Samochodem
na Krym
Galeria

 

 
  
Grzesiek
na Czarnym lądzie
 
Grzegorz Lewocki
 
Hong Kong,
Macau, Filipiny
 
Grzegorz Lewocki
 
Maroko 2002 
Grzegorz Lewocki
 
Lądem
do Kambodży
 
Grzegorz Lewocki
 
32 dni
w Indochinach
 
Grzegorz Lewocki
 
Ukraina - śladami polskich warowni 
Grzegorz Lewocki
 
Samochodem
na Krym
 
Grzegorz Lewocki
 
Włoskie wakacje 
Grzegorz Lewocki
 
Kanał Ostródzko-Elbląski 
Grzegorz Lewocki
 

 
Grzegorz Lewocki
Samochodem na Krym
07.08.-20.08.2004r.

W ostatnich trzech latach wykorzystując przedłużone majowe weekendy lub inne korzystne terminy byłem czterokrotnie na Ukrainie. Nie udało mi się jednak nigdy dojechać na Krym, któremu ze względu na oddalenie chciałem poświęcić oddzielny dłuższy wyjazd. Udaje się to teraz przy udziale znajomych poznanych na ubiegłorocznych wakacjach w Sousse - Gosi i Artura, których to samochodem zamierzamy to zrobić.

Fot. Grzegorz Lewocki

 

Wyjazdu nie poprzedzają żadne większe przygotowania, ponieważ nikt z naszej czwórki, bo uczestnikiem jest również moja dziewczyna Ania nie ma na to czasu. Ściągamy tylko z Internetu trochę informacji, zabieram z półki przewodnik Pascala "Ukraina", pożyczam od kolegi Czarka "Krym" wydawnictwa Bezdroża, Artur kupuje mapę samochodową Ukrainy i w drogę!

DZIEŃ 1
O 7.00 rano Gosia z Arturem pojawiają się przed naszym blokiem na Pradze. Po dokładnym upakowaniu bagażnika o 7.20 Honda Civic Kombi o pojemności 1,4 wiezie naszą czwórkę w stronę granicy. Tankujemy na polskiej stacji paliw z orłem i zerujemy licznik. Przyklejamy nalepkę "PL" i start.

Do przejechania na Krym mamy jak wynika z internetowego wyliczenia 1700 kilometrów. Po przejechaniu 320 kilometrów jesteśmy na granicy w Hrebennem. Kolejka samochodów na około 2 godziny, jak informują stojący z przodu.

Wykorzystując pewien posiadany dokument Polski pogranicznik pilnujący kolejki po uprzedniej telefonicznej rozmowie z przełożonym zezwala nam uprzejmie na jej ominięcie. Drogą wyłożoną płytami po prawej stronie głównej drogi omijamy kolejkę. Polska odprawa paszportowa, potem ukraińska (wypełniamy tzw. karty emigracyjne, których oderwaną przez pogranicznika część z wstęplowaną datą trzeba będzie okazać przy wyjeździe)

Kierowca otrzymuje ponadto wypełnioną przez ukraińskiego żołnierza kartkę z wpisanym na niej numerem rejestracyjnym pojazdu i liczbą w nim osób. Przy kontroli paszportowej i celnej należy ją podstemplować i oddać żołnierzowi przy opuszczaniu przejścia.

Nie mamy ze sobą zielonej karty do samochodu, ponieważ Artur nie mógł jej znaleźć. Nie pytają się o nią na szczęście, (chociaż na Ukrainie podobno nie obowiązuje), ale lepiej posiadać i mieć ją ze sobą.

Mam różne, często sprzeczne informacje na temat dodatkowych opłat przy przekraczaniu granicy ukraińskiej i do końca nie wiem, które jeżeli ich uiszczenia zażądają są prawdziwe, a które nie? Oczekujący w kolejce Polacy mówią, iż potrzebne jest ubezpieczenie zdrowotne, więc przed opuszczeniem granicy zatrzymali nas panowie w niebieskich mundurach o błyszczących nienaturalnie oczach i kazali je wykupić. Uprzedzeni przez "kolejkowiczów" mówimy, że jedziemy na 5 dni i koszt takiego ubezpieczenia to 10 złotych lub 12 hrywny (mój skrót waluty Ukrainy HR) od osoby. Jeżeli deklaruje się dłuższy pobyt, koszt wzrasta.

