|
Opisy Ukrainy z czasów I Rzeczypospolitej, zwłaszcza te z początkowych
wersów "Ogniem i Mieczem", powodowały, że tereny te wydawały się mi jakimiś
magicznymi, niezmierzonymi połaciami ziemi porośniętej falującymi, zielonymi
łanami traw z mnóstwem owadów, z szerokimi rzekami, z mnóstwem zamków obronnych,
w których walczyli Polscy bohaterowie. I dlatego teraz tam wyruszam, aby przekonać
się jak to jest w rzeczywistości, chociaż już teraz wiem, że obrazy które mam
w głowie są wyolbrzymione, ale pomimo tego to co ujrzę na miejscu i tak na pewno
mnie oczaruje i nie będę zawiedziony.
Wstęp:
Wykorzystując jeden z sierpniowych tygodni, dodając do tego dwa
weekendy jadę więc tam gdzie zawsze chciałem dotrzeć, a ponieważ nie
jest daleko okres czasu jaki mam wystarczy, aby w szybkim tempie,
nigdzie zbyt długo nie marudząc zobaczyć to co zamierzam. Wyjazd mój
ma nastąpić w piątek, ale po tygodniu pracy chcę chwilę wypocząć,
więc wyjeżdżam dopiero w sobotę wieczorem. Jadę tylko z małym podręcznym plecakiem.
Warszawa - Tarnów - Przemyśl - Medyka - Lwów
Dzień 1, 2
W sobotę o 22.55 wyruszam pociągiem pospiesznym z przesiadką w Tarnowie
do Przemyśla. Po 9.00 jestem w Przemyślu. W pociągu marznę trochę i to nie
pozwala mi się wyspać. Moja polarowa bluza o grubości 200 nie jest dostateczną
ochroną. W Przemyślu z dworca PKP przejściem podziemnym przechodzę na dworzec
autobusowy. Na dworcu pomimo niedzieli, a może dlatego mnóstwo ludzi,
ale jak się okazuje wszyscy jadą na odpust do Kalwarii. Parę osób proponuje
mi zakup spirytusu i papierosów, ale nie jestem zainteresowany. O godz. 10.30
jadę rejsowym autobusem Przemyśl - Lwów do Lwowa. Cena biletu 15 złotych.
Drugą tańszą opcją, o której nie wiedziałem w tym momencie jest minibus
do granicy za 2 złote, przejście jej pieszo i dalej kolejnym minibusem
do Lwowa za 6HR hrywni (mój skrót ukraińskiej waluty to HR). Z Przemyśla
do przejścia granicznego w Medyce jest około 20 kilometrów, a do Lwowa około
120 kilometrów. Na dworcu autobusowym we Lwowie myślałem, że bez problemu znajdę
jakąś "babcię" (czyt. - osobę proponującą pokój przy rodzinie) z kwaterą.
Szukam kwater, dlatego iż są tańsze od hoteli, a ceny z mojego przewodnika
w języku polskim "Wydawnictwa Pascal" zaczynają się od 14 $USA. Szukam z 10 minut
i udaje mi się w końcu znaleźć. Cena 5 $USA.
Jestem we Lwowie po raz pierwszy. Dwa lata wcześniej przejeżdżałem tylko
przez Lwów w drodze do Suceawy w Rumunii i dalej lądem do Indii.
Potem, gdy sprawdzam ceny w różnych hotelach, to podane w przewodniku są bardzo
odbiegające od rzeczywistości. Zawsze korzystam z przewodników angielskich
Lonely Planet. Tym razem ze względów finansowych zaryzykowałem jednak Polski
i chociaż nie żałowałem, bo znam j. rosyjski i zawsze mogłem się dopytać
to było jednak sporo nieścisłości.
Z dworca jadę z "Babcia Sonią" marszrutką tzn. minibusem kursującym jak
autobus po wyznaczonej trasie za 0,8HR do centrum. Okazuje się, że będę
mieszkał w samym sercu miasta na samym rynku, w jednej z otaczających go
czterdziestu czterech kamienic, z których każda ma inną historie i właścicieli.
Muszę się tylko myć w miednicy, bo łazienki, a w niej wody jako takiej nie ma.
