Nadzieja
na końcu świata

 

 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Weronika Milewska
Nadzieja na końcu świata
Rejs na rosyjskim żaglowcu szkoleniowym
listopad 2003 - styczeń 2004

Dwieście lat temu admirał Iwan F. Kruzensztern jako pierwszy Rosjanin opłynął kulę ziemską na pokładzie żaglowca Nadezhda. Zimą 2003 roku z Morskiego Uniwersytetu Stanowego we Władywostoku w jubileuszowy rejs śladami tamtej wyprawy wyruszyła wybudowana w Polsce fregata, imienniczka okrętu Kruzenszterna.

fot. Gerd Dieter Klein

Nadezhda gościła w Gdyni podczas regat Cutty Sark, gdzie byłam jej oficerem łącznikowym. Drugi raz odwiedziłam ją jesienią w Stoczni Gdańskiej. Przeprowadzano tam drobne prace remontowe przed wyjściem na Atlantyk. Statek przed sobą miał jeszcze Amerykę Południową, przylądek Horn, Pacyfik... Pierwszą propozycję starszego oficera, aby płynąć z nimi jako marynarz, potraktowałam jako żart.
A niespełna dwa miesiące później siedziałam w samolocie do Rio de Janeiro, wkuwając rosyjskie słówka.

W stolicy Brazylii był słoneczny początek lata. Było około południa, dwunastego listopada, kiedy z workiem na ramieniu dowlokłam się do trapu Nadezhdy. Pełniący wachtę trapową marynarz, który pamiętał mnie ze stoczni, zaniemówił, widząc mnie po drugiej stronie oceanu, a zwłaszcza, gdy wygłosiłam po rosyjsku pracowicie ułożoną w samolocie przemowę, co mnie tu sprowadza. Przemowę ułożoną, dodam, z wielkim trudem i pomocą książeczki "Rozmówki polsko-rosyjskie", która w pierwszych dniach rejsu miała się stać moim nieodłącznym narzędziem pracy, gdyż język Puszkina był mi całkowicie obcy.

Rio nie pozostawiło mi po sobie najcieplejszych wspomnień. W pochmurne, szare dni traciło jakoś swój egzotyczny powab, a brud i bieda tym bardziej kuły wtedy w oczy. Na słynnej plaży Copacabana młodociani nożownicy zdjęli ze mnie brzemię lokalnej waluty, na co starszy oficer, który czuł się za mnie odpowiedzialny, zarządził, że wieczorami mam wychodzić " z chłopakami", co sprowadziło się do tego, że dwa następne wieczory spędziłam w barze ze striptizem.

Z atrakcji bliższych morzu, miałam okazję zobaczyć (lecz niestety nie zwiedzić) żaglowiec brazylijskiej Marynarki Wojennej o nazwie Cisne Branco. Był nawet pomysł, żeby zorganizować mały wyścig dla obu żaglowców, lecz dowództwo marynarki wykazało się absolutnym brakiem poczucia humoru i pomysł upadł.

Kurs na Port Stanley
Po wyjściu z Rio skierowaliśmy się na Falklandy. Na wysokości Santa Catariny, niedaleko miejsca, gdzie dwa wieki temu Kruzenstern naprawiał złamany maszt, pogoda była plażowa, więc kapitan zarządził "pięć minut dla prasy". Horda towarzyszących wyprawie dziennikarzy zapakowała się do pontonu, zabierając ze sobą tony sprzętu fotograficznego. I tym razem pech dopadł na tych wodach rosyjski żaglowiec- przeładowany ponton, mimo łagodnej fali, już podczepiony do żurawików, rozbujał się i wywrócił, a dwie osoby, wielka kamera i kilka aparatów wpadło do wody. Na szczęście skończyło się na strachu, pływaków szybko podjęto na pokład, zaś załoga dała popis sprawnej pracy na pokładzie- 25 żagli zrzucono w 7 minut, licząc od momentu ogłoszenia alarmu MOB (Man Over Board).