Granicę po załatwieniu formalności opuszczamy o godzinie 12.55. Pierwsze kilometry z przejścia granicznego do Ravy Ruskiej trzeba jechać z prędkością 30/40 km/h, tak jak nakazują znaki, ponieważ często stoi tu milicja z radarem. Przestawiamy zegarki o godzinę do przodu i po przejechaniu 73 kilometrów jesteśmy pod hotelem "Lwów" we Lwowie.

Ponieważ nikt z uczestników oprócz mnie nie był we Lwowie mamy w planie pobieżne jego zwiedzenie. Hotel "Lwów" dobrze mi jest znany z wcześniejszych wizyt. Pokój 2os. z umywalką 80HR, 1os. 50HR. Ceny w porównaniu z moim poprzednim pobytem wzrosły. Z tyłu hotelu, na dawnym śmietniku jest urządzony strzeżony parking (24h - 6HR płatne w hotelu).

Zostawiamy bagaże w pokoju i ruszamy. Najpierw budynek opery i dalej Prospektem Swobody do pomnika A. Mickiewicza. Ponieważ jest sobota - dzień ślubów na całym prospekcie i koło opery oglądamy dosłownie kilkanaście par młodych, niektóre bardzo młode wiekiem. Skręcamy następnie na stare miasto, a potem tramwajem numer siedem jedziemy na Cmentarz Łyczakowski. W drodze na cmentarz zaczyna mocno padać. Wyskakujemy z tramwaju koło cmentarza i chronimy się pod parasolami niedalekiego kiosku z piwem. Po dwóch piwach przestaje padać (około 30min.). Idziemy na cmentarz. Wstęp 3HR, płacę go po raz pierwszy, chociaż jestem tutaj po raz czwarty. Studenci chyba 2HR, dzieci 1 HR.

Po jakiejś godzinie wracamy tramwajem do centrum, mały spacerek i po 22.00 kładziemy się spać. W hotelu jest wesele i muzykę słychać do godziny 5.00 rano. Niektórym może przeszkadzać!

DZIEŃ 2
O godzinie 7.15 wyjeżdżamy ze Lwowa. Po całodniowej jeździe z trzema 10 minutowymi postojami na papierosa i toaletę i jednym godzinnym na obiad o godzinie 19.00 dojeżdżamy do Mikołajewa. Drogi na Ukrainie strasznie dziurawe, wąskie, prawdą jest to, że nie należy jeździć nocą, bo można stracić koło, bardzo źle lub wcale nieoznaczone, parokrotnie musimy zawracać, pytać ludzi o właściwy kierunek, a kierowcy wykonują manewry bez żadnej sygnalizacji, więc trzeba uważać! Po drodze mijamy osiem patroli milicji, ale żaden na szczęście nas nie zatrzymał. Od wyjazdu z Warszawy przejechaliśmy 1253km. W dniu dzisiejszym przejechaliśmy 860km. Zatrzymujemy się w hotelu Mikołajew za 180HR za czteroosobowy pokój rodzinny, który w zasadzie można uznać za dwa pokoje, bo dwuosobowych już nie ma wolnych. Jest jeszcze inny hotel "Ukraina", gdzie od osoby jest 50HR, ale w nim wcale nie było już miejsc.

DZIEŃ 3
Wyjeżdżamy o 8.20. Za Chersoń zatrzymuje nas milicja. Badają poziom emisji spalin i wykupujemy za 35HR opłatę środowiskową. Dziwimy się, bo nasz ładny samochodzik spalin nie emituje prawie wcale. Potem płacimy jeszcze opłatę wjazdową na Krym w wysokości 10HR za samochód. Do Symferopola z Warszawy przejechaliśmy 1593km. W Symferopolu w restauracji "Ali Baba" zjadamy obiad. Mają ograniczony wybór potraw ze względu na sobotnie wesele, niedojedzone torty jeszcze stoją na stołach. Około 14.00 docieramy do Ałuszty. Plaża miejska w centrum płatna i nie za bardzo urodziwa. Jedziemy w region sanatoriów koło Ałuszty, ale noclegi w nich bardzo drogie po 70$USA za pokój z wyżywieniem, a mieszkania dwupokojowe to wydatek 50-60$USA. Tak wysokie ceny są od 2 dni, ze względu na olbrzymi napływ turystów zarówno ukraińskich, jak i rosyjskich. Ten przedział cenowy ma się utrzymywać do około 20 sierpnia, dopóki nie skończą się szkolne wakacje.

