Maroko 2002
Informacje praktyczne
Galeria

 

 
  
Grzesiek
na Czarnym lądzie
 
Grzegorz Lewocki
 
Hong Kong,
Macau, Filipiny
 
Grzegorz Lewocki
 
Maroko 2002 
Grzegorz Lewocki
 
Lądem
do Kambodży
 
Grzegorz Lewocki
 
32 dni
w Indochinach
 
Grzegorz Lewocki
 
Ukraina - śladami polskich warowni 
Grzegorz Lewocki
 
Samochodem
na Krym
 
Grzegorz Lewocki
 
Włoskie wakacje 
Grzegorz Lewocki
 
Kanał Ostródzko-Elbląski 
Grzegorz Lewocki
 

 
Grzegorz Lewocki
Maroko 2002

Marzenie się spełniają teraz to wiem, nie wszystkie co prawda, ale myślę, że jak się będę bardzo starał to nawet te, które na początku uważam za najbardziej niewykonalne uda mi się zrealizować. Tak było z Marokiem.

 

Pragnienie wyjazdu właśnie tam, do jednego z krajów Mahrebu pojawiło się w mojej głowie pod koniec 1998r., kiedy to jeden z moich znajomych, który już był w Maroku pokazywał mi swoje wspaniałe zdjęcia. Zdjęcia te połączone z niesamowitą opowieścią o Górach Atlas, Saharze, Marakeszu, Fezie sprawiły, że zdecydowałem, że muszę tam się udać koniecznie. Po czterech latach marzenie to stało się rzeczywistością...

Warszawa - Mediolan - Casablanca.
Dzień 1

Samolot z Warszawy startuje z 1,5 godzinnym opóźnieniem. Martwię się ponieważ, gdy samolot się jeszcze bardziej opóźni podczas samego lotu to będę miał bardzo mało czasu na przesiadkę w Mediolanie i może przyjdzie mi spędzić tam noc.

Na szczęście na lotnisku czeka już i to tylko na mnie ktoś z obsługi i prowadzi do samolot odlatującego do Casablanki. Po drodze po raz pierwszy na wykrywaczu metalu muszę zdejmować pasek od spodni i buty, których metalowe sprzączki sprawdzają służby lotniska. Nie protestuję, ponieważ chcę zdążyć na samolot. Paraduję więc bez butów po niezbyt czystej podłodze, podtrzymując opadające spodnie. Z godzinnym opóźnieniem wylatuję do Maroka.

Muzyk, fot. Grzegorz Lewocki

O 22.30 jestem na marokańskim lotnisku. Część moich złych przeczuć sprawdza się jednak. Bagaż nie trafia za mną do samolotu. Zgłaszam fakt jego zagubienia i idę na ostatni autobus o 0.15 z lotniska do Casablanki. Do jej centrum oprócz autobusów dwóch linii "CTM" i "AEROBUS", które kursują na przemian co godzinę, można się dostać koleją, ale o tej porze nie było już połączeń tego ostatniego rodzaju. Cena biletu autobusowego 40 DH lub 4 Euro albo 4 USD, pociąg to wydatek 30 DH. Taxi 150 DH w górę.
(Biuro AEROBUS tel. 212-22-36-33-17/21 e-mail: locaburo@marocnet.net.ma). Na lotnisku 1 USD = 11,383 Dihram marokańskiego (DH).

Po godzinie jazdy z lotniska (podczas szczytów komunikacyjnych czas przejazdu 1 godzina i 25 minut) jestem w centrum. Jest godzina 1.20. Kwateruję się w hotelu położonym 50 metrów za Hotelem Sheraton, do którego zamkniętych drzwi ledwo udaję mi się dostukać. Cena za 1 osobę 35 DH, 2os. 50-70 DH. Łazienka jest na zewnątrz, w pokoju przeciekający zlew, pościel brudna, prysznic dodatkowo płatny. Pierwsza noc w Maroku, bez przyborów toaletowych i własnego śpiwora nie należy do fascynujących.