Ponieważ jest wczesne popołudnie chodzę po rynku, wstępuję do jednego
z kościołów na polska mszę, oglądam kamienice na rynku, potem inne kościoły,
docieram do "Opery Lwowskiej" i włóczę się po okolicy bez konkretnego już celu.
Kurs 1$ USA = 5,15HR.
Lwów
Dzień 3
Zjadam śniadanie (mielonka z konserwy), popijam herbatą i jadę tramwajem
nr 7 na Cmentarz Łyczakowski. Pochowanych jest tutaj około 500 tysięcy ludzi,
z czego bardzo wielu zasłużonych dla kultury polskiej tacy jak G. Zapolska,
K. Twardowski, S. Banach, czy A. Grottger. W tramwaju poznaję dwóch sympatycznych
Ukraińców po pięćdziesiątce (wiek), którzy z przyjemnością pokazują mi cmentarz.
Prowadzą mnie najpierw do części, gdzie pochowani są polscy obrońcy Lwowa,
potem do najstarszej części cmentarza, a na zakończenie do grobu Marii Konopnickiej,
który położony jest przy wyjściu. Przy rozstaniu wymieniamy się adresami.
Wracam do centrum i wdrapuję się na wzgórze "Wysoki Zamek" aby stamtąd
podziwiać panoramę Lwowa. Na wzgórzu tym wznosił się gotycki zamek murowany
wzniesiony przez Kazimierza Wielkiego, ale został on spalony przez Kozaków
w 1648r., a po odbudowie stracił swe znaczenie na rzecz Kamieńca Podolskiego
i w końcu został rozebrana w 1772r. przez Austriaków.
Wracam potem na chwilę na kwaterę, aby coś zjeść. Od "babci Soni" dostaję
niespodziewanie talerz ryżu z mięsem i barszcz ukraiński. Wieczorem włócząc się
po mieście. Na deptaku dochodzącym do opery spotykam grupę z Polski. Integrujemy
się spożywając tuż przed operą niezwykle tanie, ukraińskie, procentowe trunki.
Dołącza się do nas trójka Ukraińców i jest sympatycznie. Przed północą wracam
na kwaterę, a poznana grupa do akademika, w którym mieszka. Jutro jadą do Odessy.
Bilet 50HR w przedziale "kupe", 36HR w przedziale "platzkartnym".
Lwów
Dzień 4
Rano wstaję po 10.00. Mam lekki ból głowy. Po śniadaniu jadę tramwajem
z przystanku za operą na dworzec kolejowy. Jutro zamierzam jechać do Tarnopola
i do oddalonego od niego o 29 kilometrów Zbaraża, aby obejrzeć tam byłą polską
warownie. Pociągi są o 8.24, 12.02 za 15,71HR. Pociąg do Brześcia np. jest
o 6.40, a do Odessy o 21.30. Koło dworca kolejowego jest kilka barów, których
wygląd jest bardzo przypominający poprzedni ustrój. Ceraty na stołach, a różne
potrawy, które są do kupienia stoją jako ekspozycja na ladzie. Brakuje tylko
sztućców na łańcuchu, jak w filmie "Miś". Ja jednak lubię takie klimaty!
Spod dworca odjeżdżają również minibusy do przejścia granicznego Szeginia-Medyka.
Z dworca kolejowego do centrum jedzie ze mną tramwajem dwóch Polaków.
Zatrzymują się oni w "Hotelu Żorż" - (George), gdzie dwójka bez łazienki kosztuje 127HR.
Idę zwiedzać dalej. Lwowskie Historyczne Muzeum (wstęp 0,5HR), w którym
można obejrzeć dużą liczbę militariów z XVII-XVIII wieku. Chociaż nie jestem
wielbicielem muzeów - to mi się podoba! Następnie Lwowska Galeria Obrazów,
ale jest zamknięta, i Pałac Potockich, niestety w remoncie. Dochodzę do budynku
Uniwersytetu i po zrobieniu koła wracam na "Prospekt Swobody". Dla zainteresowanych
za Operą znajduje się niedrogi "Hotel Lwów", gdzie dwójka bez łazienki kosztuje 50HR,
z łazienką 100HR, a trójka bez łazienki 60HR. W Operze są dziś jakieś występy zespołów
folklorystycznych. Robię sobie na tle opery zdjęcie z trzema kanadyjkami pochodzenia
ukraińskiego w ludowych strojach.