Odradzam, więc wszystkim szukania czegoś interesującego w tym okresie w okolicy tzw. "riwiery krymskiej", chociaż mogą zdarzyć się na pewno wyjątki. Nam się jednak nic nie udało. Jedziemy przez kolejne dwa nadmorskie miasteczka zjeżdżając z głównej drogi do Jałty, ale wszystko bezskuteczne, ponieważ jeżeli cokolwiek uda się znaleźć to ceny bardzo wysokie, a i tak większość już zajęta, a nowi ludzie cały czas pytają o miejsca. Sprawdzamy też ceny pokoi i mieszkań u ludzi oczekujących w samochodach na trasie do Jałty, ale ceny również wysokie. Docieramy w końcu do Jałty i koło "Zooparku", sprawdzamy ceny w Motelu "Polana Skazok". Ceny za dwa ostatnie pokoje 245 i 320HR. Zanim tam jeszcze dojeżdżamy zostajemy na ponad 40 minut zatrzymani przez milicjanta i wraz z kilkudziesięcioma samochodami oczekujemy w bocznej drodze na przejazd premiera Ukrainy. Co ludzie narzekają! Po raz pierwszy słyszałem takie przekleństwa po Ukraińsku! Na Ukrainie jest tak, jak informują nas sąsiedzi z innych samochodów, że gdy jaki- VIP jedzie to wszystko zamiera. Ludzie nie docierają na czas do pracy, towarów do sklepów nie dowożą i czasami muszą przymusowo oczekiwać do 3 godzin.

Po niepowodzeniu w "Polanie Skazok" decydujemy się jechać w głąb lądu do Bachczysaraju. Jedziemy drogą zaczynającą się za Jałtą i biegnącą w prawo przez góry. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów w szybko zapadającym zmroku wiemy, że nie jest to najlepszy pomysł. Droga dziurawa, bardzo, ale to bardzo kręta, zakręty nieoznaczone, niezmiernie wąsko, ale nie decydujemy się wracać i pniemy się cały czas pod górę. Humory nam nie dopisują.

Po 21.00 docieramy na przełęcz, na szczyt Aj-Petri i w szaszłykarni dostajemy namiar na hotel 3 kilometry od głównej drogi. Mówią, że po 40HR od osoby można tam przenocować. Jedziemy więc. Gdy tam docieramy okazuje się, że istotnie maja wolne pokoje, ale po 50$USA. Ja im wiec na to, że słyszałem, że u nich jest po 40HR, bo tak nam powiedziano. Słysząc to pani z recepcji, konsultuje się z właścicielem, który właśnie w hotelowej restauracji spożywa kolację z przyjacielem podpułkownikiem milicji. Proponuje on nam nocleg nie w hotelu, ale myśliwskim małym domku koło hotelu za 160HR. Udostępnia go tylko znajomym, ale nam w drodze wyjątku go użyczy. Brak jest tylko wody, ale mamy jej pod dostatkiem w plastikowych butelkach w domku.

Idziemy na kolację do hotelowej restauracji i na drinka, aby odreagować, po ciężkim dniu. Schodzi nam do późna. Podziwiamy z okien restauracji rozświetlona panoramę Jałty, którą mamy u stóp. Towarzyszy nam śliczny biały kotek, który potem nawet śpi z nami w domku. Jest to pierwszy z trzech o jakich będzie mowa.

DZIEŃ 4
W nocy jest trochę chłodno. Myjemy się rano w wodzie z plastikowych butelek. Okazuje się, że jesteśmy na szczycie, na który można wjechać kolejką linową. Jest godzina 9.00 i mnóstwo turystów, którzy dotarli tutaj kolejką lub zorganizowanymi mikrobusami na jednodniową wycieczkę z Jałty.

Na szczycie oprócz stacji kolejki i naszego hotelu, jest kilka małych drewnianych domków, przed którymi można zjeść różne potrawy tatarskie i skosztować dobrych domowych win. Inną atrakcją dla turystów z dziećmi szczególnie jest zrobienie sobie zdjęcia na dwugarbnym wielbłądzie, z małym niedźwiadkiem, na osiołku, z dzikiem żywym i wypchanym, jastrzębiem na ręku i w strojach hitlerowskich w replikach samochodów z II wojny światowej.