Casablanca.
Dzień 2

Obudziłem się przed 10.00. Zaraz po śniadaniu w pobliskim barze, na które składała się zupa harrira z bagietką (4,5 DH) i kawą poszedłem do biura Linii Lotniczych Alitalia, aby dowiedzieć się co z moim bagażem. Okazało się, że ma przylecieć wieczornym samolotem, czyli że faktycznie dostanę go jutro rano. Na pocieszenie jednak otrzymałem 50 USD na pierwsze potrzeby - 50 USD myślę sobie, jak nic złego z bagażem się nie stanie, to i dobrze że mi zaginął.

Po wyjściu z biura udałem się na pobliski bazar, gdzie kupiłem artykuły pierwszej potrzeby i po odświeżeniu się w hotelu wyruszyłem na zwiedzanie - Medina, Meczet Hassana II. Udaję się również do kawiarenki internetowej, ale w godzinach popołudniowych bardzo wolno uzyskuje się połączenie.

Casablanca - Marakesz.
Dzień 3

O 8.15 jestem pod drzwiami Alitali, bagaż doleciał i jest na lotnisku. Idę do autobusu i jadę na lotnisko. Odbieram nienaruszony bagaż i wracam - tańszym od autobusu - pociągiem. Zabieram przed 12.00 rzeczy z hotelu i pieszo 100 metrów spacerer kieruję się w stronę dworca autobusowego. O 13.30 wyjeżdżam do Marakeszu i na miejscu jestem o 17.00.

Autobus kończy swoją trasę w centrum miasta. Moim celem jest Plac Djemaa el-Fna i pobliskie hotele. Na mapie wygląda to blisko, jednak dobre dwa kilometry muszę przemierzyć pieszo, aby się tam dostać. Obok mnie kroczy poznany w autobusie Japończyk. Za placem w wąskich uliczkach odchodzących od Rue de Bab Agnaou znajdujemy hotel (40 DH/osoba; prysznic bezpłatny).

Zostawiam bagaż w pokoju i idę cos zjeść. Liczba straganów, stołów z jedzeniem i kuchni na wolnym powietrzu na Placu Djemaa el-Fna przeogromna. W części placu w kilku rzędach ustawione są duże stoły z różnymi gotowymi do spożycia potrawami, a gdy nadchodzi noc, każdy z nich oświetlony jest mnóstwem żarówek. Siedząc przy stole mamy przed sobą górę różnych smakołyków, a za nią uśmiechniętego właściciela, który wybrane potrawy podaje w miseczkach lub na talerzach, a te które trzeba upiec lub podgrzać w mgnieniu oka przyrządza na rozpalonych palnikach. Raj dla podniebienia i cała gama różnych zapachów.

Jedzenia jest w bród i to różnego rodzaju. Za 22 DH zjadam 4 małe szaszłyki po 2 DH, frytki, sałatkę z pomidorów do tego bagietka i cola. Ceny i nazwy potraw są wywieszone nad stołem i wypisane po arabsku lub francusku, a gdy ich brakuje pytam zawsze wcześniej, aby nie być zaskoczonym końcowym rachunkiem.

Po tym pysznym posiłku wracam do hotelu i idę na dach skąd dolatuję mnie dźwięk gitary. Znajomy Japończyk siedzi tam wraz z innymi swoimi ziomkami i bardzo ładnie gra i śpiewa po japońsku. Spędzam z nimi godzinę i idę spać.

Marakesz.
Dzień 4

W nocy było trochę chłodno, ale dzięki własnemu śpiworowi spało mi się rewelacyjnie. Sprawdzam e-mail (1 godz. - 10 DH) i ruszam na zwiedzanie. Medersa Ali Ben Youssef - szkoła dla chłopców, w której pokoje mieszkalne są mikroskopijnej wielkości i przypominają cele (wstęp 20 DH), Kubba Baadiyn, ale nieciekawa, Koutoubia, pałac de la Bahia - ten warty odwiedzenia (wstęp 10 DH). Potem chodzę po bazarze i podziwiam za dnia atrakcje Placu Djemaa el-Fna.

