Pomysł
na Syberię
Podróż
Jakuck
Góry Ałdańskie
Buriacja
Informacje praktyczne
Galeria

 

 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 

Jakuck
Jest egzotycznie, to dobre określenie

fot. Andrzej Siedlecki, Grażyna Siedlecka

 

8 sierpnia, 5 rano, poczekalnia jakuckiego lotniska. Miasto jest zadymione, powietrze gęste i drażniące. Słońce nieąmiało przedziera się przez zasłonę dymno - chmurną. Mimo wczesnej pory uciążliwe meszki już są aktywne. Czekamy na dworcu do 7 rano aby przejechać do centrum. Sprzątaczka - Rosjanka pokrzykuje na nastoletnie Jakutki, które zasnęły przy stoliku, że są złośliwe i nie chcą podnieść nóg by mogła zetrzeć podłogę, że porozstawiały te swoje torby...
Przecież jesteśmy w poczekalni - myślę. Na nas tylko łypneła okiem - inostrańcy. Gdy dojechaliśmy do centrum, dochodziła 7.30. Na pustych jeszcze ulicach panowała miejska cisza, co zdziwiło nas trochę, przecież był środek tygodnia! Kierując się do hotelu mijaliśmy bloki na betonowych słupach - to z powodu wiecznej, czy raczej wieloletniej, zmarzliny. Aby ciepło promieniujące z zamieszkanych budynków nie rozgrzewało latem gruntu, stawia się je na słupach, dzięki czemu nie zapadają się i trzymają pion.

Dotarliśmy do hotelu Arktika. Obdartego z tynku, z sypiącą się farbą ze ścian, z zamkami w drzwiach, które otwieraly się chyba na własne życzenie, ale w pokojach było czysto! W mieście załatwialiśmy formalności: rejestrację, wymianę waluty, transportu na południe, do Ałdanu. Oczywiście nie odbyło się to tak sprawnie i szybko, spędziliśmy w Jakucku 2 dni czemu posmakowaliśmy nieco Jakucka - miasta dysonansów.

Miasto dysonansów.

Malcziki
Wrażenie estetyczne z Jakucka? - cóż to miasto jest raczej nieestetyczne. Oprócz tych straszących pali, które z konieczności klimatycznej można zaakceptować, jest jeszcze kilka innych elementow charakterystycznych dla jakuckich osiedli. Przede wszystkim przestrzeń między palami zmienia się jak nie trudno się domyślić w śmietnisko. Między blokowiskami przeciągniete są rozmaite kable: energetyczne, telefoniczne i inne - oczywiście z powodu wiecznej zmarzliny, która nie pozwala na poprowadzenie w ziemi tych instalacji. Okna domów rażą przesłaniającą je dyktą, oczywiście powodem tego znów jest klimat, czyli niewyobrażalnie dla nas mroźne zimy: -50oC czy -60oC to standart.
Rury wodociągowe i kanalizacyjne także poprowadzone są na powierzchni, poutykane jakimiś materiałami izolująco - ocieplającymi straszą swoją wszechobecnością.

Tylko dlaczego teraz, w lecie wciąż ta slamsowa sceneria w oknach? To nie była kwestia dzielnicy bo ten sam obrazek zastawał nas w różnych częściach Jakucka. Sądzę, że ten brak estetyki w wyglądzie domów, chodników i ulic wynika z przyzwyczajenia. Ludzie akceptują ten stan, ponieważ widząc przez 8-9 misięcy śnieg i mgłę, obojętnieją na otaczającą ich brzydotę.

Dziewczionoczki

Mieszkańcy tego dziwnego dla mnie miasta są jednak bardzo podobni do naszych "wzorców europejskich" - piszę to z przekąsem - kobiety ubrane modnie, wymalowane, uczesane i zadbane, przemierzają na obcasach zapiaszczone ulice i krzywe chodniki. Mężczyźni może nieco mniej modni, często z komórkami przy uchu lub walkman'em.
Jakie jest to miasto: biedne czy bogate? Co krok widać kontrasty: z jednej strony tektury w oknach, a z drugiej "światowe" gadżety biznesu. Zaniedbane blokowiska i nowoczesne, jasne budynki banku czy teatru. Kafejki internetowe i niemożność kupienia kartki pocztowej. Najlepszej marki samochody - ale jadące po zapiaszczonych ulicach. Straszące blokowiska tak nienaturalnie tu wkomponowane, ogromne i jeszcze zadbane gmachy użyteczności publicznej, a obok drewniane chatynki - często w odcieniu zielonkawym, pozapadane, powyginane, usiłujące przetrwać, jeszcze jedną zabojczą wiosnę, jeszcze jedne roztopy.

Miasto nierównowagi etnicznej.