Ruszam następnie na poszukiwanie kawiarenki internetowej.
Znajduje ją ze 2 kilometry od ścisłego centrum. Miejsce nazywa się "San Remo".
Jest tam również pizzeria, bar, dyskoteka w podziemiach. (Świetne miejsce na rozrywkę!
Podczas moich kolejnych wizyt we Lwowie odwiedzam je nie jeden raz.)
Po 21.00 wracam na kwaterę.
Lwów - Tarnopol - Zbaraż - Czortków - Kamieniec Podolski
Dzień 5
Miałem wstać o godzinie 7.00, ale "Babcia Sonia" budzi mnie o 6.30.
Leżę więc do 7.00. Wypijam herbatę i jadę tramwajem na dworzec kolejowy.
Zjadam w budce hot-doga i idę na pociąg. Pociąg spóźnia się ponad 1,5 godziny!
W Tarnopolu więc zamiast na godzinę 10.40 jestem o godzinie 12.00. Z dworca
kolejowego na dworzec autobusowy jadę autobusem miejskim. Stamtąd do Zbarża za 2HR.
Autobus zatrzymuje się obok głównej drogi. Od niej idę jeszcze pieszo około 2 do
3 kilometrów do samej "twierdzy". Wstęp tylko 0,5HR.
Zamek w Zbarżu stanowił własność rodzin Zbarskich, Wiśniowieckich i Potockich,
nie jest jednak bardzo imponujący, jeżeli chodzi o mury, baszty czy coś w tym stylu.
Zalety i wygląd groźnej twierdzy stracił już chyba dawno temu. Jest za to odnowiony
w środku i z interesującym muzeum. Wsławił się obroną dowodzoną przez Księcia
Jeremiego Wiśniowieckiego w 1649r. przed wojskami Bohdana Chmielnickiego opisaną
literacko przez H. Sienkiewicza.
Autobusem z ronda niedaleko kościoła Św. Antoniego, który jest w obecnym czasie
restaurowany, już bez konieczności dochodzenia do głównej drogi wracam do Tarnopola.
Ponieważ nie jest jeszcze późno jadę do kolejnego etapu mojej podróży - Kamieńca
Podolskiego. Najpierw jadę jednak do Czortkowa. Niestety nie powiedziałem zawczasu
kierowcy, że chcę jechać dalej do Kamieńca i ostatni autobus do tej miejscowości
mija nasz autobus przed samym Czortkowem, ale o tym dowiaduje się dopiero na dworcu.
Na dworcu miejscowa cyganka próbuje namówić mnie na wróżenie. Nie mam jednak czasu,
bo za namową pań kasjerek z dworca wyruszam w szaleńczą jazdę taksówką marki "Łada"
w pogoń za autobusem, na który nie zdążyłem. Doganiam go po przejechaniu 15 kilometrów.
Jeden kilometr = 1 HR.
Po dotarciu do Kamieńca, na dworcu przy tablicy z rozkładem jazdy poznaję parę
Ukraińców Saszę z Leną. Zaczęliśmy rozmawiać i skończyliśmy w spożywczym sklepie,
w którym przy stoliku wznosiliśmy toasty za przyjaźń polsko-ukraińską.
Idziemy potem w poszukiwaniu dla mnie hotelu. Noclegi w "Hotelu Ukraina" 20/30Hr.
W drugim hotelu o nazwie "Junost" mieszczącym się niedaleko w wysokim bloku ceny
30/60HR. Niższy przedział cenowy dotyczy obywateli Ukrainy, wyższy obcokrajowców.
Sasza proponuje mi jednak, iż mogę się zatrzymać u niego (mieszka z bratem i babcią,
która właśnie wyjechała). Zgadzam się. Jedziemy do niego "marszrutką", po drodze
zostawiając w domu Lenę.
Nie idziemy jednak jeszcze spać, tylko do osiedlowego baru w blaszanym garażu
dalej się "bratać". Gdy słyszę, że Sasza zarabia 30$USA miesięcznie (jemu wydaje
się to dość dobrze) staram się płacić sam za naszą tu wizytę, aby w ten sposób
odwdzięczyć się za nocleg.
