swoj organizm 175 kilometrami w ciezkim upale. Wypijam okolo 12 litrow plynow i juz mi lepiej. Kolacja podobna jak poprzedniego wieczora z tym wyjatkiem ze jest pasztet i jeden browar wiecej. Kolejnego dnia dojezdzam o Suwalk (Suwalek he he oni niecierpia jak tak sie pisze) gdzie wesele Adriana i Maliny nastepnego dnia mialo sie odbyc.

Spotykam sie z cala chmara chlopakow z szalonego zycia studenckiego i zapominam juz o Alasce i stanach. Zapominam o wszystkim oprocz jednej osoby ? Agatko kiedy ja cie zobacze wreszcie ? Na koniec ostatnia piekna polska przygoda. Wracajac z Elku do Szczecina koleja znika czarodziejsko mi portfel (bez specjalnej zawartosci zreszta). Nie ukrywam ze spalem jak zabity? Ze Szczecina musze pedalowac o 5 rano (bo w portfelu byl bilet), ale za nagrode mam wspanialy wschod slonca i spotkanie z Fibim nad Odra (ktory to odbywajac swoj codzienny poranny spacer nie mogl uwierzyc wlasnym oczom i wechowi). Nie bede juz tu opisywal szczegolow, ale jego fafel ciagle lezy tuz przy mojej nodze a gdy mowie ?idziemy? iskierka mu sie w oku zapala z nadzieja na dobra zabawe. Biore wiec smycz, maszerujemy radosnie za most, znajdujemy ?patyczka? i leci ? Dobrze ze juz wrocilem?

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, mam nadzieje ze relacje i zdjecia nie nudzily na smierc? Wszystkiego dobrego ?

Marek z Gryfina

 


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 8 9 do gуry 
猼牣灩⁴祴数∽整瑸樯癡獡牣灩≴㰾ⴡਭ潤畣敭瑮眮楲整湬✨✼✫捳❲✫灩⁴祴数∽整瑸樯癡獡牣灩≴猠捲∽瑨灴⼺栯浯⹥楨⹴瑳瑡瀮⽬❟⠫敮⁷慄整⤨⸩敧呴浩⡥⬩⼧捳楲瑰樮㽳摩渽扣㉲彘牶歅兡ぴ彶倸䝟搶⹺㉬⹉佃啉䝪㑊⸷挲塡㤮∷㰾✯✫捳❲✫灩㹴⤧਻⼯ⴭ㰾猯牣灩㹴