Około 16.00 zmęczony wracam do hotelu, ale jeszcze po drodze gaszę pragnienie wypijając trzy szklanki pysznego soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy na jednym z kilku straganów na placu (1 szklanka 3 DH). Po krótkim wypoczynku w pokoju wychodzę na gwarną ulicę i jadę taksówką za 10 DH na dworzec autobusowy (zazwyczaj chodzę pieszo, ale nie za bardzo wiem gdzie jest ten dworzec) aby sprawdzić czas odjazdu oraz cenę biletu do Quarzazzate. Poranne autobusy odjeżdżają o 6.00, 8.30, 9.30, 10.00, 11.00, 12.00. Czas przejazdu 4 godziny a cena 49 DH.

Stoisko z dywanami w Marakeszu, fot. Grzegorz Lewocki

Wracam wzdłuż murów obronnych około dwa i pół kilometra do Placu Djemaa el-Fna, który jest moim głównym punktem orientacyjnym w Marakeszu.

Na kolację idę znowu na Placu Djemaa el-Fna i objadam się do granic możliwości. Na zakończenie uczty dają się namówić na gotowane w olbrzymim kotle ślimaki. Dostaję je w misce wraz z wykałaczką, którą wydłubuję ślimaki ze skorupek. Cena miseczki z około 20 sztukami 10 DH. Smakują przeciętnie.

Po kolacji chodzę po ulicznym bazarze. Sprawdzam u kilku sprzedawców ile przeciętnie kosztuje noszona przez mężczyzn w Maroku "dżalaba", potem dopytuję się przechodniów w takich strojach i kupuję taką za 160 DH. Wszystkim, którym mówię jaką zapłaciłem cenę twierdzą, iż niedrogo. Z pełnym żołądkiem po 22.00 idę spać.

Marakesz - Quarzazzate.
Dzień 5

Po 10.00 wychodzę z hotelu. Bardzo żałuję, że tylko półtora dnia spędzam w Marakeszu, który jak się potem okaże jest najciekawszym i najbardziej urokliwym miastem w Maroku, a właściwie jego Placu Djemaa el-Fna.
O 11.00 jadę do Quarzazzate. Opłata za bagaż w autobusie 5 DH. W luku bagażowym widzę plecak polskiej firmy. Bez problemu odnajduję wśród pięciu europejskich twarzy jedną polską. Poznaję Anię z Poznania, z wykształcenia antropologa, która obecnie mieszka w Paryżu. Przyjechała na dziesięciodniowy urlop, aby odwiedzić mieszkańców wioski, w której będąc tu pięć lat temu na praktyce w trakcie studiach robiła badania.

Dzięki niej podróż mija szybciej, a po drodze dowiaduję się wiele interesujących rzeczy o mieszkańcach Maroka. Ania wysiada około 40 kilometrów przed Quarzazzate, a ja jadę dalej.
Po dotarciu na miejsce znajduję obok dworca 3 hotele. Zatrzymuję się w jednym z nich. Pokój 1-os. 40 DH, 2os. - 70 do 90DH. Prysznic bezpłatny, a obsługa bardzo miła.

Chcę pojechać na pustynię, do Mhamid przez Zagorę. Idę do miasta sprawdzić ceny wynajmu samochodów oraz do Kazby, która z daleka wygląda ciekawiej niż w środku. Wynajęcie samochodu w znanych firmach świadczących tego typu usługi to koszt od 500 do 580 DH za jeden dzień z limitem w wysokości 200 kilometrów i 400 DH za każdy dzień, jeżeli wypożyczamy na co najmniej dwa dni i tu bez limitu kilometrów.

Przy pomocy właściciela mojego hotelu poznaję jeszcze inną agencję, gdzie wynajęcie pojazdu na jeden dzień bez limitu kilometrów to wydatek 350 DH.
Chodzę po hotelach i sprawdzam, czy są jacyś inni turyści, z którymi bym mógł wynająć samochód, bo samemu takich kosztów nie zamierzam ponosić. Spotykam w sumie czterech, z których dwóch podróżuje motorami, a dwóch ma przemyśleć moją propozycję.
Na wszelki wypadek sprawdzam autobusy do Zagory. Koszt 35 DH, czas przejazdu 4 godziny, autobus co godzinę. Do Mhamid, chyba nie ma bezpośrednich autobusów, ale co do tego nie jestem przekonany.