Po powrocie do domu poznaję jego młodszego brata Andreja, lat 21, Sasza ma 24 lata.
Chłopaki są tak mili, że mnie kładą na łóżku, a oni śpią na podłodze.
Kamieniec Podolski - Chocim - Kamieniec Podolski
Dzień 6
Wstaję po 9.00. Na śniadanie smażony makaron ze skwarkami i herbata bez cukru.
Jadę z Saszą "marszrutką" do centrum. Sprawdzam na dworcu czas odjazdu pociągów
do Kijowa, ponieważ przez stolice Ukrainy chcę wracać do Polski. Sasza idzie
spóźniony do pracy, a ja jadę autobusem do Chocimia, miasta, które oprócz znaczenia
militarnego poprzez istniejącą tam fortece, począwszy od XVI wieku miało również
znaczenie handlowe, ponieważ przebiegał tamtędy szlak z imperium osmańskiego.
Od głównej drogi w mieście do zamku jest około dwóch do trzech kilometrów.
Twierdza robi na mnie duże wrażenie szczególnie, iż położona jest nad samym brzegiem
Dniestru. Bilet wstępu kupuję na parkingu (2HR), a stamtąd do głównego zamku
jest ponad 400 metrów. "Twierdza Chocimska" robi duże wrażenie przede wszystkim
od zewnątrz, a jeszcze większe, gdy idzie się tuż u podnóża murów do Dniestru,
gdy patrzy się w górę na strzeliste mury i baszt. W środku jest trochę zrujnowana,
ale w trakcie małej rekonstrukcji. Twierdza uzyskała rozgłos od tzw. "victorii
chocimskiej" z 1673r., kiedy to Jan Sobieski zdobył tą twierdzę bronioną przez
30 tysięczną armię turecką Husseina-baszy.
Do Kamieńca wracam autostopem dając kierowcy 3HR. Wcześniej kupują małego arbuza,
który skutecznie gasi moje pragnienie, ból głowy i zaspokaja głód. Po dotarciu
do miasta idę do słynnego zamku w Kamieńcu. Dochodzę do niego po dwukrotnym przekroczeniu
wąwozu, najpierw mostem nowoplanowskim, a potem mostem tureckim, które oddzielają
twierdzę od miasta. Widoki niezapomniane. Patrząc z góry na zamek od razu przypomina
mi się wersja telewizyjna "Pana Wołodyjowskiego" nakręcona przez Hoffmana i bohaterska
śmierć głównego bohatera. W cenę biletu wliczone jest zwiedzanie muzeum i podziemi.
Można też się wspiąć po stromych schodach na jedną z wież.
Spędzam tam dwie godziny siedząc na dziedzińcu, obok studni i budki z biletami
wczuwając się w atmosferę teko miejsca. Wracam następnie do centrum w okolice
restauracji o nazwie w polskim tłumaczeniu "Brzoza", gdzie serwują pyszne jedzenie.
Robię zakupy spożywczo-trunkowe. Wracam marszrutką do Saszy. Anrej na mnie już
tam czeka, a po jakiejś godzinie przychodzi Sasza z Leną. Wieczór spędzamy na
wznoszeniu kolejnych toastów za pomyślność ukraińsko-polską.
Kamieniec Podolski - Kijów
Dzień 7
Rano o 10.00 jadę z Saszą "marszrutka" na dworzec kolejowy. Chce kupić bilet
do Kijowa. Na pociąg o 19.00 biletów już nie ma. Na pociąg o 22.07 podobno są miejsca,
ale bilety będą sprzedawać dopiero po godzinie 20.00. Trochę jestem na siebie zły,
że wczoraj nie przyjechałem i go nie kupiłem.
Żegnam się z Saszą i cały dzień od 12.00 włóczę się po mieście. Odwiedzam
kawiarnię internetową, ze dwie restauracje, idę jeszcze raz do zamku, a o 17.00
melduje się na stacji. Na pociąg o godzinie 19.00 nie udaje się mi w żaden sposób
dostać. Obserwuję tłum starszych ludzi, którzy żegnają swoich wnuków wracających
z wakacji do stolicy.