Po śniadaniu ruszamy w dół. Zatrzymujemy się po drodze przy "Wodospadzie Srebrnym". Wstęp 5HR, dzieci 3HR. Do wodospadu, który ma około cztery metry wysokości, porośnięty jest mchem, a pod nim jest grota, do której można wejść jest około 900 metrów. Droga oznaczona jest czerwoną farba na drzewach. Droga tam i z powrotem z parkingu zajęła nam godzinę i piętnaście minut.

Jedziemy dalej. Mamy zamiar znaleźć jakiś nocleg za rozsądną cenę na odcinku Sewastopol - Eupatoria. Udaje się nam już na przedmieściach Sewastopolu w Lubimowce. Za 25$ USA wynajmujemy dwu pokojowe mieszkanie z zabudowanym balkonem i garażem do wyłącznej dyspozycji jakieś 400 metrów od plaży za pośrednictwem tęgiej pani sprzedającej pestki. Wynajmujemy je na osiedlu wojskowym koło jednostki lotniczej od milicjanta Dimy, który na ten czas z żoną i dzieckiem przeprowadza się do rodziców.

Po kąpieli idziemy wreszcie na plażę. Jest kamienista i nie za bardzo czysta. Nie ma na niej ponadto śmietników, wiec śmieci leżą w różnych miejscach. Odpoczywamy wreszcie w promieniach słońca.

DZIEŃ 5
Wstajemy o 8.00. Śniadanko i na plażę. Do 10.00 słońce jest za chmurami więc postanawiamy jechać na wycieczkę do Sewastopola. Słońce zaczyna przypiekać o 10.35, ale my już jesteśmy w "topiku" nr 12 za 0,75HR (minibusik kursujący jak autobus) w drodze do miasta. Po 10 minutach jesteśmy w porcie. Przeprawiamy się przez Zatokę Sewastopolską promem samochodowo-osobowym za 1,25HR, osobowy prom 1HR i jesteśmy w samym centrum. Wykupujemy z marszu wycieczkę do "Floty Czarnomorskiej" (łódeczki z drewnianymi siedzeniami i baldachimem, pani z megafonem ogłasza) za 15HR od osoby, studenci 12,5HR. Wycieczka trwa 40 minut. Resztki floty czarnomorskiej, którą oglądamy stwarza przygnębiające wrażenie. Pordzewiałe statki, wraki z odpadającym lakierem, trzy wyblakłe okręty podwodne, kilka statków pomocniczych, krążowniki. Mało pozostało z dawnej świetności tej potęgi.

Po wycieczce idziemy wzdłuż nabrzeża. Oglądamy Pomnik Zatopionych Statków, Przystań Grafską, Muzeum Floty Czarnomorskiej (z zewnątrz tylko), Sobór Władimirski. Ze schodami na przystani Grafskiej związane jest powiedzenie: "kobieta, która zejdzie tymi schodami wyjdzie za admirała, a mężczyzna, który nimi zejdzie zostanie admirałem".

Idziemy następnie na obiad, potem na rynek i kupujemy tam czerwona ikrę po 28 i 32HR za 120gr puszeczki i chodzimy jeszcze po mieście, a potem na przystań. W pośpiechu nie wsiadamy na właściwy prom i dobijamy jakieś 30 minut marszu od przystani, z której mamy "topika" do naszej wioski. Dojeżdżamy do tej przystani innym topikiem. Zjadamy w ulicznym barze czieburieki (ciasto w kształcie półksiężyca z mięsem) i jedziemy numerem 12 do Lubimowki. Można i nr 52, tylko, że jedzie dłuższą drogą. Wieczór spędzamy w mieszkaniu.

DZIEŃ 6
Od 10.30 do 14.30 leżymy sobie na plaży. Trochę słoneczko przypieka. Do wody wchodzimy tylko w sandałach ze względu na płaskie kamienie, które w znacznym stopniu utrudniają chodzenie. Miejscowi wchodzą bez. Są bardzo wysokie fale, a woda przy brzegu brązowa od poruszanego przez nie piasku i głęboka. Kilka metrów dalej już morze błękitne.