Wracając z Kazby spędzam ok. 40 minut jeżdżąc samochodzikiem w napotkanym wesołym miasteczku. Szybkość jazdy większa niż w Polsce, więc co chwilę głowa mi skacze od uderzeń, ale zabawa świetna.
Po 22.00 do drzwi mojego pokoju pukają poznani Niemcy i postanawiamy jutro na 24 godziny wynająć samochód i jechać wspólnie na pustynię.

Quarzazzate - Zagora - Mhamid.
Dzień 6

Po 10.00 mamy już samochód - Fiata Palio. Po 11.00 wyjeżdżamy. Chłopaki mają po 20 lat i jeden jest z Berlina, a drugi z Lipska. Tylko ja mam międzynarodowe prawo jazdy i samochód wypożyczyłem na siebie, więc będę prowadził. Przed 15.00 jesteśmy w Zagorze. Tam robimy przerwę na obiad oraz zdjęcia przy tablicy „Do Tombouctou 52 dni na wielbłądzie”. Po kolejnej godzinie jazdy jesteśmy w Mhamid. Na całej trasie robimy liczne foto-stopy. Na odcinku drogi z Zagory do Mhamid droga bardzo wąska. Przy wymijaniu lub wyprzedzaniu jadę zazwyczaj kamienistym poboczem. Pokonujemy również masyw górski z wąskimi serpentynami, na zakrętach których trąbię nieustannie, aby dać znać ewentualnym pojazdom, które mogłyby wyłonić się z naprzeciwka. Ponieważ czas nas nagli pędzę 100 - 130 km/h, więcej nasz fiat nie pojedzie, ma chyba blokadę.

W Mhamid jesteśmy o 16.40. Jedziemy bez zatrzymania piaskową drogą miasteczka do położonych za nim wydm, dających początek Saharze. Na ulicy miejscowi próbują nas zatrzymać, ale jedziemy dalej. Czterech z nich na dwóch motorkach nie daje za wygraną i jedzie za nami lub przed nami w stronę pustyni około dwa kilometry. Po zatrzymaniu próbują zaoferować nam różne dostępne atrakcje.

Niemieccy koledzy po raz pierwszy są na pustyni. Ja już wcześniej miałem przyjemność, ale każdy kolejny raz jest równie ekscytujący. Pijemy herbatę w ceglanym domku na pustyni, a miejscowi proponują nam różne atrakcje z noclegiem w beduińskim namiocie za 80 DH od osoby włącznie. Nie decyduję się jednak, ponieważ wiem, że bym zmarzł, a widok stojących nieopodal postrzępionych beduińskich namiotów nie budzi zaufania, dodatkowo wieje silny wiatr i piasek chrzęści mi już w zębach. Niemieccy koledzy mają swój namiot i w nim spędzą noc poniżej wydm, a ja wracam do „miasteczka”. Lokuję się w hotelu za 40 DH. Zjadam kolację i idę z poznanymi miejscowymi do sklepu jednego z nich. Mam butelkę żubrówki ze sklepu wolnocłowego i częstuję ich tym polskim napojem. Są zachwyceni i w miarę upływu czasu tańczą, śpiewają, a na koniec nie omieszkają zaproponować mi nabycia kilku prezentów dla rodziny. Jednak nic nie budzi mojej ciekawości. Przed 23.00 wracam do hotelu. Całe miasteczko tonie w ciemnościach.

Mhamid - Quarzazzate.
Dzień 7

Wstaję o 5.30. Ranek bardzo chłodny. Z małymi problemami uruchamiam silnik fiata i jadę po kolegów. Ponieważ jest jeszcze ciemno, trochę błądzę, ale migając latarką na jednej z wydm chłopaki wskazują mi drogę.

Obserwujemy wschód słońca na wydmach. Jestem w sandałach i zimny piasek daje mi się trochę we znaki. Po zapakowaniu się do samochodu ruszam trochę za gwałtownie i zakopujemy się. Przód samochodu zapadł się na tyle, że próbując się wydostać cofam na wstecznym biegu i odrywam przedni zderzak, pod który dostało się mnóstwo piachu. Jestem w pierwszym momencie trochę przerażony, ale okazuję się, że to już chyba nie pierwszy raz w przypadku tego samochodu i za pomocą drutu radzimy sobie z tym problemem.