Do niedawna tylko 40% ludności Sachy stanowili Rosjanie i to oni zajmowali większość stanowisk, pełnili ważniejsze funkcje w ojczyźnie cichych Jakutów. Teraz proporcje się zmieniają na korzyść Jakutów, zaczynają oni zajmować stanowiska urzędnicze. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że Rosjanie kształcą się i wyjeżdżają w europejskie regiony Rosji gdzie widzą więcej możliwości. Jakucja znowu staje się jakucka. Czy to dobrze? Czy Jakuci będą umieli to wykorzystać żeby rozwijać swój kraj? I czy rozwój ten powinien iść w takim samym kierunku, co rozwój cywilizacji europejskiej? Ktoś zapyta: co się dzieje z zasobami jakuckich diamentów? Przecież Jakucja powinna być bardzo bogatym regionem Rosji. Mogła by być, gdyby diamenty nie były wywożone do Moskwy, a mieszkańcy Sachy mogli rozporządzać tutejszymi bogactwami naturalnymi...

Tymczasem pozostają biednym narodem - unieruchomieni nie tylko politycznie i gospodarczo, ale również w znacznym stopniu pozbawieni tożsamości, religii, świadomości kultury. Osadzeni w realiach miasta, które jest czymś nienaturalnym dla tego myśliwskiego ludu. Bo przecież może jeszcze dziadkowie tych spotykanych na ulicach młodych, spieszących się dokądś Jakutów, żyli w jurtach a rytm polowań i odpoczynku dyktował im surowy klimat. Tu w mieście żyją z dnia na dzień, jakoś bez celu bo naturalny cel wpisany behawioralnie a może nawet genetycznie został im niejako odebrany: by przetrwać trzeba było polować. Teraz nie ma już tej potrzeby. Jest miasto. Nie ma jurty i związanej z nią tradycji, nie ma religii, nie ma rytmu miesięcy, jest dzień za dniem.

W magazinie.

Po wejściu do "magazinu" najpierw ogarneła nas irytacja a potem śmiech. Proszę sobie wyobrazić: sklep o powierzchni sporego polskiego marketu, podzielony na około 10 stanowisk, z czego każde sprzedające inne produkty: a więc jest lada z pieczywem, ze słodyczami, napojami, alkoholami, wędlinami, rybami, warzywami i owocami, lecz wybór towarów niewielki.
Przy każdej ladzie pracują dwie ekspedientki czyniące tyle zamieszania, że kolejka gwarantowana. I dodatkowo element irytujaco - zadziwiający: do każdej lady przypisana kasa z kasjerką. Najpierw trzeba stać w kolejce po karteczkę od sprzedawczyni z napisaną nazwą interesującego nas produktu, przy czym cena niekoniecznie musi być wypisana, jako że kasjerka zna ceny, a jeśli czegoś nie pamięta, to krzyczy do ekspedientki. Na koniec należy odebrać zakupy i nareszcie można iść do domu. Ani szybko, ani sprawnie, za to bez bezrobocia.

Misja Salezjanów.

By nieco ożywić zbliżający się wieczór postanowiliśmy pójść na misję księży Selezjanów - może spotkamy jakiś Polaków? Dochodziła już 22-ga a ledwie dało się dostrzec oznaki szarówki. Misja była około 20 minut drogi od "Arktiki". Po drodze do misji napotkaliśmy pomnik: cztery głazy z tablicami, na których były wypisano nazwiska zasłużonych dla tej ziemii: Jana Czerskiego, Edwarda Piekarskiego, Wacława Sieroszewskiego i Aleksandra Czekanowskiego.

Na misji niestety nie spotkaliśmy nikogo poza księdzem Andrzejem i Jego współpracownikiem. Ksiądz Andriej - jak się sam nazwał - jest Słowakiem. Opowiadał nam o swoich trudnościach, nie tyle w aklimatyzacji, co w przetrwaniu każdej zimy - zbyt długiej, zbyt zimnej, zbyt ciemnej. Najgorsze są tygodnie, gdy temperatura spada poniżej
-35oC i pojawia się gęsta, mleczna mgła. Świat zmienia wtedy swe zwykłe oblicze, nie widać nawet śniegu ani szarego nieba, wszystko ogarnięte jest mgłą. Człowiek traci resztki równowagi wewnętrznej i nietrudno wtedy o depresyjny nastrój.

Misja Salezjanów

Andriej opowiedział nam, jak mieszkańcy spędzają wolny czas. Otóż letem powszechnie wyjeżdżają na dacze, by tam choć na chwilę odsapnąć od meczącego miasta. I nie ma to takiego wymiaru jak u nas - wyjeżdżają prawie wszyscy choć często mają na swoich działkach tylko sklecone drewniane 4 ściany z dachem. Takie wyjazdy są sposobem na "odratowanie siebie", wynikają z silnej potrzeby ludzi aby przebywać wśród natury. Są bardzo ważne, szczególnie dla Jakutów. Parafrazując Andrieja: ludzie tam nabierają sił, wzmacniają się bo w niedalekiej perspektywie mają ostrą zimę, i wielomiesięczne siedzenie w mieście.