O 16.35 jesteśmy w Sewastopolu i zajadamy się czieburiekami, ale dzisiaj nie smakują nam tak dobrze jak wczoraj. Jedziemy następnie na przejażdżkę wzdłuż wybrzeża, aby wypatrzyć ewentualne piękniejsze plaże. Docieramy do położonej w oddaleniu 44 km miejscowości Pischane, jednak nigdzie nie ma ładnych plaż, są nawet brzydsze, a przy sanatoriach rozciągających się wzdłuż wybrzeża prawie wszędzie betonowe. Okropny widok.

Wracamy zdegustowani do Lubimowki. W drodze pada straszny deszcz, a woda ze względu na jej wysoki poziom prawie wlewa się nam do samochodu. Przejeżdżamy jednak bez szwanku, chociaż dywaniki pod nogami mamy niebezpiecznie mokre.

Gdy wracamy czeka na nas właściciel Dima, ponieważ ma nam zreperować kran z zimną wodą, bo przestała lecieć. Zawiadomiłem go rano telefonicznie o potrzebie naprawy. Umawiamy się też za kilka dni na wieczorną polsko-ukraińską integracyjną kolację.

Podczas przejażdżki pokonaliśmy 95 kilometrów. Wieczorem po odprowadzeniu samochodu do garażu idę z Arturem do miejscowej knajpki na piwko. Przesiadują tu przeważnie wojskowi w mundurach w drodze z lub do pracy. Dziewczyny w tym czasie dokarmiają wszystkie bezpańskie koty przed blokiem i nie czują się samotne.

DZIEŃ 7
Jedziemy dzisiaj z samego rana do Eupatorii na podobno bardzo ładne plaże. Już na kilka kilometrów przed miastem mnóstwo zaparkowanych samochodów, mnóstwo ludzi na plaży i porozstawianych namiotów. Plaża ładna, ale śmieci sporo. Leżymy i smażymy się jak sardynki do 15.00, a potem udajemy się do miasta. Plaża w centrum miasta to betonowe schody. O dziwo mnóstwo ludzi się tam opala. Człowiek przy człowieku. Parkujemy samochód w pobliżu Monastyru Derwiszów, idziemy deptakiem, skręcamy do Meczetu Dżuma-Dżami, potem Cerkiew Św. Mikołaja, gdzie informują nas o zakazie fotografowania.
Na zakończenie naszej wizyty idziemy pojeździć gokartami na skwerku około 100 metrów od Monastyru Derwiszy. Koszt za 3 okrążenia 10HR, 5 minut 20HR. Sympatyczne zakończenia dnia. Do Eupatorii w jedną stroną 89km.

DZIEŃ 8
Jedziemy na wycieczkę, która ma się zakończyć w Jałcie. Zaczynamy w Ałupce od "Pałacu Woroncowa". Najpierw trzeba odstać ponad godzinę w kolejce do kasy, którą pani kasjerka łaskawie otwiera od czasu do czasu. Następnie, jeżeli się nie jest w zorganizowanej grupie zapisać się do przewodnika, który taką grupę zbiera z pojedynczych osób. Potem trzeba czekać na godzinę, na która sprzedano bilety, bo inaczej nie jest możliwe wejście. W pałacu jest do zwiedzenia tylko osiem pokoi. Wstęp 15HR, studenci 7HR. Indywidualnie zwiedzać nie można. Nie zamierzamy marnować dnia na stanie w kolejkach.

Jedziemy dalej i przez Gaspre dojeżdżamy do wizytówki Krymu "Orlego Gniazda". Wstęp 2HR. W/g mnie nic interesującego, szczególnie, że jest to młoda budowla, bo z 1906 roku. Z daleka prezentuje się bardziej okazale.

Podążamy dalej do Liwadii. Parking w centrum aż 10HR za 1 godzinę, wręcz nie wierzymy, ale nie mamy ochoty cofnąć się i sprawdzić tego faktu. Wstęp do pałacu, w którym odbyła się słynna "Konferencja Jałtańska" 15HR, studenci 7HR. Tutaj można indywidualnie zwiedzać pałac. Bilety sprawdzają nam w środku dwukrotnie z racji tego, że po pierwsze przy wejściu trzeba założyć ochronne obuwie, a nam nikt nie dał i po drugie, jak się okazało przez sklep z pamiątkami w pałacu można wejść normalnie na sale, w których my byliśmy.