Po 7.40 wyjeżdżamy. O 11.10 po szybkiej, wręcz szaleńczej jeździe docieramy do Quarzazzate. Oddaję samochód, żegnam się z chłopakami i melduję w hotelu. Po krótkim wypoczynku wyruszam do Kazby Ait Benhaddou położonej 32 kilometry od Quarzazzate, gdzie kręcono m.in. takie filmy jak "Jezusa z Nazaretu" i "Gladiatora". Kazba jest bardzo ciekawa, a obok niej sklepiki z niedrogimi pamiątkami. Dojechałem tutaj dwoma zbiorowymi taksówkami. Tak samo również wróciłem.
Przed 17.00 jestem już z powrotem w hotelu. Po 21.30 idę spać, wcześniej zjadam kolację składającą się z kurczaka i frytek z sałatka (22 DH).

Quarzazzate - Boumalne du Dades.
Dzień 8

Rano taksówką zbiorową, starym mercedesem, w którym siedzi 7 osób (4 z tyłu, 2 z przodu + kierowca) jadę do Boumalne du Dades. Stamtąd po 1 godzinie oczekiwania busem dojeżdżam do 27 kilometra przełomu. Kwateruję się w hotelu "Penpilier" za 40 DH.

Pamiątki w Quarzazzate, fot. Grzegorz Lewocki
Po objedzie, na który składa się omlet z zapiekanymi w nim warzywami i bagietką (22,5 DH) idę na trzygodzinną wędrówkę w góry wzdłuż przełomu. Idę jakby kanionem rzeki wokół mnie wysokie ściany. Po drodze wyprzedza mnie miejscowa rodzina z karawaną osiołków. Po 17.00 wracam do hotelu. Jestem jedynym turystą. Po 21.00 kładę się spać. Jutro jadę do Przełomu Todra.

Boumalne du Dades - Tinerhir - Todra.
Dzień 9

Rano z kucharzem z hotelu zabieram się do miasta. Płacę mu jednak tak jak za normalny lokalny transport. Z Boumalne du Dades jadę do Tinerhir, a stamtąd taksówką zbiorową do oddalonej o 15 kilometrów Todry. Zostawiam plecak w lokalnej restauracji i idę obejrzeć dolinę, która w najwęższym miejscu ma 10 metrów szerokości i 300 metrów wysokości. Przypomina mi trochę jordańską Petrę, chociaż ta ostatnia o wiele piękniejsza.
Około 15.00 jestem już z powrotem w Tinerhir. Mam problem ze znalezieniem transportu. Udaje mi się o 17.30 dostać się do przelotowego autobusu z Quarzazzate do Fezu i nawet są miejsca siedzące.

Fez.
Dzień 10

O godzinie 4.00 dojeżdżam do Fezu. Do godziny 7.00, zanim wstanie słońce siedzę na dworcu i pije kawę. Mam trochę problemów ze znalezieniem hotelu. Wreszcie mi się udaje. Ceny hoteli od 45DH do 70DH za 1os. Biorę oczywiście ten najtańszy, bo na luksusach mi nie zależy, toaleta jest na zewnątrz, zapachy nie szczególne.

Farbiarnia w Fezie, fot. Grzegorz Lewocki

Po krótkim wypoczynku idę zwiedzać. Oglądam przede wszystkim Medinę i oczywiście słynne farbiarnie, gdzie naprawdę woń ostra! Z zewnątrz oglądam Meczet Kairaouine, a kolejne słynne szkoły koraniczne już mnie nie interesują. Przemierzam niezliczone uliczki mediny i robię zakupy. Kupuje sobie dwa bardzo ładne i dobre jakościowo swetry po 140 DH i zajadam się truskawkami (po 8 DH za kilogram). Korzystam również z internetu (1 godzina 8 DH).