Poza tym podróż na Południe upływała spokojnie, a ja wdrażałam się w statkowy rytm życia. Dzięki pomocy nauczyciela angielskiego, który w czasie rejsu prowadził zajęcia dla studentów, szybko opanowałam rosyjskie nazwy elementów takielunku i części statku. Po babińcu, do jakiego przywykłam na naszej Pogorii, ten rejs był zgoła nowym doświadczeniem. Na blisko stusiedemdziesięcioosobową załogę oprócz mnie było jeszcze 7 kobiet, przy czym wszystkie pracowały w kambuzie, pralni, jako lekarz, etc. Ja tymczasem byłam pokładowym rodzynkiem. Jako "diewuszka matros" budziłam nie lada sensację, a czułam się niemalże jak sufrażystka. Dla niektórych nie do pomyślenia było, aby dziewczyna pracowała na statku jako marynarz, ganiała po masztach i ubrana w kombinezon harowała w pocie czoła od rana do nocy, w dodatku z wyrazem bezgranicznego szczęścia na twarzy. Było trochę śmiechów, żartów i pytań typu jak mnie ojciec lub mąż może puszczać na takie eskapady, ale po jakimś czasie marynarze przeszli do porządku dziennego nad moją obecnością na pokładzie.

Załoga generalnie przyjęła mnie niezwykle ciepło i w miłej atmosferze dni rejsu płynęły niepostrzeżenie. Jedynie coraz chłodniejsze wieczory i codzienne komunikaty o przebiegu dobowym i aktualnej pozycji przypominały, że za rufą zostają kolejne mile. Wszystkie dni wyglądały podobnie: pobudka o 7, śniadanie, odprawa, robota, o 10 kawa, znowu robota... Jednak na rutynę narzekać nie mogłam, bo pracy i okazji do nauczenia się czegoś nowego nie brakowało. Bosmani chętnie odpowiadali na moje wszystkie pytania, a już po kilku dniach spędzaliśmy razem czas nie tylko przez ustawowe 8 godzin, lecz także po pracy. Uwielbiałam wieczorami, z kubkiem mocnej herbaty w dłoniach, przysłuchiwać się ich opowieściom i przekomarzaniom. Ze wszystkich czterech najbardziej utkwili mi w pamięci bosman bezanmasztu i starszy bosman. Pierwszy był drobnym, zaciętym facecikiem w marynarskiej koszulce w paski i z ośmiornicą wytatuowaną na ramieniu; na maszt najchętniej chodził boso, przechadzał się po rei jak po kładce i regularnie darł koty z żaglomistrzem. Pomysłodawca w współwykonawca wymiany marsla przy ponad 30 węzłach wiatru, w czym miałam (masochistyczną) przyjemność uczestniczyć. Natomiast najbarwniejszą postacią "pałubnej komandy" był starszy bosman. Na Nadezhdzie pływał od początku- półtora roku mieszkał w Gdańsku, kiedy budowano statek w 1991 roku i od tego czasu praktycznie z niego nie schodził. W pracy wymagał dyscypliny i dokładności, był wymagającym, świetnym nauczycielem. Po olinowaniu stałym wspinał się jak małpa i tego samego oczekiwał ode mnie, a kiedy trzeba było wykonać drobną naprawę na majtającym się na martwej fali żaglu rejowym, bosman ów, aby ułatwić mi zadanie, zszedł na niższą reję, stanął na niej (oczywiście nie przypięty), chwycił lik dolny, naciągnął żagiel i stał tak, kiwając się w rytm fali. Zaś ja, widząc z góry ten gwałt na, ba, nawet nie na bhp, ale na szeroko rozumianych zdroworozsądkowych odruchach, naprawiając ten cholerny żagiel o mały włos sama nie nabawiłam się lęku wysokości. Wieczory spędzaliśmy razem nad stosami najróżniejszych takielarskich podręczników i chociaż zmęczenie po całym dniu pracy dawało mi się we znaki, ćwicząc najróżniejsze sploty, szplajsy etc., starałam się jak najwięcej zaczerpnąć dla siebie z ogromnej wiedzy tego niezwykłego człowieka. Na Nadezhdzie wsławił się on jeszcze jedną rzeczą: opalaniem na bombramie foka. Polegało to na tym, że wchodził na bombrama, zdejmował pas asekuracyjny, rozbierał się do rosołu, zawijał sobie wokół rąk dwa sejzingi i zwieszał się na frontowej stronę bombarama...

Welcome to Falkland Islands!
"Ryczące czterdziestki" powitały nas jak należy, czyli donośnym rykiem sztormu z okazji wejścia w strefę wpływów prądu falklandzkiego. Z dnia na dzień zrobiło się zimno i wietrznie, wtedy też poznałam kolejną regułę panującą na statku: nie ma pogody przy której nie da się pracować. Wyjątkiem od pracy na pokładzie był deszcz, bo moknąć nikt nie lubi, ale był też wyjątek od wyjątku: kiedy pracowałam ze starszym bosmanem, wyjątek deszczu mnie nie dotyczył.