Najciekawiej Andriej opowiadał o Ewenkach - nielicznej grupie etnicznej, żyjącej w tajdze i zajmującej się myślistwem. Ze względu na surowość warunków, w których żyją, klimat i brak podstawowych nawyków higienicznych, średnia życia Ewenków to 35 lat! Żyją w jurtach pokrytych skórami, jedzą to, co upolują, odzież również szyją ze skór. Ponoć jakiś czas temu znalazła się jedna Francuzka, która by poznać ich obyczaje i dokładnie je opisać wyszła za mąż za Ewenka.

Misja cieszy się sporą popularnością, szczególnie w czasie niekończącej się zimy, przewija się tu około 300 osób, głównie dzieci i młodzieży. W misji znajduje się świetlica, czytelnia, sale do zajęć warsztatowych, np.: stolarstwa itp.
Na pożegnanie Andriej powiedział, że co roku misję odwiedzają jacyś Polacy, bo "Polacy nie boją się świata". Następnego dnia gdy szliśmy do przystanku autobusowego, z którego mieliśmy jechać do Muzeum Wiecznej Zmarzliny, napotkaliśmy cerkiew a w niej ślub. Zajrzeliśmy do wnętrza, niewiele osób, kobiece głowy nakryte pięknymi chustkami, które lekko zsuwając się z głów właścicielek, nadawały im bardziej frywolny niż skromny wygląd. Mimo nielicznie zgromadzonych gości donośnie śpiewano odpowiedzi przewidziane liturgią, do dziś pamiętam i siłę tych hymnów i ich niezwykłą czystość, delikatność, piękno. Wycofaliśmy się; ale parę młodą mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć parę chwil później gdy dotarliśmy do muzeum. Otóż brzydki skądinąd "mamut" stojący przed wejściem stanowi widocznie, niczym u nas jakiś ładny zakątek parku, pożądany motyw tła ślubnych zdjęć. Co kraj to obyczaj.

Muzeum właściwie trudno nazwać muzeum a jeszcze trudniej je znaleźć. Otóż pytani przez nas mieszkańcy Jakucka po prostu nie słyszeli o takowym. W końcu ktoś doradził nam właściwy autobus (nr 17), którym wyjechaliśmy na peryferie miasta. W oddali widzieliśmy blokowiska, bliżej jezioro, a przed nami owego mamuta stojącego pośrodku nieczynnej fontanny. Opisywane w przewodnikach muzeum to po prostu udostępnione do zwiedzania pomieszczania Instytu Wiecznej Zmarzliny. Akurat gdy przyszliśmy kadra była na obiedzie i musieliśmy parę kwadransów poczekać.

Podziemny korytarz

Zeszliśmy ok. 12 metrów pod ziemię (!) by poczuć chłód - jakoś w ogóle nie pomyśleliśmy wcześniej by ubrać coś na krótkie spodenki i koszulki. A przecież tu na -12 metrach temperatura była minusowa, co oczywiste (było -4oC). Spacer po zmarzniętych korytarzach nie trwał długo - może jakieś 20 minut. Mieliśmy okazję dotknąć tej osławionej mierzłoty, żwiru i piasku, zespolonych lodem. Główne problemy, rozwiązywaniem których zajmuje się Instytut, to pozyskiwanie wody dla Jakucka, dotarcie do jej źródeł i zabezpieczenie ich przed zamarznięciem. W jednym z korytarzy leżał mały niedźwiadek a raczej kości zachowane dzięki temu chłodowi, który już po kilku minutach zbyt wyraźnie zaczeliśmy odczuwać.

....

Wyjeżdżamy z Jakucka.

10 sierpnia; opuszczamy Jakuck ale znowu nie tak prędko jak byśmy chcieli; umówiony wczoraj kierowca mikroawtobusu dziś postanawia, że pojedzie wtedy gdy znajdą się jeszcze 2 osoby chętne na podróż do Ałdanu - tak jakby ludzie tu z godziny na godzinę decydowali się na ponad 500 kilometrową wycieczkę! Czekamy i irytujemy się; kolejne przewartościowanie zachodzi w naszych europejskich umysłach: czas to nie pieniądz a to, że chcemy płacić nie zmienia nas w klienta. Wreszcie pojawia się jakaś Jakutka, która chce jechać do Ałdanu. Kierowca ustępuje i zgadza się jechać. Po godzinnej jeździe przeprawiamy się na drugi brzeg ogromnej rzeki Leny, która w tym miejscu ma szerokość 14 kilometrów. Dopada nas kurz, ten wyczytany w Koperskim, wciskający się mimo zamkniętych okien w uszy, nosy, włosy.
Jedziemy szeroką szutrową drogą, wyrąbaną w skarłowaciałej tajdze, zakurzonej, podsychającej. Po 16-godzinnej podróży, około 2 nad ranem docieramy do hotelu w Ałdanie. Nie chce nam się spać bo jeszcze nie zaadaptowaliśmy się do zmiany stref czasowych (w Polsce jest dopiero 18). Jednakże po jakuckiej wódce ziołowej szybko zasypiamy.


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 następna strona do góry