Gdy otwierają o 20.00 kasy udaje mi się kupić bilet na pociąg o 22.07 za 19HR.
Przykładowo z Kamieńca Podolskiego bilet na pociąg do Sankt Petersburga kosztuje
100HR. Autobusowy do Kijowa 34HR, a do Kiszyniowa w Mołdawii 22HR.
Czekając na pociąg zjadam dwa śmietankowe lody w wafelku po 0,5HR sztuka.
Pociąg odjeżdża punktualnie.
Kijów - Kowel
Dzień 8
W Kijowie jestem o godzinie 8.00. Jednak jutro wieczorem mam być w domu,
wiec w sumie oglądam tylko remontowany dworzec. Wyznaje zasadę, aby nigdy nie
wracać do domu tą samą drogą, wiec jestem teraz w Kijowie.
O 11.00 mam bezpośredni pociąg do Warszawy. Cena w przeliczeniu na dolary
USA 32$, ale udaje mi się ustalić z prowadnikiem (konduktor) inną, a mianowicie
25$ USA. Cóż z tego, gdyż idę jeszcze szybko coś kupić do jedzenia na prawie
24 godzinną drogę i nie zdążam na pociąg. Wchodzę na peron i już nawet końca
pociągu nie widać, ale jestem wściekły na siebie. Głupie uczucie!
Po odczekaniu w długiej kolejce udaje mi się kupić bilet do Kowla na 14.29.
Cena w przedziale "kupe" 28HR.
Kowel - Dorohusk - Lublin - Warszawa
Dzień 9
O godzinie 1.39 dojeżdżam do Kowla. Dworzec jest w remoncie i wszyscy oczekujący
podróżni koczują pod gołym niebem.
Oczekując koło budki dróżnika na pociąg do granicy poznaję Ukraińca Mikołaja,
który jedzie też do Polski. Jest nauczycielem języka angielskiego, ale pracuje
fizycznie w jakimś gospodarstwie w pod Lublinem. Idziemy do oddalonego o jakieś
500 metrów sklepu, aby tam zaczekać do momentu podstawienia pociągu i raczymy
się piwkiem i zimnymi serdelkami. O 5.30 mamy pociąg do granicy, a potem
przemytniczą rozwalającą się "elektryczką", której podłogi, sufity i wszystko,
co jest możliwe przerobione jest na skrytki na papierosy i spirytus jedziemy do Chełma.
W pociągu sami ukraińscy przemytnicy oklejeni woreczkami ze spirytusem.
Widok ten nie jest mi obcy, ponieważ podobne sceny obserwowałem na przejściu
Brześć - Terespol. O 10.57 wyjeżdżam z Chełma do Warszawy przez Lublin.
W Siedlcach jestem o 17.00. Zdążyłem.
Zakończenie
Cały wyjazd kosztuje mnie tylko 350 złotych. Po Polsce jechałem pociągiem
ze zniżką 50%. Pięć konserw i kilka gorących kubków to moje zabrane z Polski
wyżywienie, oprócz spożywanego w całej podróży. Udało mi się wyrwać z pracy
i tak miło spędzić ponad tydzień.
Zobaczyłem znane mi do tej pory tylko z Sienkiewiczowskich opisów w Trylogii
dawne Polskie warownie, a ponieważ jestem fanem tego dzieła, nie mogłem się
doczekać kiedy je ujrzę, od momentu kiedy pomysł na ten wyjazd zrodził się
w mojej głowie. Mogłem też moje wyobrażenia o tych miejscach porównać z książkowym opisem.
Warownia w Zbarażu najmniej mi się podobała, chociaż miała najładniejsze
ze wszystkich trzech muzeum. "Twierdza Chocimska", nie miała muzeum, ale
ze swoimi wysokimi murami i urokliwym usytuowaniem nad Dniestrem zrobiła
na mnie wielkie wrażenie. Najbardziej imponujący, chociaż nie tak ogromny
jak twierdza w Chocimiu był jednak "Zamek w Kamieńcu". Podobał mi się on
tak dlatego, iż mam sentyment do "Trylogii" oraz że warownia ta była najbardziej
odnowiona i to zarówno w środku, jak i na zewnątrz.
|