Kiedy odwiedziliśmy Falklandy, był tam akurat początek lata. Początek lata na Falklandach to jakieś 5 stopni ciepła, cholernie zimny wiatr, który bez trudu przenika przez najgrubsze warstwy polarów, swetrów i kalesonów, a padający kilka razy dziennie mokry śnieg oblepia twarze marynarzy, liny, pokład, spada z rej za kołnierz, a pod śniegową chmurą widoczność jest ograniczona do kilkunastu metrów. Same wyspy to tundra i skały, z rzadka urozmaicone tabliczką informującą, że odtąd zaczyna się pole minowe. Ten tajemniczy zakątek świata zamieszkują głównie bardzo bladzi Anglicy, owce, pingwiny, foki i dzikie gęsi. Na skalistych brzegach spoczywają wraki statków i kutrów, z których chyba najciekawszy jest wrak drewnianego żaglowca, który dawno temu przewoził słynną falklandzką wełnę, aż kiedyś wybuchł na nim pożar, który niemal doszczętnie strawił wnętrze statku. Po tym żaglowiec został zaadaptowany jako portowy magazyn, lecz jakieś 40 lat temu wielki sztorm zerwał jego cumy i zdryfował go na mieliznę niedaleko o podejścia do Port Stanley, gdzie niegdyś piękny trójmasztowiec spoczywa do dziś.

Kiedy podchodziliśmy do rzeczonego Port Stanley, na naszym pokładzie przeprowadził ćwiczenia brytyjski helikopter SAR. Na dziób Nadezhdy został opuszczony na linie sympatyczny Anglik, który po wylądowaniu powitał nas słowami "Welcome to Falkland Islands", poczym przeszedł na rufę, podczepił się do liny opuszczonej ze śmigłowca i odleciał niziutko, tuż nad powierzchnią wody. Z przyczyn technicznych nie postawiono nas w stolicy Falklandów, lecz na terenie jednostki wojskowej, bagatela, 30km od miasta. Przy podchodzeniu do kei towarzyszyły nam delfiny, które zdawały się w ogóle nie przejmować ani Nadezhdą, ani dwoma asystującymi jej holownikami i ku uciesze załogi skakały przy burtach. Lokalne delfiny są czarno-białe, znacznie mniejsze od tych występujących na Morzu Śródziemnym czy Północnym Atlantyku. Szczytem bezczelności wykazał się pingwin, który wynurzył się między statkiem a keją kiedy do brzegu pozostało nam jakieś 10m.

Mys Gorn, czyli Przylądek Horn.
Po jednej nocy spędzonej na Falklandach Nadezhda obrała kurs na główny cel tego etapu wyprawy- Przylądek Horn. Chociaż płynęliśmy pod prąd Dryfu Wiatrów Zachodnich, statek szybko posuwał się naprzód. Ośnieżone, imponujące szczyty gór Ziemi Ognistej na prawej burcie sygnalizowały, że jesteśmy już blisko. Był pochmurny poranek 1 grudnia, gdy jak zwykle po śniadaniu wyszłam rozejrzeć się na pokład, a w oddali majaczyła już charakterystyczna sylwetka słynnej skały. Najbardziej wysunięty na południe przylądek świata przekroczyliśmy pod pełnymi żaglami. Cieśnina Drake'a była dla nas łaskawa: fala była niewielka, a wiatr pozwalał na niesienie niemal wszystkich żagli, chociaż jeden z jego porywów sprawił, że szot latacza wyrwał nagiel. Cały dzień panowała na statku odświętna atmosfera, były triumfalne sygnały tyfonem, transmisja na żywo do rosyjskiej telewizji, telekonferencja z prezydentem, polska flaga pod salingiem z okazji mojej obecności na pokładzie, rozbijanie o burtę butelki szampana na powitanie Oceanu Spokojnego, a pamiątkowym zdjęciom nie było końca.

Chile, czyli kraj wina.
Z dnia na dzień robiło się coraz cieplej, za nami pozostały zimne, wzburzone wody u wybrzeży Patagonii. Po drodze minęliśmy w niewielkiej odległości Wyspę Robinsona Cruzoe - skalistą wysepkę, gdzie pewien rozbitek, pierwowzór bohatera powieści Dafoe, spędził 4 lata.

Naszym następnym portem było Valparaiso. Chile to kolorowe łodzie rybackie otoczone pelikanami, bezkresne winnice, stragany z owocami, gdzie można znaleźć chyba najsłodsze melony i największe truskawki na świecie, to senne knajpki, świetne wino, Ameryka Południowa jak z obrazka: kolorowe, stare domy, stare autobusy, hordy bezpańskich psów szwędających się po mieście, zblazowani mężczyźni w kapeluszach z szerokim rondem, siedzący na ławeczkach w cieniu drzew z piwem w dłoni...