Nasz końcowy przystanek to Jałta. Chodzimy nadmorskim bulwarem. Są akurat "Dni Jałty" i jest wielki festyn z poustawianymi nad morzem scenami. Odbywają się różne konkursy i pokazy. Idę przed wyjazdem jeszcze do McDonalda na zestaw McChicen za 15,25HR i na godz. 20.30 dojeżdżamy do Lubimowki.

Idziemy z Arturem zostawić samochód, a potem do naszego baru przepłukać usta. Po drodze w świetle latarki przebiega malutki, bezpański, zagłodzony i chory na uszy kotek. Biorę go ze sobą, bo od wizyty na Aj-Pietri Ania chce mieć kotka.

DZIEŃ 9
Wypoczywamy cały dzisiejszy dzień na plaży. Rano tylko pomimo, że jest niedziela jedziemy do Sewastopola "topikiem" do weterynarza. Kotek jest chory na uszy, ma 2,5 miesiąca, jest cały biały i postanawiamy zabrać go do Polski. Dokumentów nie możemy od weterynarza dostać mówiących, że jest zdrowy, wiec przez granice trzeba będzie jakoś go przewieźć. Lekarzowi za wizytę i lekarstwa płacimy 60HR. Dzień upalny!

DZIEŃ 10
Jedziemy dzisiaj do Jałty do "Aquaparku", a właściwie kilka kilometrów obok. Docieramy tu na godzinę 12.00. Czynne od godziny 9.00 do 18.00. Parking 10HR. Wstęp aż 100HR dorośli, 80HR dzieci. Wstęp od godz. 14.00 do 18.00 80HR i 60HR. Ceny w/g wysokie mnie. Przejechaliśmy jednak prawie 80km, wiec nie pozostaje nam nic innego jak wejść. Jest kilka ciekawych zjeżdżalni, ale nie ma basenu pływackiego. Leżaki plastikowe bezpłatne. Pogoda jednak płata nam figla i słońce chowa się za chmurami. Siedzimy owinięci w ręczniki. Woda w basenach czerpana jest z morza.

Niezbyt zadowoleni wracamy do domu. Słońca nadal brak. Okazuje się ponad to, że w mieszkaniu nie ma wody, ponieważ na dole wymieniają rury. Nikt nas o tym nie powiadomił i jesteśmy bardzo źli. Ponadto o 19.00 ma przyjść właściciel mieszkania Dima z żoną na integracyjną imprezę.

Przed 19.00 pojawiają się goście. Z braku wody w mieszkaniu przynosimy w czym tylko się da od sąsiadów i sałatki warzywne powstają z małym poślizgiem. Gaworzymy sobie przy dźwiękach ukraińskich i rosyjskich teledysków. Spotkanie jest owocne, wymieniamy się na koniec adresami. Po 22.00 włączają wodę.

DZIEŃ 11
Wstajemy po 9.00. Lekki ból głowy po wczorajszej wspólnej kolacji. O 12.00 jedziemy do Bachczysaraju. Najpierw skalne miasto Czufut-Kale. Zostawiamy samochód na parkingu za 5HR i idziemy kilkanaście minut betonową ścieżką pnącą się w górę koło Monastyru (Klasztoru Uspeńskiego) i dalej kamienista ścieżką stromo do góry. Odcinek drogi na górę od polany można pokonać konno za 15HR. Wstęp do tego istniejącego jeszcze w XIX wieku miasta 8HR, studenci 4HR. Odwiedzamy następnie Pałac Chanów wstęp 14HR, studenci za okazaniem legitymacji 7HR. We wnętrzu pałacu pokazane są przedmioty codziennego użytku, urządzone pokoje. Pałac najpiękniej wygląda z zewnątrz i od dziedzińca.