Meknes - Volubulis.
Dzień 11

Wstaję o 7.30. Po godzinnej jeździe docieram do Meknes. Z dworca autobusowego do centrum dostaję się taksówką za 6 DH. Hotel 50 DH. Zjadam śniadanie w knajpce po drugiej stronie ulicy na wprost hotelu i idę na taksówkę zbiorową do Moulay Idriss. Z Moulay Idriss jest około 5-7 kilometrów do Volubulis. Docieram tam autostopem półciężarówką ze słomą i ziarnem, która jedzie do pobliskiej wioski, a specjalnie zbacza, aby mnie wysadzić pod Volubulis. Za tę przysługę dają kierowcy 5 DH, szczególnie, że współpasażerowie, dwaj bezzębni dziadkowie to mi sugerują.

Wstęp do ruin 20 DH. Ruiny rozrzucone są na przestrzeni około dwóch kilometrów. Świeci słońce, bzyczą pszczoły. Po niecałych dwóch godzinach, zmęczony oglądaniem wracam. Z wyjścia maszeruje półtora kilometra do głównej szosy i autostopem wracam do Moulay Idriss. Wdrapuję się tam jeszcze wąskimi uliczkami, po licznych stromych schodach, aby zobaczyć z góry Meczet Moulay Idriss, o charakterystycznych zielonych dachach. Wejście do meczetu dla niewiernych jest zabronione, a granicą jest belka wisząca w poprzek na wysokości pasa w bramie wejściowej.

Po powrocie do Meknes idę do Mauzoleum Moulay Ismaila oraz z zewnątrz podziwiam Bab el-Mansor i przechadzam się po dostępnej dla wszystkich części Imperial City. Potem idę do mediny na kawę i ciastka w stylu obwarzanek smażonych na tłuszczu.

Rabat.
Dzień 12

O 10.30 wyjeżdżam do Rabatu. W hotelu jestem około 14.30, po 15 minutowym marszu z dworca. Hotel pokój 1 os. - 50 DH, 2 os. - 90 DH. Od kolegi z Polski, który kończył arabistykę i przez rok był tutaj na stypendium mam telefon do jego przyjaciela Raszida. Dzwonię do niego i dostaję jego adres. Mamy się spotkać u niego w akademiku. Nie zastaje go jednak, ale współlokatorom zostawiam adres hotelu w którym się zatrzymałem.

Wracam do centrum i przechadzam się trochę po medinie. W pobliżu mojego hotelu bardzo dużo sklepów jubilerskich. Około dwudziestej przychodzi Raszid. Możemy się wreszcie poznać i pogadać. Ugaszczam go po Polsku trzymanym na tą okazję specjalnie polskim trunkiem i przed północš kolega ledwo wychodzi.

Rabat.
Dzień 13

Wstaję o 9.00. Po śniadaniu idę nad ocean na kamienne molo koło twierdzy. Siedzę tam chwile w słońcu, które przypieka mocno i przyglądam się grającym na piasku w piłkę Marokańczykom. Ludzie chodzą w kurtkach, a ja sobie siedzę w koszulce z krótkim rękawem. Wielkie fale uderzają i rozpryskują się o skały.

Rabat - pałac królewski, fot. Grzegorz Lewocki

Idę następnie w stronę Wieży Hassana i do Mauzoleum Mohameda V, gdzie jest również pochowany jego syn Hassan II oraz jeden z wezyrów. W Rabacie, tak jak i w Fezie i Meknes całe stada bocianów. Są ich setki i bez obaw spacerują po parkach i trawnikach w centrum miast, tylu na raz nigdy wczeœniej nie widziałem.
Z Raszidem mam się spotkać o 16.30, ale dzwoni i odwołuję spotkanie, gdyż nie czuje się najlepiej po wczorajszym naszym brataniu. Pod wieczór na kolację ruszam do mediny.

Essuaira.
Dzień 14

O 8.00 siedzę w autobusie do Essuairy. Po siedmiu godzinach jestem na miejscu. Hotel 45 DH, jeden z tańszych. W pokoju zlew, ale to prawie standard. Prysznic dodatkowo płatny 5 DH.
Essuaira jest typowym turystycznym miastem z wieloma hotelami przy plaży dla dużych grup turystycznych. Ponieważ jednak jeszcze nie jest sezon turystyczny, tych grup jest niewiele. Plaża niezbyt czysta, ładna medina i sympatyczny port. Przyjechałem tutaj, aby trochę poleniuchować.