Tydzień po postoju w Chile, niedaleko Wyspy Wielkanocnej, wypadło polskie Boże Narodzenie. Jeszcze w Valparaiso kupiłam trochę przysmaków, by zaprosić na symboliczną Wigilię kilku najbliższych przyjaciół, oni zaś zaskoczyli mnie prezentami i, wprawdzie rozmiaru kieszonkowego, ale żywą (!) choinką. Dostałam też 3 dni wolnego, a od starszego bosmana lot na linie z bukszprytu do wody.

Niestety nie zawinęliśmy na Wyspę Wielkanocną, lecz opłynęliśmy ją i byliśmy tak blisko, że przez teleobiektyw można było podziwiać słynne posągi. W sylwestrowy poranek na horyzoncie pojawiła się kolejna niezwykła wyspa- Pitcairn. Kapitan niestety odrzucił zaproszenie jej mieszkańców, aby świętować wspólnie Nowy Rok. Dla tubylców wizyta 170 marynarzy byłaby nie lada atrakcją, gdyż lokalna społeczność liczy około 50 osób. Aby zrozumieć, na czym polega niezwykłość tego miejsca, należy cofnąć się aż do roku 1789, kiedy to na słynnym angielskim żaglowcu Bounty, pod wodzą I oficera Flethera Christiana wybuchł bunt przeciwko kapitanowi Williamowi Blightowi, który dowodził wyprawą na Tahiti w celu sprowadzenia do Indii Zachodnich drzew chlebowych jako taniego pożywienia dla niewolników. Buntownicy wysadzili kapitana i wiernych mu ludzi na 23-stopowej szalupie, na której przepłynęli oni 3618 mil morskich w poszukiwaniu cywilizacji. Buntownicy tymczasem wrócili na Tahiti, a następnie z 18 Polinezyjczykami (6 mężczyzn i 12 kobiet) schronili się na niezamieszkanej wyspie Pitcairn. Początki kolonizacji, niejako przymusowej ze względu na pożar Bounty, były dość krwawe. Po pierwszych 10 latach na wyspie z 9 zbuntowanych marynarzy przy życiu pozostał tylko jeden. Inni ponoć głównie wybili się w pijackich rozróbach, gdyż jednym z ich pierwszych odkryć na Pitcairn było opanowanie umiejętności pędzenia bimbru z porastających wyspę roślin. Obecni jej mieszkańcy są w prostej linii potomkami angielskich buntowników i przywiezionych przez nich Tahitańczyków.

Kwiaty z Papeete
Wkrótce i my dopłynęliśmy do wyspy, która tak urzekła załogę Bounty i która była jednocześnie kresem mojej podróży na pokładzie Nadezhdy. Do Tahiti podchodziliśmy w ulewnym, gorącym deszczu, lecz mimo kaprysów pogody wyspa wyglądała wspaniale, połyskująca mokrą, przepyszną zielenią, z ciężkimi obłokami snującymi się po zboczach wzgórz porośniętych gęstym lasem. Port Papeete nie pachnie jak inne porty, brudną wodą, wodorostami czy rybą. Pachnie on tą bujną, świeżą zielenią i kwiatami, a z nich najwspanialej pachną niepozorne białe kwiatuszki zwane tiaré, z których naszyjniki kwiaciarki wieczorami sprzedają na tętniących życiem ulicach, a kochający muzykę i tańce mieszkańcy wyspy na co dzień często noszą kwiatek tiaré za uchem. Nieco mniej rajskie od flory i zwyczajów są ceny wszystkiego od kufla piwa po nocleg w hotelu, za wyjątkiem nie obłożonych przez Francuzów podatkami czarnych pereł i wanilii, chociaż te najlepiej kupować na bajecznie kolorowych lokalnych bazarach, gdyż ceny w gift shopach dla turystów żyją własnym życiem.

Po trzech dniach postoju Nadezhda pożeglowała w stronę Wysp Salomona, a ja wróciłam do Polski. Oczekując na samolot do Nowej Zelandii przez dwa dni sama zwiedzałam wyspę, przemieszczając się głównie autostopem i piechotą. Po dwumiesięcznym, właściwie przypadkowym pobycie na tym statku zostało mi parę drobnych pamiątek, kilka ciekawych przyjaźni, które trwają do dziś i wiele, wiele ciepłych wspomnień. STS Nadezhda, przepłnąwszy 44 618 mil morskich, zamknęła pętlę wokół świata 28 marca 2004 roku.


 
do góry