Po obejrzeniu pałacu udajemy się w rejon dworca autobusowego. Idziemy na małe zakupy i cos zjeść. Jest 17.30. O godzinie 19.00 jesteśmy umówieni z moim kolegą Lenurem, który mieszka w Polsce, a pochodzi stąd właśnie z Bachczysaraju i w tym samym czasie jest na wakacjach u rodziców. Spędziliśmy wspólnie kiedyś wiele miłych chwil w Szkole Praw Człowieka. Mamy zatrzymać się u niego, ale, że na dworcu zaczepia nas pewien pan i proponuje kwatery po 12HR od osoby w pobliżu Pałacu Chanów, decydujemy się po ich obejrzeniu na nocleg tam, aby Lenurkowi nie zawracać zbytnio głowy, bo przecież i on jest na wakacjach.

Po 19.00 docieramy do jego domu. Tata przygotował "płowd", czyli baraninę z ryżem i warzywami, są świetne krymskie wina Masandra i Inkerman, koniak Kakteber, my również przynosimy pewne trunki. Bardzo miło spędzamy wieczór prowadząc rozmowę na różne tematy. Tata Lenura jest bardzo znanym działaczem tatarskim na Krymie i dla społeczność tatarskiej zrobił bardzo dużo. Uroczy wieczór, który jednak musimy zakończyć koło północy, ponieważ jutro wyjeżdżamy i czeka nas ciężki dzień, szczególnie Artura, naszego kierowcę.

Z żalem żegnamy się z Lenurem i jego rodziną. Chociaż byliśmy tutaj dosłownie jeden dzień poczuliśmy pewien utajony klimat tego miasta, a dzięki takim ludziom jak rodzina Lenura stał się on jeszcze bardziej tajemniczy i urokliwy.

DZIEŃ 12
Wstaliśmy przed 8.00. Na śniadanie naleśniki po 1HR z dżemem z brzoskwiń przyrządzone przez właścicielkę kwatery i herbatka. Podjeżdżamy jeszcze do sklepów obok dworca autobusowego i kolejowego i kupujemy polecony i degustowany wczoraj koniak "Kakteber" 0,75L - 22,50HR, i słodkie wina Inkerman i Masandra 0,75L po 21,10HR i 19,00HR. Wstępujemy jeszcze do sklepu dla "żywotnych" i nabywamy smycz dla naszego kota Krymka, bo tak go nazwaliśmy, aby na postojach mógł spokojnie biegać i o godzinie 9.40 wyjeżdżamy. Do tej pory przejechaliśmy 2875 km.

W drodze 15 kilometrów przed Nową Odessą zatrzymuje nas milicja za przekroczenie prędkości. W miejscu gdzie było ograniczenie do 50km/h my jechaliśmy 85km/h. Mówią, że będą pisać protokół i zatrzymają nam dokumenty, a my w tym czasie pojedziemy do sądu w Nowej Odessie i zapłacimy mandat w wysokości 38HR.

Dajemy im w dowodzie 25HR. Wyjmują je publicznie patrzą ile jest i życzą miłej podróży. Nie podoba nam się to, ale jechać w sumie ponad 30 km, szukać sądu, gdzie trzeba zapłacić mandat, nie jest dla nas przede wszystkim czasowo dobrym rozwiązaniem.

Droga z Umanu do Odessy jest w przebudowie. Za rok, może dwa będzie tutaj porządna dwupasmowa droga.

Po 19.30 zatrzymujemy się w najlepszym, jak do tej pory hotelu "Jantar" 60 km od Umanu na trasie Kijów - Odessa. Hotel porządny, pokój 2os. z łazienką i prysznicem100HR. Dobre miejsce na nocleg w drodze na Krym. Obok są sklepy, bary i stacja benzynowa.

DZIEŃ 13
O 8.20 jesteśmy już w drodze. Widzimy już po zderzeniu straszny wypadek autokaru z busem. Bus jest cały zgnieciony, a niekompletne ludzkie ciała leżą na drodze. Autokar natomiast zarył w kupie piachu na poboczu drogi. Przerażający widok!!!

Tego dnia znowu mamy kontakt z milicją. Nasze wykroczenie to oczywiście przekroczenie prędkości. Jesteśmy już wprawieni i za każdym razem ubywa nam po 20HR. Jedziemy raz 119km/h, gdzie dopuszczalne jest 90km/h, drugi raz 96km/h, gdy powinniśmy 60km/h. Jest to jednak jawna dyskryminacja, ponieważ z kolumny pojazdów jadących tą samą prędkością tylko nas z obcą rejestracja zatrzymano.