Essuaira.
Dzień 15

Dzień typowo rekreacyjny. Wypoczywam w ubraniu na plaży, czytam książkę, włóczę się po mieście i medinie oraz po knajpkach z jedzeniem.

Essuaira.
Dzień 16

Przemierzając wąskie uliczki mediny poznaję trzech miejscowych chłopaków, którzy prowadzą dwa sklepy Hasana - Lativa i Jusefa. Wieczorem umawiam się z nimi na spotkanie. Zapraszają mnie na domową imprezę. Jest na niej trójka Francuzów i kilku Marokańczyków. Do hotelu wracam po 1.00.

Casablanca.
Dzień 17

O 9.00 wyjeżdżam do Casablanki. Po 15.00 jestem już w hotelu. Trochę jestem zły, ponieważ na jednym z postojów gubię 50 DH, a na ostatnie dni pieniądze mam już wyliczone co do dinara.
Po 17.00 idę pod Hotel Hayatt, gdzie jest słynny bar „Casablanca”, aby uwiecznić się na jego tle, a potem do mediny i na ostatnią marokańską kolację.

Casablanca.
Dzień 18

Wstaję o 4.00. Dwie godziny przed odlotem jestem już na lotnisku. O 8.10 żegnam Maroko i Afrykę. Koszt wyjazdu to bilet lotniczy 800 PLN, wiza 75 PLN, ubezpieczenie 73 PLN. Na miejscu na transport, hotele, wstępy, jedzenie wydałem 200 USD. Prywatnych zakupów nie wliczyłem.

REFLEKSJE.

Maroko jest bramą do Afryki Zachodniej, przypomina mi jednak bardzo kraje Bliskiego Wschodu. Ludzie są tutaj przeważnie przyjaźni i życzliwi.

staram się zawsze zobaczyć jak najwięcej, wykorzystując maksymalnie czas jaki mam do dyspozycji. W Fezie, Meknes i Marakeszu spędziłem niestety za mało czasu, aby wczuć się w ich klimat i atmosferę. Teraz to wiem, ale tego błędu już nie mogę naprawić. Zwłaszcza w Marakeszu, którego Plac Djemaa el-Fna był obok wydm w Mhamid czymś niezwykle egzotycznym i niezapomnianym. Było tam czuć to "coś" dla czego człowiek postanawia wyjechać z domu, przemierzyć setki kilometrów w zatłoczonych autobusach, mieszkać w pokoju bez okna, dwa metry na dwa, aby tylko to "coś" poczuć.

Marokańskie jedzenie jest wyśmienite. Miałem pomimo tego ze sobą gorące kubki, parę konserw i zupki chińskie. Nie żałowałem, że je zabrałem chociaż na początku trochę ciążyły.

Tym, co mnie trochę deprymowało były opłaty za bagaż w autobusach w wysokości 5 DH. Starałem się dawać, jeżeli już musiałem 3 DH i nie więcej. Czasami nie udawało się tego obejść, jak na przykład na dworcu w Casablance, gdzie bagaż oddałem za pokwitowaniem jeszcze w hali dworcowej, po czym został on przetransportowany na wózku bagażowym do luku w autobusie. W taksówkach zazwyczaj również żądano opłat, ale przeważnie udawało mi się wynegocjować stawkę zerową.
Również dodatkowa opłata za prysznic w przeważającej liczbie hoteli nie przypadła mi do gustu.

Te dwie błahostki nie psuły mi jednak humoru podczas wyjazdu. Temperatura na przełomie lutego i marca była bardzo odpowiednia do zwiedzania, chociaż czasami trzeba było zakładać kurtkę i polar, ale zazwyczaj ze względu na silny wiatr. Nie było jednak upałów i to duży plus, zwłaszcza, że często poruszałem się pieszo.
W sumie w Maroku było niedrogo, egzotycznie, krajobraz zróżnicowany, jedzenie dobre i urozmaicone.

 


 
poprzednia strona 1 2 3 do góry