Przy głównej drodze w zależności od rejonu przez który jedziemy można kupić, warzywa, owoce, suszone i wędzone ryby, grzyby marynowane i suszone, miód itd. Na jednym z postojów nabywam dwa półlitrowe słoiki grzybków po 8 HR i miód z lipy za 12HR.

Około 200km od Lwowa z naszego silnika zaczynają dobiegać dziwne piski. Nie znamy się jednak na zawiłościach mechanicznych i po pobieżnych oględzinach jedziemy dalej.

Jedenaście kilometrów przed Lwowem, coś się wyraźnie urywa i stajemy sprawdzić co się stało. Okazało się, że odpadła jakaś okrągła tarcza. Silnik jednak sprawnie pracuje więc jedziemy na poszukiwanie warsztatu. Jest godzina 17.15, ale wszystkie zakłady pozamykane, ponadto jest prawosławne święto. (już po powrocie wiemy, że coś w stylu sprzęgła od klimatyzacji się rozsypało koszt 800 do 2000zł)

Po telefonicznej konsultacji Artura z mechanikiem w Polsce dochodzimy do wniosku, że to część od klimatyzacji, jedziemy więc dalej z wyłączoną klimatyzacją i z obawami, aby od tych "płaskich" dróg nic więcej nie zgubić.

Około 19.00 przy stanie licznika od początku podróży 3996km jesteśmy na granicy. Właśnie dokonano zmiany obsad pograniczników i celników. Celnik ukraiński otwiera tylko bagażnik. Na jego pytanie o ikony, narkotyki itd. odpowiadamy "niet' i jedziemy dalej. Polscy celnicy wiedząc, że jedziemy z Krymu z wakacji i że pragniemy szybko znaleźć mechanika, nie robią nam problemów i nawet nie otwierają bagażnika.

Nasz kotek "Krym" przejeżdża wiec niezauważony oraz dwie ponad normatywne butelki tak smakującego nam krymskiego koniaku. Na granicy komary dają znać dotkliwie o swojej obecności.

Od granicy mamy jeszcze około 320 km. Nie szukamy już jednak mechanika. Po godzinie 1.00 czasu polskiego docieramy do domu. Całodzienna jazda z przygodami dała się nam nieźle we znaki. Stan licznika 4310 km. Gdy ruszaliśmy rano był 3292. W dniu dzisiejszym przejechaliśmy 1018km.

 

  • KOSZT PRZEJAZDU NA KRYM I Z POWROTEM.
    W ciągu 13 dni przejechaliśmy 4310 km, spaliliśmy 376 litrów benzyny za sumę 814 złotych (694 złote na Ukrainie + 121 złotych w Polsce).
    Samochód spalił średnio 8,72 litra/km.
    ubezpieczenie od osoby na granicy - 10 zł,
    opłata środowiskowa za samochód - 24 zł (35 hr),
    opłata wjazdowa na Krym za samochód - 7 zł (10 hr),
    mandaty - 45,50 zł (25 + 20 + 20 hr).
    suma = 905,5zł na cztery osoby (1os. - 227 zł)
    Całkowity koszt wyprawy z jedzeniem, paliwem, noclegami na osobę 1050 złotych.

  • TRASA NA KRYM.
    Warszawa - Lublin - Zamość - Hrebenne - Lwów - Tarnopol - Chmielnicki -
    Winnica - Uman - Pierwomańsk - Mykołajew - Cherson - Krym

  • WALUTA.
    1$USA - skup 5,15-5,28 hrywny, sprzedaż 5,32 hr.

  • WIZY:
    Do 90 dni pobytu ruch bezwizowy.

  • CENY.
    2,90 - 1L benzyny,
    1,75 - 0,5L piwo lwowskie,
    1,75 - 2,0 - chleb,
    9,0 - 0,5L alkoholu 45%,
    2,0 - 1kg ogórków,
    1,0 do 2,5 - 1kg pomidorów,
    1,0 - 1kg cebuli,
    3,3 do 4,4 - 10 sztuk jajek,
    3,0 - kostka masła,
    1,1 - 3,0 - czieburieki w budce,
    3,2 - 1L pepsi,
    6,0 - 1kg zielonych winogron,
    2,5 - hod dog,
    15,25 - zestaw McChicken w McDonaldzie,
    4,1 - chipsy Lay's 90gr.


 
poprzednia strona 1 2 do góry